Archiwa tagu: nawiedzony dom

O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

     Scenograf „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Charakteryzator, który lata później obsypany został nagrodami za „The Walking Dead”. Do tego Brian Thompson w jednej z najbardziej osobliwych ról swojej kariery. Między innymi ci twórcy zasilili ekipę „Mrocznych życzeń” – horroru kręconego u schyłku lat osiemdziesiątych, którego fabuła pokrywa się trochę z historią przedstawioną w „Linii życia” Schumachera. Grupa studentów zaszywa się w domku pośrodku niczego ze swoim ekscentrycznym profesorem. Mają prowadzić badania nad sensem snu, ale wpadają w sam środek paranormalnej intrygi. „Nightwish”, choć teoretycznie powstawał w dobrych rękach, nie do końca udał się jednak swoim realizatorom. Cały film to jedno wielkie dziwne doświadczenie, o niespójnej fabule, której wystarczy na piętnaście, może dwadzieścia minut czasu ekranowego.

Nightwish3

     Oczekując od „Nightwish” logicznej historii i w ogóle sensownej struktury narracyjnej, można się przeliczyć. Autorski projekt Bruce’a R. Cooka najłatwiej chyba podsumować jako pomieszanie z poplątaniem. W scenariuszu kanibale ustępują miejsca duchom, zmutowane creepy spiskują z kosmitami, a gdzieś w tle powraca motyw koszmarnych wizji opartych na tym, co najbardziej przeraża bohaterów. Ważną rolę odgrywają też w filmie teorie spiskowe, a w jednej ze scen przemądrzały student rzuca do swoich koleżanek: „słuchaj, nie gramy przecież w «Inwazji porywaczy ciał»”. Nie da się ukryć.

Czytaj dalej O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

Neogotycki snuj. [„The Turning”, 2020]

     Floria Sigismondi wyreżyserowała w przeszłości kilka znakomitych wideoklipów i zawsze miała oko do ciekawych zabiegów scenograficzno-operatorskich. To ona stoi za najlepszymi teledyskami Marilyna Mansona, Christiny Aguilery, Sigur Rós. Jej ostatni film, „The Turning”, ponownie, przedstawiony zostaje w perfekcyjnej szacie wizualnej, ale to doświadczenie puste jak wydmuszka.

TurningThe2

     Za produkcję tego neogotyckiego horroru odpowiada Roy Lee – ten sam, który w ostatnich latach dał nam między innymi „Rings” czy „Brahms: The Boy II” i od dłuższego czasu zdaje się odcinać kupony od swoich dawnych sukcesów. Już samo nazwisko Lee w napisach początkowych podpowiada, z jakim filmem będziemy mieć do czynienia. „The Turning” to ten typ kina grozy, w którym creepy kids are being creepy – nic więcej, nic ponad to. Sigismondi próbuje dyskursować na temat zdrowia psychicznego, ale rozprawy są zbyt zawoalowane, byśmy w ogóle mogli w nich uczestniczyć. Cały film taki jest: udaje coś, czym nie jest, sprawia wrażenie napuszonego, razi chłodną reżyserią. Bywa tak formalistyczny, że ciężko przez niego przebrnąć.

Czytaj dalej Neogotycki snuj. [„The Turning”, 2020]

Nieciekawe odrodzenie. [„The Grudge: Klątwa”, 2020]

     Nie pokusiłbym się o recenzję „The Grudge: Klątwy”, gdyby nie sam fakt, że wyreżyserował ją Nicolas Pesce. Jeszcze do niedawna trzydziestoletni Amerykanin miał w swoim filmowym CV dwie mocne pozycje: „Oczy matki”, w których akty bestialstwa przeobrażono w piękno, oraz zabarwiony odcieniami giallo „Piercing”. Teraz dołącza do nich słabizna. Kiedy latem 2017 roku ogłoszono, że Pesce zaangażowany został w prace nad „Grudge”, można było odetchnąć z ulgą. Tymczasem jego wariacja na temat legendy japońskich demonów okazuje się tak marna, że z opresji nie ratują jej Lin Shaye i Jacki Weaver – obsadzone na drugim planie i znakomite jak zawsze. W „reboocie rebootu” japońskiej „Klątwy” zabrakło nawet pamiętnej Kayako.

