Archiwa tagu: Larry Fessenden

American dream’s dead. [„Carnage Park”, 2016]

     Mickey Keating („Pod”, „Darling”) urasta powoli do objęcia pozycji, o którą rzetelnie walczy od początków swojej kariery. Królem throwback horroru – bo o tymże tytule mowa – jeszcze go jednak nie nazwiemy; nie pozwoliłby na to Rob Zombie, którego „Dom tysiąca trupów” wciąż zasługuje na miano najlepszego nowomilenijnego filmu grozy. Zarówno „Dom…”, jak i najnowszy twór Keatinga, „Carnage Park”, celują w gusta widzów stęsknionych za brudnym, rustykalnym horrorem sprzed czterdziestu lat, za wczesnymi klasykami Tobiego Hoopera czy Wesa Cravena. O ile film Zombiego to usprawniony, dostosowany do nakazów współczesności exploitation movie, o tyle „Carnage Park” więcej wspólnego ma z nurtem artspolitation, przez co pozostaje niespełnioną wizją reżyserską.

carnagepark3

     Vivian (Ashley Bell, „Ostatni egzorcyzm”) uczestniczy w ucieczce przed stróżami prawa. Uprowadzona przez kiepsko zorganizowanego bandziora, modli się, by dożyć końca tej podróży z piekła rodem. Ratunek przychodzi prędzej niż by się spodziewała, choć stawia ją w centrum kolejnej poruty: mózg porywacza zamienia się w krwawą pulpę, gdy ustrzelony zostaje przez Wyatta (Pat Healy), uzbrojonego i niebezpiecznego maniaka w masce gazowej. „Wybawiciel” Vivian – weteran wojny wietnamskiej, który widział, jak zbyt wielu z jego kamratów tonie w kałużach własnej krwi – chce ukarać kobietę za jej rzekomą dezercję z miejsca zbrodni. Na parnym pustkowiu rozpoczyna się zabawa w polowanie.

Czytaj dalej American dream’s dead. [„Carnage Park”, 2016]

Nie taki horror marny, jak o nim mówią. Spojrzenie na artystyczne kino grozy

     Filmowy horror, ku niepocieszeniu wiernych fanów, uchodzi za gatunek niedoceniony. Roger Ebert – w dziedzinie krytyki kina uważany za wyrocznię – potwornie demonizował filmy mające widza przestraszyć, obrzydzić lub poruszyć. „Piątkom, trzynastego” czy kolejnym odsłonom serii „Oszukać przeznaczenie” nadał niechlubne określenie „dead teenager movies”, widział w nich bowiem pochwałę śmierci i upadek wartości. „Friday the 13th” Seana S. Cunninghama to znamienny reprezentant grindhouse’u, który nie bez powodu utorował drogę najpopularniejszemu podgatunkowi horroru lat 80. Kino spod znaku siekiery i piły mechanicznej – bo o nim mowa – choć posiada grono oddanych wielbicieli, pozostaje jednak dość plebejskim sektorem horroru, podwórkiem zabaw i relaksu. Widz szerzej pojmujący kinematografię, nie patrzący na nią przez pryzmat stereotypów, zdaje sobie sprawę, że film grozy stanowi idealne pole uprawy kina artystycznego, zaangażowanego i absorbującego. Termin „art-house horror movie” ukuł się już dawno, a pomocni w opracowaniu jego definicji okazali się tacy tytani, jak Friedrich Wilhelm Murnau, Roman Polański czy David Lynch.

