Archiwa tagu: LGBT

Bad trip. [„4/20 Massacre”, 2018]

     20 kwietnia to światowy dzień palenia marihuany − wydarzenie bez precedensu w życiu każdego entuzjasty miękkich narkotyków. W tym samym czasie urodziny obchodzi Jess (Jamie Bernadette), wyjątkowo twarda panna, która bardziej niż kannabinoidami woli upajać się naturą. Bohaterka wybiera się na biwak do jednego z parków narodowych. Towarzyszą jej cztery przyjaciółki, między innymi Donna (Stacey Danger, „The Neon Demon”) oraz Aubrey (Vanessa Rose Parker, „Samurai Cop 2: Deadly Vengeance”), które z kolei uwielbiają pływać w psychoaktywnych oparach. Dziewczyny trafiają na nielegalną plantację konopi indyjskich. Ten radosny moment nie potrwa długo: swojej uprawy bacznie pilnuje pewien niezrównoważony emocjonalnie hodowca.

420mass2

     Horrory z feministycznym zacięciem cieszą się ostatnio sporym uznaniem widzów (przykład: „The Final Girls”). Niestety, „4/20 Massacre” w pamięci zapisze się wyłącznie jako pierwszy oficjalny „stoner-slasher” − nie progresywny film gatunkowy. Bohaterkami uczyniono tu grupę zaradnych i niezależnych stonerek, ale charakterologia postaci jest płytka, pisana na kolanie. Kolejne morderstwa (poza jednym, ubarwiającym 60. minutę seansu) zieją nudą. Film bywa przegadany i, z technicznego punktu widzenia, imponuje jedynie bad-assowym closing shotem. Oszpecono go stockową, natarczywą muzyką, która zanadto inspirowana jest twórczością Harry’ego Manfrediniego. Choć reżyser, Dylan Reynolds, podejmuje usilne próby rozbawienia widzów, „4/20 Massacre” nie jest bardziej zgrywny niż „Tucker and Dale vs. Evil” czy nawet „Happy Death Day”.

Czytaj dalej Bad trip. [„4/20 Massacre”, 2018]

Reklamy

Psychokineza i religijne kajdany. [„Thelma”, 2017]

     Kino skandynawskie od dekad urzeka widzów stalową szarością, refleksyjnym charakterem i wyszukaną formą. Nordyczne smutki w swoich filmach przeanalizowali już między innymi Tomas Alfredson, Lars von Trier oraz Bo Mikkelsen („Sorgenfri”). Grono to zasila też Joachim Trier, nominowany do Złotej Palmy autor dramatów „Głośniej od bomb” i „Oslo, 31 sierpnia”. Jego najnowszy projekt – tragi-horror „Thelma” – nakręcony został w duchu „Wilkołaczych snów” oraz starszej, bergmanowskiej „Godziny wilka”. To film o byciu innym w niesprzyjających odmienności warunkach.

ThelmaNorsk02

     Tytułową bohaterkę (Eili Harboe) poznajemy, gdy zaczyna studia w obcym mieście. Dziewczynę wychowali chłodni rodzice, żyjący w oparciu o restrykcyjne zasady. Jest ona pobożna; przez świat idzie jednak z poczuciem wyższości. W jednej ze scen sama przyznaje, że uważa się za lepszą od „tych wszystkich” panienek i ich chłopców. Jakież palące uczucia napełnią serce Thelmy, gdy bez reszty zakocha się w jednej z tych panien… Najpierw poczuje się bohaterka zmieszana, a później wyniesie z tej konsternacji odpowiednią nauczkę. Nikt nie wmówi jej, że jest przeklęta.