TheGrudge2020-2

     Ostatni film z serii, „Grudge 3: Powrót klątwy”, toczył się w Chicago. Akcję nowej odsłony umiejscowiono w niedużym miasteczku Cross River, w stanie Pensylwania. Wydarzenia przedstawione zostają na przestrzeni trzech lat (2004–2006), co czyni z nowej „Klątwy” „reboot-quel”, sidequel, pseudosequel – nazewnictwo możecie wybrać wedle uznania. Choć poznajemy zupełnie nowych bohaterów (z owdowiałą detektyw Muldoon na czele), co rusz przypomina nam Pesce, że chyba każda wcześniejsza pozycja w serii była lepszym filmem. Widzimy więc ikoniczną rękę, która przeczesuje włosy Johna Cho pod prysznicem, a Lin Shaye, jako kobieta z demencją, gra w a kuku z niewidzialną przyjaciółką. Fani sagi identyczne sceny poznali już lata temu u Takashiego Shimizu: w „Klątwie Ju-on” (2002) oraz dwóch amerykańskich „Grudge’ach” (’04, ’06). Nowy film, bardziej niż ciekawą reinkarnację, przypomina składankę typu greatest hits – tyle tylko, że nie ma w niej nic great.

Czytaj dalej Nieciekawe odrodzenie. [„The Grudge: Klątwa”, 2020]

Gdzie diabeł mówi dobranoc. [„Lśnienie”, 1980]

     Prawie wszystkie filmy Stanleya Kubricka nakręcone po 1960 roku uzyskały nominację albo do Oscara, albo Złotego Globu. Niektóre uhonorowano zresztą tymi nagrodami: na przykład w roku 1969, kiedy „2001: Odysei kosmicznej” przyznano statuetkę za najlepsze efekty wizualne. Jedyny wyjątek w filmografii Kubricka stanowi „Lśnienie” – swobodna adaptacja powieści Stephena Kinga, którą krytycy przeżuli z niesmakiem, a potem pretensjonalnie nią splunęli, przebąkiwając coś o nudzie i żałości. Zamiast 4-kilogramowym, brązowo-złotym dżentelmenem wyróżniono „Lśnienie” antynagrodami, a samego Kubricka strasznie antagonizowano przez wiele lat po premierze. Dziś trudno uwierzyć, że film spotkał się z tak oschłym przyjęciem. Nastawienie kinofilów uległe przemianie, a dzieło Kubricka uchodzi za najbardziej epicki horror w historii.

TheShining5

     King z uporem maniaka wciąż miesza „Lśnienie” z błotem, a w jednym z wywiadów określił je nawet jako luksusowy samochód bez silnika. Argument od lat pozostaje ten sam: ekranizacja pozwala sobie na zbyt wiele różnić względem książkowego pierwowzoru. Warnerowskie „Lśnienie”, faktycznie, bagatelizuje wiele wątków, które dla powieści były kluczowe, ale Kubrick nie robi tego, by utrzeć pisarzowi nosa. Z chirurgiczną precyzją wycina to, co ma być dla filmu nieistotne, historię przedstawia z innej perspektywy. Zamiast opowiadać o nawiedzonym hotelu na odludziu, poddaje wiwisekcji amerykańską rodzinę. Umieszcza w zamknięciu trójkę pogubionych duchowo osobników. Wodzi ich krętymi korytarzami, które zdają się prowadzić donikąd; oprowadza alejkami labiryntu z żywopłotu, w którym są jak marionetki. Upiorne zjawy kryją się, oczywiście, w zaułkach hotelu Overlook, ale „Lśnienie” to na równi psychologiczny horror i dramat rodzinny, a Kubrick skupia się przede wszystkim na demonach wypływających z wnętrza postaci.

