Archiwa tagu: LGBT

Horror bardzo cielesny. [„Raw” aka „Grave”, 2016]

     W jednej ze szkół weterynaryjnych na terenie Francji dochodzi do wydarzeń bardziej przerażających niż te, które niegdyś wstrząsnęły fryburską akademią baletu (kto nie obejrzał jeszcze „Suspirii”, niech natychmiast to zrobi!). Nad przyszłymi weterynarzami nie ciąży jednak nadnaturalne widmo, a atmosfera wszechogarniającej znieczulicy, która we znaki daje się przede wszystkim studentce pierwszego roku Justine (Garance Marillier). Dziewczyna bierze udział w dzikich otrzęsinach, których początki nasuwają skojarzenia z upokorzeniami bohaterów „Salo, czyli 120 dni Sodomy”, a które to kończą się rytualnym spożyciem króliczych nerek. Jako gorliwa wegetarianka Justine nie wykonuje polecenia starszych. Z „pomocą” przychodzi jej siostra, Alexia (Ella Rumpf), która wciska obrzydzonej mięso do ust. Inni studenci dostrzegają w Justine żałosną ofiarę. Bohaterka zaczyna mierzyć się z ostracyzmem, także ze strony szanowanego profesora. To jednak najmniejszy z jej problemów. Pierwszy kęs mięsa obudził w Justine niechciane, kanibalistyczne zapędy.

Rawgrave3

     W „Raw”, solowym debiucie reżyserskim paryżanki Julii Ducournau, zobaczymy poucinane i poobgryzane palce, siostrzane ejakulacje moczu, a nawet kończyny kryjące się w krowim odbycie aż po ramię. „Raw” to horror cielesny – cielesny bardzo i obrzydliwie – co wielu oglądającym może wydać się dość ordynarnym chwytem. Ale choć dewastacja ciała odgrywa w tej ekstremalnej francuskiej produkcji kluczowe znaczenie, sam film posiada szykowną formę, mądrze prawi o życiu i jego znojach, a przede wszystkim nie pozwala oderwać oczu od ekranu – nawet, kiedy byśmy tego chcieli.

Czytaj dalej Horror bardzo cielesny. [„Raw” aka „Grave”, 2016]

Umarł Ridley Scott, niech żyje Ridley Scott [„Obcy: Przymierze”, 2017]

     Statek-arka „Przymierze” zmierza w kierunku Origae-6, pozasłonecznej planety o niemal ziemskiej sile ciężkości i atmosferze. Na pokładzie osadniczego pojazdu, poza załogą, znajduje się blisko dwa tysiące zahibernowanych kolonistów oraz kilkaset embrionów. W wyniku komplikacji ekspedycja trafia na nieznaną gwiezdną przystań, która, choć przypomina ziemię obiecaną, kryje potworną tajemnicę. Na pozornie wyludnionej planecie wykształtowała się obca forma życia, jakiej członkowie wyprawy nie widzieli nawet w najgorszych koszmarach. Spotkanie nieznanych sobie nawzajem ras może przeistoczyć się w nierówną walkę.

Covenant2

     „Obcy: Przymierze” – premiera bezprecedensowa, quasi-sequel, który u niejednego kinomana zatrzymał oddech. Rezurekcja najsłynniejszego kosmity dziesiątej muzy zajęła Ridleyowi Scottowi dłuższą chwilę. W czasach, gdy mocarne serie filmowe co rusz są rebootowane, powrót Obcego na kinowe ekrany wydaje się jednak logicznym posunięciem. Dzięki scenariuszowi współautorstwa Johna Logana Obcy nie tylko został przywrócony do życia, ale i odzyskał świetną formę. Ekranowe harce neo- i protomorfów nie stanowią może głównego punktu odniesienia dla fabuły „Przymierza”, z pewnością sprawią natomiast, że w oku ciut starszych widzów zakręci się nostalgiczna łza.