Wstret
„Wstręt” (1965), reż. Roman Polański

     Już „Rezydencja diabła” (1896) – historycznie uchodząca za pierwszy film grozy – nosi cechy art-house’u. Georges Melies upatrywał w kinie i fotografii związku z magią. Sam był iluzjonistą – tak dosłownie, jak i w przenośni; nazywa się go często „czarodziejem ekranu”. „Rezydencja diabła” na widzach poznających dopiero, czym jest kinematografia, wywarła olbrzymie wrażenie. Nie można się im dziwić: u schyłku XIX wieku dzieło filmowe stanowiło szczyt awangardy, a efekty zastosowane przez Meliesa w „Rezydencji…” przerosły najśmielsze wyobrażenia odbiorcy o tym, co reżyser może, a czego nie jest w stanie pokazać. Jakim cudem tytułowy Diabeł zniknął nagle w kłębie dymu – tego widz, który jeszcze niedawno ekscytował się wjazdem pociągu na stację La Ciotat, nijak nie potrafił zrozumieć.

Czytaj dalej Nie taki horror marny, jak o nim mówią. Spojrzenie na artystyczne kino grozy

Szał ma wielkie oczy. [„Darling”, 2015]

     Bohaterką „Darling” – czwartej fabuły Mickeya Keatinga („Pod”) – jest bezimienna 20-kilkulatka. Tytuł filmu doskonale opisuje jej aparycję. Niepozorna, łagodna, cicha – to dziewczę do rany przyłóż. Właścicielka opustoszałego manhattańskiego apartamentu bez zastanowienia powierza anielicy opiekę nad budynkiem. Pod nieobecność kobiety zatrudniona zaczyna jednak tracić rozum. Dostrzega tajemne frazy, wyryte ostrzem na meblach. Czuje obecność intruzów, których nie ma. Wreszcie odkrywa szczelnie zamknięte pomieszczenie, za którego drzwiami kryje się jakiś niepojęty sekret. Tylko czy pomieszanie zmysłów Darling aby na pewno spowodowane jest wizytą w domu osnutym mrocznymi legendami?

darling1

     Keating nie bez powodu osadził akcję swojego nowego filmu w Nowym Jorku. Alienacja, a nawet kompletne oderwanie bohaterki od świata zewnętrznego na pierwszy plan wysuwa się nie tylko pomiędzy czterema ścianami upiornego apartamentowca, ale też na ulicach miasta. W ten sposób hołduje reżyser twórczości Abla Ferrary, którego „The Driller Killer” wciąż pozostaje jedną z bardziej sugestywnych wizji wielkomiejskich lęków. Prawdziwym homagium okazuje się jednak „Darling” w odniesieniu do trylogii apartamentowej Romana Polańskiego. Odwołanie się Keatinga do klasyki nie stanowi wcale pójścia na łatwiznę: reżyser w pocie czoła pracuje na sukces swojego filmu i przynosi to obfite plony. Wie też młody artysta, że gdyby nie geniusz Polańskiego, termin nowojorskiego horroru właściwie by się nie ukuł.

Czytaj dalej Szał ma wielkie oczy. [„Darling”, 2015]

„We’re all on the same endless highway”. [„Southbound”, 2015]

          „Żale i wyrzuty sumienia. Pokuta i rekompensata. Takie już jest to nasze życie, prawda?” Tymi słowami wita nas Larry Fessenden jako tajemniczy radiowy DJ, jeden z bohaterów antologii grozy „Southbound”. Potem każe nam pocałować przeszłość na pożegnanie, zamknąć drzwi samochodu i palić gumę jak diabli. W aucie towarzystwa dotrzymuje nam blisko tuzin barwnych i nie mniej zagadkowych postaci – protagonistów kolejnych segmentów składających się na rozczłonkowaną historię. Tylko czy „protagoniści” to adekwatne słowo?

southbound2

     Na „Southbound” złożyło się w sumie pięć kilkunasto-, kilkudziesięcio minutowych opowieści. Nie są one w pełni od siebie wyodrębnione, większość z nich z każdą inną łączy choćby najmniejszy szczegół. Szukanie odpowiedzi, o jaki detal chodzi, leży już w interesie widza – i na tym polega cała zabawa.

