Archiwa tagu: Netflix

Poza strefą komfortu. [„Perfekcja”, 2018]

     Scena inaugurująca „Perfekcję” − najnowszy netfliksowy horror z Allison Williams i Logan Browning w rolach głównych − przywodzi na myśl ubiegłoroczną „Suspirię”. Utalentowana wiolonczelistka Charlotte przesiaduje, jakby za karę, w ponurym pomieszczeniu i obserwuje, jak wydaje jej matka ostatnie tchnienie. Twarz kobiety jest wychudzona, blada, zmęczona długą chorobą − na pewno będzie gościła w koszmarach Charlotte jeszcze przez długi czas. Opening bez wątpienia jest najsubtelniejszym momentem „Perfekcji”, która wraz z rozwojem akcji przeinacza się w brutalne kino spod znaku wendety i kampu.

Perfekcja2

     Dorosłą Charlotte poznajemy podczas podróży po Szanghaju. Odbywa się tu koncert organizowany przez Antona (Steven Weber) − byłego nauczyciela bohaterki, wielki autorytet w świecie muzyki poważnej. Charlotte łączy siły z młodszą Lizzie, która zajęła jej miejsce, stając się nową pupilką mistrza wiolonczeli. Dziewczyny nie tylko świetnie razem brzmią; mają ze sobą więcej wspólnego niż można podejrzewać. Razem uporają się też z traumatycznymi doświadczeniami.

Czytaj dalej Poza strefą komfortu. [„Perfekcja”, 2018]

Reklamy

Krew na płótnie. [„Velvet Buzzsaw”, 2019]

     Los Angeles. Uporządkowany, ociekający egotyzmem świat krytyków i kuratorów sztuki zaczyna drżeć w posadach, gdy umiera pewien ekscentryczny artysta. Vetril Dease przeszedł przez piekło, a niepokojące obrazy – chroniące go przez szaleństwem – miały przepaść razem z nim, u kresu jego życiowej drogi. Śmierć przyszła jednak znienacka i obnażyła mroczny geniusz malarza. Słynący z ciętego języka koneser Morf Vandewalt (Jake Gyllenhaal) – którego opinia potrafi zmiażdżyć nawet największy talent – jest znaleziskiem co najmniej zafascynowany, a właścicielka wysoko postawionej galerii, Rhodora Haze (Rene Russo), ostrzy swoje kły na sukces. Oburzony tym faktem jest sam Dease, który zza grobu będzie uczył łapczywców pokory.

VelvetBuzzsaw3

     „Velvet Buzzsaw” w reżyserii Dana Gilroya toczy się wśród wielkomiejskiego blichtru i napędzany jest przez estetyzację codzienności. Wszystkie postaci związane są ze sztuką współczesną, niemal przez każdą przemawia nieujarzmiony snobizm. Grany przez Gyllenhaala Morf nadużywa swej wpływowości: jest bezlitosnym i kapryśnym krytykiem, a ciężar jego kciuka od niechcenia zgniata kariery. Każda wypowiedź Morfa to minirecenzja, najczęściej nacechowana negatywnie – na pogrzebie z niesmakiem w głosie dopytuje on, „skąd dobiega ta tandetna, organowa melodia”. Napuszonych, uprzywilejowanych pozerów poznamy w filmie więcej; świetny ensemble, w skład którego wchodzą m. in. Russo, John Malkovich i Natalia Dyer, z pewnością ożywi gorące dyskusje wśród kinomanów.

Czytaj dalej Krew na płótnie. [„Velvet Buzzsaw”, 2019]

Alice po drugiej stronie… kamerki. [„Cam”, 2018]

     Alice (Madeline Brewer) pracuje jako cam girl i ma grono oddanych fanów, którzy bitcoinami opłacają jej seksowne występy przed kamerką. Czasem pokazy są rozbierane i pełne filuterii, a kiedy indziej obrazują, jak internetowa modelka pałaszuje soczysty stek gołymi rękoma. Alice nie boi się fetyszystów, bo sama jest odważną kobietą: podczas jednej z sesji nagraniowych próbuje nawet sfingować własną śmierć − co tylko napędza jej sławę w cyberprzestrzeni. Dziewczyna jest ambitna; kieruje się kilkoma żelaznymi zasadami: nie udaje orgazmów, nie mówi swoim klientom, że ich kocha, nigdy nie spotyka się z nimi w „realu”. W ten sposób wiedzie udane i bezpieczne życie jako cyber-modelka. Pewnego dnia spokój Alice zaburza nietypowe odkrycie. Okazuje się, że ktoś skradł jej dane osobowe i podaje się za nią w sieci. Złodziejka tożsamości przejęła webcamowe konto Alice i organizuje seks-występy pod jej nazwiskiem. Ma ku temu doskonałe warunki: wygląda bowiem dokładnie tak samo, jak jej ofiara…