Czytaj dalej Umarł Ridley Scott, niech żyje Ridley Scott [„Obcy: Przymierze”, 2017]

To hurt you bad. [„Pitchfork”, 2016]

     Widownię obytą z dziesiątą muzą, dokonania filmowe śledzącą bez oddechu ciężko jest kupić – nawet rzucając jej pod oczy coś oryginalnego. W gatunku grozy zadanie wydaje się tym bardziej karkołomne: rewitalizacja sprawdzonych wątków i tropów zdaniem horrorowych geeków prawie nigdy się nie sprawdza, a gdy już kręcone są dzieła pomysłowe, często miesza się je z błotem jako wynaturzenia (patrz: przypadek „Oślizgłego dusiciela”). Na linie rozciągniętej między klasycznym slasherowym schematem a świeżym konceptem zwinnie zatańczył nam tymczasem Glenn Douglas Packard, którego debiutancki film – tani jak barszcz offsiak „Pitchfork” – to póki co jedna z milszych gatunkowych niespodzianek roku.

Pitchfork2-the group

     Uderza w „Pitchfork” pokręcony pomyślunek Packarda, którego postaci – nastolatkowie z Nowego Jorku, odkrywający rustykalne uroki wsi – w przeciągu chwili potrafią porzucić wszystko, co robią, by pokołysać się w rytm muzyki – zupełnie, jak w bollywoodzkim musicalu. Znajdziemy w „Pitchfork” kampową scenę, w trakcie której przyszłe ofiary okrutnego mordercy urządzają grubą potańcówę w wieśniaczej stodole. Przaśny tan do bezpretensjonalnego kawałka country szybko nabiera rumieńca, a bohaterowie zaczynają poruszać się, jakby clubbing lat 90. znali od podszewki. Packard – uznany w świecie tańca choreograf, w przeszłości współpracownik Michaela Jacksona – raz po raz nawiązuje w „Pitchfork” do lat minionych, nie tylko od strony muzycznej, ale też filmowej. Jego przegięty, tonacyjnie na maksa podkręcony projekt po części stanowi pastisz „Piątku, trzynastego”, a po trosze ma być listem miłosnym napisanym ku chwale Jasona Voorheesa.

Czytaj dalej To hurt you bad. [„Pitchfork”, 2016]

Gdyby John Hughes wyreżyserował film o duchach… [„The Axe Murders of Villisca”, 2016]

     Czerwiec 1912 roku. Miejscowością Villisca w stanie Iowa wstrząsają makabryczne doniesienia: nieznany sprawca z zimną krwią wymordował członków ośmioosobowej rodziny. Oprawca złożył Moore’om wizytę pod osłoną nocy, uzbrojony w siekierę, a jego ofiarami padły przede wszystkim kilkuletnie dzieci. Po latach osławiona rezydencja wciąż znajduje się na językach, służy bowiem za cel wycieczek miłośników zjawisk paranormalnych. Według pogłosek, dom Moore’ów stanowi doskonały fundament dla badań nad istnieniem duchów. Pasjonatem parapsychologii jest Denny (Jarrett Sleeper), który Villiscę obrał sobie na miejsce kolejnej podróży naukowej. W wyprawie towarzyszą mu najbliższy przyjaciel, Caleb (Robert Adamson), oraz nowo poznana Jessica (Alex Frnka). Po zmierzchu młodzi zakradają się do posiadłości. Chcą poznać szczegóły nigdy nierozwikłanej zagadki kryminalnej.

axemurders3

     Bazujący na faktach projekt Tony’ego E. Valenzueli „The Axe Murders of Villisca”, pomimo true-crime’owych konotacji, najwięcej wspólnego ma z młodzieżowym dramatem. Już początkowe minuty filmu wciągają widza w wir nastoletnich uniesień i afektów. W jednej z pierwszych scen Denny podwozi nieznacznie młodszego Caleba do szkoły na skuterze. Drugi z chłopaków stoi u progu dorosłości, za kilka godzin przyznany zostanie mu dyplom absolwenta liceum. Przyjaciele popijają wódkę z piersiówki, choć tylko Caleb ma powody do oblewania sukcesów: wuj zaproponował, że wyciągnie go z małomiasteczkowej monotonii, jeśli ten zgodzi się pracować w jego warsztacie. Dla samotnego, skrycie podkochującego się w koledze Denny’ego jest to duży cios.