Czytaj dalej Psychokineza i religijne kajdany. [„Thelma”, 2017]

They made their bed… Now they have to die in it. [„B&B”, 2017]

     Dwaj geje z Londynu (Tom Bateman i Sean Teale) przybywają do wiejskiego pensjonatu, by upokorzyć jego ekstremalnie homofobicznego właściciela (Paul McGann). Najbliższa noc przyniesie tragiczne skutki – dla obu stron. W ustronnym przybytku dojdzie do bezwzględnego starcia męskich chromosomów. Zamieszani w całą aferę zostaną też syn hotelarza (Callum Woodhouse) oraz tajemniczy Rosjanin (James Tratas) – który wydaje się nie znosić gejów, ale w gruncie rzeczy jest zafascynowany ich seksualnością…

BAndB2

     Niechęć do homoseksualizmu – własnego, jak i cudzego, myślenie stereotypami, wszechstronna dyskryminacja. Między innymi tym tematom poświęcił uwagę Joe Ahearne w swoim nowym dreszczowcu, „B&B”. Potencjalnie jest więc „B&B” filmem o fobiach społecznych – zresztą, biorąc pod uwagę miejsce akcji i fasadę intrygi, przejawiającym hitchcockowskie zacięcie. W praktyce okazuje się jednak thrillerem o walorach produkcji telewizyjnej, w którym fałszywych tropów i labiryntowych komplikacji jest tak dużo, że ciężko się przez nie przebić. Ahearne nie ma nic ciekawego do powiedzenia ani o życiu gejów pośród bigoterii, ani o zmianach socjalnych, sprawiających, że skostniałych uprzedzeń coraz częściej należy się wstydzić. Scenariusz filmu jest powierzchowny i eksploatacyjny, brakuje w nim bohatera, który nie ziałby antypatią. Do około czterdziestej piątej minuty historia wciąga – choć i tak nie bez reszty. Później „B&B” zaczyna drażnić chaotycznością.

Czytaj dalej They made their bed… Now they have to die in it. [„B&B”, 2017]

Duchowa wędrówka i wielkie ptaszyska. [„Ornitolog”, 2016]

     „Ornitolog” w reżyserii João Pedro Rodriguesa to film o bardzo sugestywnej mocy. W sposób liryczny i prowokacyjny przytoczona zostaje w nim historia egzystencjalnej podróży oraz niespodziewanej, duchowej przemiany. To obraz kontrowersyjny, napastliwy w swym obrazoburstwie: według reżysera, ma stanowić fabularne uwspółcześnienie żywota Antoniego Padewskiego – najważniejszego świętego z Portugalii. Film jawi się jako bluźnierczy, ale transgresyjny: centralnym bohaterem jest tu natchniony boskością gej, a scenariusz nacisk kładzie na utajonym homoerotyzmie, wynikającym z chrześcijańskiej ikonografii.

Ornitolog2

     Poniekąd przedstawiony zostaje film Rodriguesa jako zasadna krytyka katolicyzmu. Tytułowy bohater – młody ornitolog Fernando, na łonie natury obserwujący rzadkie gatunki ptaków – wpada w pułapkę i staje się niewolnikiem dwóch dewotek. Pielgrzymujące po Portugalii kobiety są zabobonnymi sadystkami, dla których boska prawda to prawda niepodlegająca żadnej kwestii: wierzą, że Fernando, nienoszący w sercu Boga, musi zostać wykastrowany. Epizodyczne bohaterki ucieleśniają hipokryzję Kościoła, a ich wątek stanowi słusznie wymierzony dewocji policzek.

Czytaj dalej Duchowa wędrówka i wielkie ptaszyska. [„Ornitolog”, 2016]

Milczenie cnotą głupców? [„Mute” aka „Bez słowa”, 2018]

     Duncan Jones aż piętnaście lat czekał, by jego wyśniony projekt, „Mute”, został wreszcie zrealizowany przez którąś z hollywoodzkich wytwórni. Miało to być jego najambitniejsze dzieło, pewnym wydawał się fakt, że krytycy, pod wpływem filmu, oniemieją z zachwytu. Od początku stycznia reżyser intensywnie promował swoją czwartą fabułę w mediach społecznościowych. Po premierze przyszło wielkie rozczarowanie: „Mute” – czy też „Bez słowa” – to nie tylko jedno z bardziej clickbaitowych przedsięwzięć Netfliksa, ale też mocny kandydat do tytułu najgorszego filmu 2018 roku.

