Archiwa tagu: LGBT

Portugalski ambaras

     O filmie, który przeraża, jest posępny i mocny, a nie jest horrorem, i tak warto napisać na blogu tematycznym. Tym razem nie o Smileyu czy Teddy’m: dramat „O Fantasma”.

U João Pedro Rodriguesa jak zwykle – z ekranu przelewają się potoki udziwnionej sztuki, której nikt nie zrozumie. Tym anarchistycznym wnioskiem mogę zbrzydzić do siebie niejednego odbiorcę tekstu, ale wychodzę z założenia, że kino nie zawsze trzeba pojmować. Czasem wystarczy je czuć.

Sérgio, choć młody, przystojny i bez trudu rozkochujący w sobie dziewczęta, nie toczy łatwego życia. Jest samotny, zagubiony, nieszczęśliwy. Z pozoru niewinne spotkanie całkowicie przeinacza jego rzeczywistość. Nie tylko jego. Chłopak popada w chorą obsesję na punkcie atrakcyjnego motocyklisty. Jego rozchybotana świadomość ulega stopniowej degeneracji, a on sam nabiera prawdziwie zwierzęcego instynktu.

Czytaj dalej Portugalski ambaras

Prawie jak strach

     Ciężkostrawna jest myśl, że ulubiony reżyser straci formę, zejdzie na psy i zacznie tworzyć kiepskie filmy. Jeszcze większe troski wzbudza idea, według której potencjalny ulubiony reżyser nigdy nie zostaje pupilem widowni, nie potrafiąc należycie wykorzystać swojego talentu. Alexandre Aja jest jednym z „potencjalnych pewniaków”, co udowadnia niebagatelnym „Bladym strachem”.

     Na odludną wieś przybywa tajemniczy nieznajomy. Pierwszą scenę z jego udziałem wieńczy ujęcie zdekapitowanej dziewczęcej głowy, tej samej, która scenę wstecz „wykonywała” na misternym mężczyźnie fellatio – przy pomocy jego dłoni. Dodajmy, że ów obcy jest nie tylko w spaczony sposób perwersyjny, ale też groteskowo szpetny i krajobraz wiejskiej francuskiej osady zakłóca obecnością podobnej jemu ciężarówki, którą przemierza drogi i szosy, a otrzymamy obraz filmowego zwyrodnialca – koniec końców nie tak zwyrodniałego, jak malują go w swych recenzjach pamfleciści zza Oceanu. Odrażający podróżnik z precyzją i zniesmaczającą widza (acz dziwnie go ujmującą) gracją pozbywa się mieszkańców położonego w głębi rolnych pól domu, mordując ich w sposób beznamiętny i brawurowy. Tym samym toruje sobie drogę do upragnionej piękności spoczywającej w swoim pokoju − studentki Alex. Nie przypadkowo użyłem formuły „torować drogę”… Zabójca, choć zdobywa seksualną niewolnicę, którą ochoczo zakuwa w łańcuchy i umieszcza na tyłach swojego wozu, nie może promiennie zatriumfować. Uniemożliwia mu to Marie, niestrudzona wojowniczka, przyjaciółka Alex, która – stając się cichym świadkiem potwornej zbrodni – w akcie desperacji decyduje się odbić porwaną. Bohaterska Marie, niemniej ciekawa postać, w ekscentrycznych snach ma w zwyczaju biegać sama za sobą poprzez lasy. Dubel rodem z bardziej pokrętnych dzieł Davida Lyncha. Tylko czy dubel to odpowiednie słowo?

Czytaj dalej Prawie jak strach

Antologia strachu

     Był „REC”, było „Paranormal Activity” oraz inne produkcje inspirowane stylistyką wymienionych filmów. Found footage jako sposób filmowej narracji nigdy przed końcówką lat dwutysięcznych nie znajdował się w centrum uwagi twórców kina grozy, choć taki „Cannibal Holocaust” to przecież horror archaiczny. Teraz dobrze straszący reżyserzy czują się zobowiązani dostarczyć swojej widowni opowieść z nurtu found footage. Skutek przedstawienia filmu kręconego „od ręki” nie może być neutralny – efekty albo do widza przemawiają, albo nie. „V/H/S” jest nie tylko sugestywny; to pierwszoligowy horror i jedno z ciekawszych przedsięwzięć 2012 roku.