Czytaj dalej „We’re all on the same endless highway”. [„Southbound”, 2015]

Późne fazy człowieczeństwa

             W ciągu minionych lat likantropia nie cieszyła się większym wzięciem wśród filmowców. Niektórzy zainteresowani materią za ostatni udany film o wilkołactwie podają „Dog Soldiers”, inni – „Zły wpływ księżyca”, w przyszłym roku świętujący dwudzieste urodziny. Za sprawą nieodpowiedzialnych reżyserów, takich jak Lowell Dean („WolfCop”), kinowy wilkołak bywa dziś kojarzony z filmotwórstwem klasy „C”. „Late Phases” Adriána Garcíi Bogliano to dla horroru spod znaku kłów i szponów prawdziwy ewenement – spełniony tematycznie straszak, a przy tym frapujący dramat.

latephases

     Film, bardziej niż na wątku wilkołaczym, skupia się na losach bohatera śmiertelnego. Ambrose jest niewidomym starcem, weteranem wojny wietnamskiej. Mężczyzna zamieszkuje we wspólnocie domów spokojnej starości, gdzie – jak sam twierdzi – przyjdzie mu niebawem dokonać żywota. Osiedle oddalone jest od miast i graniczy z malowniczą knieją. Spokój, wbrew pozorom, nie należy jednak do komfortów, z jakich korzystać mogą miejscowi emeryci. Ambrose przekonuje się o tym już podczas swojej pierwszej nocy w ośrodku. Ofiarami ataku niezidentyfikowanej leśnej bestii padają sąsiadka mężczyzny oraz oddany mu pies-przewodnik. Policja uspokaja Ambrose’a: zwraca uwagę na niekorzystne położenie wspólnoty, każe szczelnie zamykać drzwi i okna. Były żołnierz ignoruje ostrzeżenia stróżów bezpieczeństwa. Uzbrojony w broń palną, wyrusza na ślepe poszukiwania srebrnych kul.

Czytaj dalej Późne fazy człowieczeństwa

Krótka piłka: „ABCs of Death 2”

          Choć wielu chciałoby, aby było inaczej, horrorowa antologia „ABCs of Death 2” stanowi spory progres względem swojego poprzednika. Jak zapewne pamiętacie, „The ABCs of Death” był jednym z dwóch, obok „The Lords of Salem” Roba Zombie, najbardziej znienawidzonych straszaków 2013 roku. Producenci sequela zachowali na szczęście zdrowy dystans do swoich krytykantów; w napisach końcowych ślą im nawet dedykację: „To all the haters online – we fuckin’ love you!”. W reżyserowanym m. in. przez Larry’ego Fessendena, Jen i Sylvię Soskę oraz Juliena Maury’ego i Alexandre’a Bustillo projekcie aż roi się od dobrego materiału! Pomiędzy kilkoma szczerze genialnymi nowelkami zagnieździła się wprawdzie garść filmików nieudanych – takimi prawami rządzą się wszak sążniste antologie; co jednak najważniejsze, słabe nowele nie przysłaniają tych lepszych. Górę nad projektem biorą trzy swoiście wyróżniające się krótkie metraże. Dwa z nich to animacje, tyleż niepokojące, co psychodeliczne. Trzeci, aktorski obraz parodiuje tematykę zombie, czarując oprawą techniczną oraz bawiąc burzycielską puentą. Między filmikami panuje duża rozbieżność, zarówno w odniesieniu do talentu reżyserów i jakości ich pracy, jak również snutych historii. Pomimo niedostatków paru opowieści (np. „L is for Legacy”), „ABCs of Death 2” sprawia jednakże bardzo pozytywne wrażenie.

     Gwoli przypomnienia: druga odsłona antologii „ABCs of Death” zajęła 18. miejsce zestawienia najlepszych gatunkowych filmów minionego roku. 3 lutego odbędzie się premiera obrazu na dyskach DVD/Blu-ray.

abcs2-n-is-for-nexus

7