Czytaj dalej Gdyby John Hughes wyreżyserował film o duchach… [„The Axe Murders of Villisca”, 2016]

Niełatwe powroty. [„Jack Goes Home”, 2016]

     Twórcy hitowego telewizyjnego tasiemca mieli rację – życie jest nowelą, i przyjazną, i wrogą. Wie o tym Thomas Dekker, niezgorszy aktor oraz reżyser-nowicjusz, którego autorski film, „Jack Goes Home”, tonie w soap operowej specyfice.

jackgoeshome2

     Oto tytułowy bohater (Rory Culkin, „Shut In”) powraca w rodzinne strony na wieść o śmierci ojca. To nie koniec nieszczęść. W ciągu tygodnia do niedawna zadowolony z siebie narcyz usłyszy kilka bolesnych słów od ukochanej, wda się w spór z matką (Lin Shaye) oraz – przede wszystkim – odkopie zagrzebane przed laty rodzinne sekrety. Tych ostatnich najlepiej byłoby nie ruszać… „Jack…”, biorąc pod uwagę, jak życiowym ma być filmem, okazuje się też dziwnie bezemocjonalny. Niektórych widzów to ucieszy – horror, zainicjowany jako odpowiedź na depresję scenarzysty/reżysera, tonie w mroku i apatii. Przyglądając się opowieści Dekkera z mniej empatycznego punktu widzenia, możemy dostrzec materiał pasywny i zwyczajnie nieciekawy. I choć, faktycznie, „Jack Goes Home” wykazuje letargiczny charakter, wzmagany przez bezmiernie obojętną kreację pierwszoplanową, prezentowane na ekranie wydarzenia nigdy jednak nie nudzą. Największą zaletą projektu staje się w pewnym momencie towarzysząca mu aura niepokoju. Jack doświadcza obłędnych, surrealistycznych wizji, których nieprzewidywalność podnosi rozrywkowy walor filmu.

Czytaj dalej Niełatwe powroty. [„Jack Goes Home”, 2016]

Under the neon skin. [„Neon Demon”, 2016]

     Jesse (Elle Fanning), szesnastoletnia sierota marząca o zaistnieniu w modelingu, pojawia się w Los Angeles. Dziewczyna jest cnotliwa, naiwna, słodka jak deser; zdawać mogłoby się, że tyleż słoneczne, co zgniłe Miasto Aniołów pożre ją żywcem i wypluje jej kościec. Nic bardziej mylnego. Jesse rozpala swoją obecnością nawet najmroczniejsze, najbardziej szemrane atelier, zyskuje uznanie fotografów, a z czasem staje w centrum uwagi świata modelek. Popularność konkurentki psuje szyki grupce okrutnych, dwudziestoparoletnich piękności, które miesiące świetności mają już za sobą. Między młodymi kobietami narasta eufemiczny konflikt, stanowiący pożywkę dla neonowego demona.

tnd3

     Czy tytułowy „The Neon Demon” jest choćby spirytualnym bohaterem najnowszego filmu Nicolasa Windinga Refna – ciężko powiedzieć. Równie bardzo jak niezmaterializowanym, aluzyjnym bytem może okazać się metaforą dla utraty niewinności i zdziczenia wśród ludzi. Siła pierwszego w karierze Refna horroru tkwi w jego elastyczności: duński reżyser nie steruje widzem jak marionetką, pozwala mu odebrać film na wielu płaszczyznach, usnuć własną interpretację przedstawionej historii. „Neon Demon” może stanowić przewrotne, neopogańskie spojrzenie na opowieść Kopciuszka. Może, lecz nie musi.

Czytaj dalej Under the neon skin. [„Neon Demon”, 2016]