     Grupka oprychów, z upodobaniem nagrywająca swoje wykroczenia, ma za zadanie wykraść kolekcję tajemniczych kaset wideo. W tym celu włamują się do domu ekscentrycznego starszego mężczyzny. Choć zlecenie wydaje się proste, do łatwych nie należy. Starzec, który domniemanie nie żyje, pojawia się i znika, a kamera bandytów zaczyna rejestrować coraz dziwniejsze sytuacje. Są jeszcze upiorne kasety magnetowidowe. Każdy nośnik odsłania przed widzem mrożącą krew w żyłach historię – sytuację realną. Nowelki składają się na cały „package film”.

Czytaj dalej Antologia strachu

O mrocznej finezji „Zagadki nieśmiertelności”

            Lubimy, kiedy horror łączy się z innymi, wyodrębnionymi i pozornie sprzecznymi gatunkami filmowymi, a już w zupełności z dramatem lub ciężkim kinem psychologicznym. To właśnie wtedy film grozy, przemycając do świata przedstawionego żal, melancholię i prawdziwe życiowe troski, staje się nieodparcie niepokojący i straszny, a nade wszystko – realny. Niewielu twórców z korzystnym dla siebie skutkiem zmierzyło się z tą konwencją. Obok „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega czy „Pozwól mi wejść” Tomasa Alfredsona z czystym sumieniem można postawić niniejsze dzieło.

     Wiosną 1983 roku swoją premierę odnotowała „Zagadka nieśmiertelności” – na równi opowieść grozy i kino dramatyczne, bardzo zresztą przytłaczające. Nie można skwitować tego obrazu wprost jako horroru, i nie tylko ze względu na jego specyficzną stronę wizualną, której uwagę poświęcę w dalszej części tekstu. Przede wszystkim jest to wyszukana i skąpa fabularnie historia, pomimo nieobfitej treści bardzo intensywnie przedstawiona – „vampire flick” co najmniej nietypowy.

Czytaj dalej O mrocznej finezji „Zagadki nieśmiertelności”

Z sercem do bebechów

     Zaczęło się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Krzyk  Wesa Cravena wyraźnie inspirowany był popularnymi slasherami sprzed dekady. Początek nowego milenium spłynął falą ponownego natchnienia wśród adeptów filmowej grozy, którzy tchnęli w gatunek horroru nowe życie. Za wzorzec posłużyły uznane w latach 70. splattery i projekty z nurtu exploitation. Pomiędzy wieloma lepszymi i gorszymi remake’ami (Teksańska masakra piłą mechaniczną, Wzgórza mają oczy) ukazały się liczne produkcje oryginalne, w tym Droga bez powrotu  Roba Schmidta – dość mierne filmidło na jeden seans, regularnie i zasłużenie pomiatane przez krytykę jako niezborna kombinacja dwóch wymienionych powyżej tytułów. Śmieszne wydawały się informacje o realizacji sequela tego straszaka, które pojawiły się na kilka lat po jego premierze, tym bardziej, że kontynuację szykowano wyłącznie na rynek DVD. Jesienią 2007 roku Droga bez powrotu 2 okazała się przyjemną niespodzianką.

     W zastępstwie za nijakich bohaterów prequelu, którzy dokonując tytułowego złego skrętu zboczyli z zakorkowanej drogi i skazali się na śmierć z rąk zmutowanych genetycznie kanibali okupujących lasy Zachodniej Wirginii, mamy tu ekipę telewizyjną kręcącą program typu reality show na wzór kultowego Survivor. Zadaniem jej członków jest przetrwać w dziczy za wszelką cenę. Gdy już okazuje się, że są oni narażeni nie tylko na jedzenie robaków i mniejszych zwierząt przed kamerą, ale też sami stają się obiektem łowów, mało kto wykazuje wystarczająco wysoką wolę przetrwania, a wegetarianka ze skłonnością do autoagresji i melancholii (w tej roli Erica Leerhsen) okazuje się twardsza niż krzykliwy eks-komandos (Henry Rollins). Ironia sama w sobie.

Czytaj dalej Z sercem do bebechów