Mute2

     Zapowiadano, że będzie „Mute” duchowym sequelem nagradzanego dramatu sci-fi „Moon”, także w reżyserii Jonesa. I faktycznie, Sam Rockwell powtarza swoją rolę zagubionego astronauty na całe dwadzieścia sekund. Występ cameo w jego wydaniu jest bardzo niepotrzebny, zupełnie jak budowanie między „Bez słowa” a „Księżycem” tematycznego uniwersum. Reżyserując „Moon”, dążył Jones do skrupulatnie wyznaczonego celu i, zdaniem wielu (choć nie moim), zapracował sobie na aplauz. „Mute” to natomiast eklektyczny miszmasz wszystkiego i niczego – posklejany, jakby na oślep, z chybionych pomysłów, gnający w gruncie rzeczy donikąd. Widzowie z ekscytacją wyczekiwali nowego filmu Jonesa, a on zafundował im bezdennie puste doświadczenie: ponad dwugodzinną podróż po cyberpunkowym świecie przyszłości, zbudowanym ze scenograficznych odpadów po „Łowcy androidów”.

Czytaj dalej Milczenie cnotą głupców? [„Mute” aka „Bez słowa”, 2018]

Z brzydoty piękno. [„Kształt wody”, 2017]

     „Po raz pierwszy opowiadam historię z punktu widzenia człowieka dorosłego” – powiedział Guillermo del Toro w wywiadzie, poprzedzającym premierę „Kształtu wody”. W dziewiątej z kolei fabule meksykańskiego wieszcza – inaczej niż w większości jego poprzednich dzieł – nie znajdziemy ani baśniowych rekwizytów, ani malunków z rozmarzonej, dziecięcej głowy. Typowe dla reżysera upodobanie do fantastyki w „Kształcie wody” wyparły zeitgeistowskie lęki. Nagrodzony Złotym Lwem film toczy się w Baltimore w czasach zimnej wojny, ale jego akcja równie dobrze mogłaby zostać osadzona w roku 2018.

Shapeofwater2

     „Kształt wody”, opowiedziany z perspektywy osamotnionej niemowy oraz zniewolonego, płazopodobnego humanoida, jest filmem o odmienności, rodzącym się zaufaniu, o miłości i pożądaniu. Obraz zabarwiony jest niestworzoną magicznością, znaną chociażby z „Labiryntu fauna” – del Toro wprowadza nas w alternatywną rzeczywistość, przejawia fantasmagoryczną wiarę w nowy, lepszy świat. Nie oznacza to jednak, że przedstawione w filmie realia epatują naiwnym optymizmem. Reżyser sporo uwagi poświęcił napięciom na tle rasowym, dojmującej homofobii oraz łamaniu norm społecznych – za które można zostać sowicie ukaranym. Bohaterowie „Kształtu wody”, outsiderzy i odszczepieńcy, przeprowadzają rewolucję w skali mikro: zamiast mierzyć się z ostracyzmem, niespolegliwie walczą o swoje. Elisa (świetna Sally Hawkins) i „Potwór” (Doug Jones) tworzą duet, jakiego kino dotąd nie znało, i ekscentryzmu którego – jak zdążyłem zauważyć – wielu radykalnych widzów nie było w stanie przełknąć. Dzięki odważnym kreacjom Hawkins i Jonesa „Kształt…” nabiera podtekstu osobliwie erotycznego; staje się filmem o uwalnianiu blokad emocjonalnych i seksualnych. Nade wszystko pozostaje jednak opowieścią o akceptacji i rozumieniu – a właściwie nierozumieniu – inności, o potrzebie nawiązania odwzajemnionych kontaktów uczuciowych. To potrzeba tak rzadko we współczesnym świecie spełniona, że poniekąd, faktycznie, można odebrać „Kształt wody” jako bajkę dla dorosłych.

Czytaj dalej Z brzydoty piękno. [„Kształt wody”, 2017]