Archiwa tagu: Lin Shaye

Ziew. [„Dreamkatcher”, 2020]

     „Dreamkatcher” to jeden z setek zorientowanych na jump scare’y horrorów, jakie będziecie mogli obejrzeć w tym roku – kropla w morzu paranormalnych łez. Film ewidentnie kosztował niewiele, pełen jest niezbyt natchnionego aktorstwa, a twórcy zamiast ryzykować, grają półśrodkami. Nadużywają ujęć z drona, bo tak będzie taniej. Stosują niewybredne, ograne cięcia, choć montaż to przecież kluczowy dla kina grozy środek dramaturgiczny. Najwięcej zawdzięczają realizatorzy ciekawemu miejscu akcji, w którym rzecz się dzieje; cóż jednak z tego skoro przestrzeń ekranu staje się polem nudnych zdarzeń, reżyserowanych wedle podręcznika horrorowej sztampy?

Dreamkatcher2

     Bohaterowie „Dreamkatchera” to absolutne klisze: mamy tu chłopca słyszącego głos zmarłej matki, upiorną staruszkę uprawiającą indiańskie gusła (nieprzekonująca Lin Shaye) i panią psycholog (Radha Mitchell), która nie wierzy w nadnaturalne zjawiska nawet, gdy dokonują się wprost przed jej nosem. Wszyscy podejmują niemające sensu decyzje, na czym cierpi ciąg przyczynowo-skutkowy (Luke zabiera Gail na wypad za miasto, ale szybko wraca tam, skąd przyjechał, bo… niezwłocznie musi napisać piosenkę klientowi). Praktycznie nic nie trzyma się w filmie kupy, co odzwierciedlają sceny snu we śnie i przede wszystkim fatalny epilog z udziałem postaci, których dotąd nie widzieliśmy na oczy. Nawet postać „nawiedzonego” dzieciaka zupełnie mija się z pokładanymi weń oczekiwaniami: na przykład próbując skrzywdzić Gail, swoją przybraną, nową mamę, zostawia on otwartą szafkę, by nabiła sobie guza. Zaiste, straszne…

Czytaj dalej Ziew. [„Dreamkatcher”, 2020]

Nieciekawe odrodzenie. [„The Grudge: Klątwa”, 2020]

     Nie pokusiłbym się o recenzję „The Grudge: Klątwy”, gdyby nie sam fakt, że wyreżyserował ją Nicolas Pesce. Jeszcze do niedawna trzydziestoletni Amerykanin miał w swoim filmowym CV dwie mocne pozycje: „Oczy matki”, w których akty bestialstwa przeobrażono w piękno, oraz zabarwiony odcieniami giallo „Piercing”. Teraz dołącza do nich słabizna. Kiedy latem 2017 roku ogłoszono, że Pesce zaangażowany został w prace nad „Grudge”, można było odetchnąć z ulgą. Tymczasem jego wariacja na temat legendy japońskich demonów okazuje się tak marna, że z opresji nie ratują jej Lin Shaye i Jacki Weaver – obsadzone na drugim planie i znakomite jak zawsze. W „reboocie rebootu” japońskiej „Klątwy” zabrakło nawet pamiętnej Kayako.

TheGrudge2020-2

     Ostatni film z serii, „Grudge 3: Powrót klątwy”, toczył się w Chicago. Akcję nowej odsłony umiejscowiono w niedużym miasteczku Cross River, w stanie Pensylwania. Wydarzenia przedstawione zostają na przestrzeni trzech lat (2004–2006), co czyni z nowej „Klątwy” „reboot-quel”, sidequel, pseudosequel – nazewnictwo możecie wybrać wedle uznania. Choć poznajemy zupełnie nowych bohaterów (z owdowiałą detektyw Muldoon na czele), co rusz przypomina nam Pesce, że chyba każda wcześniejsza pozycja w serii była lepszym filmem. Widzimy więc ikoniczną rękę, która przeczesuje włosy Johna Cho pod prysznicem, a Lin Shaye, jako kobieta z demencją, gra w a kuku z niewidzialną przyjaciółką. Fani sagi identyczne sceny poznali już lata temu u Takashiego Shimizu: w „Klątwie Ju-on” (2002) oraz dwóch amerykańskich „Grudge’ach” (’04, ’06). Nowy film, bardziej niż ciekawą reinkarnację, przypomina składankę typu greatest hits – tyle tylko, że nie ma w niej nic great.

Czytaj dalej Nieciekawe odrodzenie. [„The Grudge: Klątwa”, 2020]

Lin Shaye walczy o lepsze życie. [„Room for Rent”, 2019]

      Niezależny dystrybutor Uncork’d Entertainment nie próżnuje. W ciągu kilku lat swego funkcjonowania zaoferował widzom wszelkie skrajności: taśmowe slashery, dokumenty o Ameryce Donalda Trumpa, bezwstydne mockbustery, a nawet kino queerowe ze Słowenii i Kosowa. Jedną z wielu nowości, jakie wypuściła firma do obiegu streamingowego w tym roku, jest „Room for Rent”, thriller z psychologicznym zacięciem – bo nie psychologiczny sensu stricto – z doskonałą kreacją Lin Shaye na pierwszym planie. Od czasu „American Pets” nie miał Uncork’d w swojej ofercie filmu równie intrygującego.