Czytaj dalej Gdzie diabeł mówi dobranoc. [„Lśnienie”, 1980]

Toksyczny mężczyzna i dom, który płacze. [„Dziewczyna z trzeciego piętra”, 2019]

     Po latach udanej kariery producenta filmowego Travis Stevens postanowił usiąść w fotelu reżysera. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. W przeszłości pracował Stevens nad „We Are Still Here”, „68 Kill” czy „Naprawdę straszną śmiercią” – śmiało można więc powiedzieć, że zna się na indie horrorach i wie, czego oczekują ich odbiorcy. „Dziewczyna z trzeciego piętra”, zupełnie jak pierwszy z wymienionych tytułów, redefiniuje horror o nawiedzonym domu. W debiucie reżyserskim Stevensa wiktoriańska posiadłość potraktowana zostaje jak uczestniczka dramatu, bohaterka sama w sobie. Można ją zranić – rozpruwając elewację – i usłyszeć jej płacz.

DziewczynaZ3Pietra-4

     Dom ma szemraną przeszłość i budzi niepokój lokalnych mieszkańców. Mimo to zagnieżdża się w nim nasz główny (anty)bohater: Don Koch, grany przez byłego wrestlera C.M. Punka. To postać moralnie ambiwalentna, pełna ułomności i ograniczeń, często budząca odrazę. Don podejmuje się odrestaurowania posiadłości, która od lat pogrąża się w ruinie. Chce przygotować ją na przyjazd ciężarnej żony, nie wyobraża sobie, że ktoś mógłby mu pomóc. Własnymi rękoma odświeża przegniłe pomieszczenia, naprawia instalację wodną. Szybko okazuje się, że zabytkowy budynek naznaczony został paranormalnym piętnem i nie podda się remontowi bez „walki”.

Czytaj dalej Toksyczny mężczyzna i dom, który płacze. [„Dziewczyna z trzeciego piętra”, 2019]

You don’t read the book, the book reads you. [„Upiorne opowieści po zmroku”, 2019]

     Znaczna część „Upiornych opowieści po zmroku” – nowego horroru wyprodukowanego przez Guillermo del Toro – toczy się w okresie halloweenowym. Z jednej strony żałuję, że film nie nawiedzi kin, gdy na zewnątrz hula dżdżysty, jesienny wiatr, z drugiej zaś rozumiem tę decyzję, bo w sierpniu przed dużym ekranem często zasiadają widzowie młodsi. „Upiorne opowieści…” to adaptacja serii książek, które w latach osiemdziesiątych zapewniły nieprzespane noce niejednemu kilku-, kilkunastolatkowi. W Stanach premiera ekranizacji jest wydarzeniem bez precedensu: powieści Alvina Schwartza stanowią tam dziedzictwo kulturowe i stawiane są na równi z bestsellerami R. L. Stine’a. Film może więc okazać się wielkim sukcesem kasowym. Nie wiem, czy polskim widzom udzieli się ta gorączka – gdybym miał zakładać, powiedziałbym, że nie. „Opowieści” mogą spodobać się dzieciakom jako dobry przykład „gateway horroru” – czyli grozy kontrolowanej, z kategorią „PG-13”. Do nich produkcja jest kierowana przede wszystkim. Starszym odbiorcom zagra zaś w sercu nostalgia za dawną epoką i klasykami spod szyldu Amblina.

ScaryStories4

     Rok 1968, Mill Valley w stanie Pensylwania. Grupa nastolatków, z aspirującą pisarką Stellą (Zoe Colletti) na czele, spędza wspólnie noc halloween. Przyjaciele trafiają do domu Bellowsów, który stoi pusty od dziesięcioleci i uchodzi za nawiedzony. Zapędzeni do piwnicy przez szkolnego prześladowcę, odkrywają księgę pełną opowieści z dreszczykiem – według wierzeń każde słowo spisano ludzką krwią. Stella chowa wolumin do torby i przemyca go do domu. Jeszcze nie wie, że grabież rozzłości martwą właścicielkę książki, która zrobi wszystko, by nie tylko dzieciaki nastraszyć, ale też dać im nauczkę.

Czytaj dalej You don’t read the book, the book reads you. [„Upiorne opowieści po zmroku”, 2019]