RfR1

     „Room for Rent” nie okazuje się projektem równie rozpoetyzowanym, co „Amerykańskie pieszczochy”, ale wciąż łatwo układa się pod oczami. Jeśli chodzi o rozwój wewnętrzny bohaterki pierwszoplanowej i dramaturgię kolejnych zdarzeń ma do zaoferowania więcej, bo Joyce Smith (Shaye) to postać daleka od wyświechtanego stereotypu, o wabiąco odmalowanym portrecie. Z jednej strony reżyser Tommy Stovall przedstawia nam żałosną starowinę, która po utracie męża nie potrafi poskładać swojego życia do kupy. Niemniej istnieje też druga perspektywa.

Czytaj dalej Lin Shaye walczy o lepsze życie. [„Room for Rent”, 2019]

Nie śpij, walcz! [„Koszmar z ulicy Wiązów”, 1984]

     Choć trudno w to uwierzyć, w pierwszym „Koszmarze z ulicy Wiązów” obdarowano Freddy’ego Kruegera zaledwie siedmioma minutami czasu ekranowego. Jeden z najbardziej przerażających filmowych morderców, a zarazem symbol i chluba amerykańskiego kina grozy w klasyku Wesa Cravena z 1984 roku gra rolę zgoła drugoplanową. Wiąże się z tym kuriozum pewien paradoks, bo, mimo ograniczonego udziału w procesie zajść wewnątrzkadrowych, Krueger wywiera olbrzymi wpływ na całokształt projektu. Bez morderczych mrzonek oraz widma najsłynniejszego upiora X muzy „Koszmar…” mógłby nie nabrać kształtu intrygującej metafory nastoletnich lęków i udręk, a odarty z występu Roberta Englunda mógłby nie urosnąć do rangi horroru wszech czasów. Współpraca Englund-Craven napędza siłę artystyczną projektu.

anoes4

     Piętnastoletnią Tinę Gray (Amanda Wyss) prześladują senne mary. W koszmarach objawia się jej plugawy mężczyzna w czerwono-zielonym swetrze i przybrudzonym kapeluszu, z okropnie poparzoną twarzą. Jego dłoń przyozdabiają piekielnie ostre brzytwy, przytwierdzone niczym szpony do skórzanej rękawicy. Tina opowiada o swych snach grupie bliskich przyjaciół, a kilka godzin później umiera we własnym łóżku, w niejasnych okolicznościach. Zagadka śmierci dziewczyny jeży włos na głowie Nancy (Heather Langenkamp), której w nocnych majakach ukazuje się to samo straszydło. Koszmary Nancy z niepokojących przeobrażają się w niebezpieczne; nabierają nieziemskiego realizmu. By rozwikłać zagadkę wstrząsającego ulicą Wiązów horroru, bohaterka będzie musiała przyzwyczaić się do gorzkiego posmaku ożywiającej kofeiny.

Czytaj dalej Nie śpij, walcz! [„Koszmar z ulicy Wiązów”, 1984]

Niełatwe powroty. [„Jack Goes Home”, 2016]

     Twórcy hitowego telewizyjnego tasiemca mieli rację – życie jest nowelą, i przyjazną, i wrogą. Wie o tym Thomas Dekker, niezgorszy aktor oraz reżyser-nowicjusz, którego autorski film, „Jack Goes Home”, tonie w soap operowej specyfice.

jackgoeshome2

     Oto tytułowy bohater (Rory Culkin, „Shut In”) powraca w rodzinne strony na wieść o śmierci ojca. To nie koniec nieszczęść. W ciągu tygodnia do niedawna zadowolony z siebie narcyz usłyszy kilka bolesnych słów od ukochanej, wda się w spór z matką (Lin Shaye) oraz – przede wszystkim – odkopie zagrzebane przed laty rodzinne sekrety. Tych ostatnich najlepiej byłoby nie ruszać… „Jack…”, biorąc pod uwagę, jak życiowym ma być filmem, okazuje się też dziwnie bezemocjonalny. Niektórych widzów to ucieszy – horror, zainicjowany jako odpowiedź na depresję scenarzysty/reżysera, tonie w mroku i apatii. Przyglądając się opowieści Dekkera z mniej empatycznego punktu widzenia, możemy dostrzec materiał pasywny i zwyczajnie nieciekawy. I choć, faktycznie, „Jack Goes Home” wykazuje letargiczny charakter, wzmagany przez bezmiernie obojętną kreację pierwszoplanową, prezentowane na ekranie wydarzenia nigdy jednak nie nudzą. Największą zaletą projektu staje się w pewnym momencie towarzysząca mu aura niepokoju. Jack doświadcza obłędnych, surrealistycznych wizji, których nieprzewidywalność podnosi rozrywkowy walor filmu.

Czytaj dalej Niełatwe powroty. [„Jack Goes Home”, 2016]

Krótka piłka: „Lost Time”

          Film dzieli się na trzy skrajnie różne rozdziały. W pierwszym, całkiem dobrze otwierającym obiecujący – zdawałoby się – projekt, reżyser sumiennie buduje napięcie i zdobywa sympatię widza. Pomagają mu w tym nietuzinkowi, choć melodramatycznie odegrani bohaterowie. Następuje akt drugi. Scenariusz ogarnia chaos, akcja rozbiega się na wszystkie jego strony, a przyglądających się dziwowisku trafia szlag. Zakończenie „Lost Time” urasta już do rangi jednego z najsłabszych epilogów, jakie ukazano na ekranach w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Fantastycznonaukowy horror Christiana Sesmy bywa frajdą dla oczu, lecz jest zbyt nerdowski, a czasem zupełnie pozbawiony ładu i składu. Czy obraz o chwilach utraconych to – nomen omen – strata czasu? Obawiam się, że tak, pomimo nieodpartych walorów pierwszych minut filmu.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

losttime2014 5