Cam2

     „Cam” w reżyserii Daniela Goldhabera to nie tylko nowoczesny i pomysłowy techno-thriller, ale też film umiejętnie żonglujący klasycznymi motywami. Uwagę zwracają odwołania do „Alicji w krainie czarów”: główną bohaterkę ochrzczono tak, aby oddać cześć heroinie z powieści Lewisa Carrolla, a jeden z jej ekscentrycznych klientów posługuje się nickiem „MrTeapot”. W finale Alice staje do walki ze swym lustrzanym odbiciem, a dużo wcześniej znajduje swoje antagonistyczne odzwierciedlenie po drugiej stronie… telewizyjnego ekranu. Film jest pełen suspensu i korzysta z hitchcockowskich leitmotivów. Tożsamość postaci centralnej stale jest przecież obiektem pomyłek i spekulacji, a nad jej konstrukcją, jej psychologicznymi uwarunkowaniami pochyla się sam widz − nie wiedząc, czy klon Alice to wymysł rozgorączkowanej głowy czy może realne zagrożenie. Bohaterka nie daje się zamknąć w sidłach szaleństwa. Ponieważ sama decyduje, co zrobi ze swoim ciałem, samodzielnie chce też stawić czoła internetowemu „copycatowi”.

Czytaj dalej Alice po drugiej stronie… kamerki. [„Cam”, 2018]

Viernes 13 – Parte 13. [„Romina”, 2018]

     Nad Lago Cristal (lub, jeśli wolicie, jeziorem Crystal) doszło do tragedii. Ktoś z zimną krwią wymordował pół tuzina małolatów. W masakrze uczestniczyła też tytułowa Romina, która jednak wróciła do domu bez szwanku. Na komisariacie dziewczyna zapytana zostaje, co się stało. Jej wersja zdarzeń będzie bardzo… nudna.

Romina2

     Meksykański slasher „Romina” kręcony był z myślą o dystrybucji VOD i ukazał się w sieci w piątek, 13 lipca. Netflix – który na tym etapie swej działalności emituje co popadnie – tak opisuje fabułę filmu: „Szokujący napad wywołuje lawinę przemocy, gdy grupa nastolatków spotyka na odludnym kempingu dziewczynę ze swojej szkoły”. Streszczenie jest bardzo zwodnicze. Reżyser Diego Cohen, owszem, zdaje się być zafascynowany przemocą, ale brakuje mu odwagi, by frywolnie epatować nią na ekranie. Miejsce akcji „Rominy” stwarza doskonałe warunki, by wybijać kolejne postaci z impetem godnym Jasona Voorheesa. Niestety, Lago Cristal zbyt rzadko spływa czerwoną farbą; do wybuchów agresji też dochodzi incydentalnie. Fajnie jest czasem pooglądać, jak fikcyjne postaci cierpią – po to właśnie powstały podgatunki, jak slasher czy giallo. „Romina”, obojętna na niemoralne potrzeby widzów, jest brutalna w swej anty-brutalności.

Czytaj dalej Viernes 13 – Parte 13. [„Romina”, 2018]

Diabelska zabawa. [„Verónica”, 2017]

     „Verónica” – okultystyczny horror, inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, do jakich doszło w Hiszpanii dwadzieścia siedem lat temu – jest filmem tyleż sztampowym, co eleganckim i przewrotnym. Jego tytułowa bohaterka otwiera drzwi do świata demonów, korzystając z planszy Ouija. Przedmioty w domu Veróniki zaczynają więc żyć własnym życiem, w lustrach pojawiają się odbicia nie z tego świata, a po ścianach posępnie tułają się cienie jak z „Nosferatu – symfonii grozy”. W filmie znalazło się miejsce dla co najmniej kilku jump scare’owych sekwencji, ale reżyser Paco Plaza („[REC]”) postanowił skorzystać z jump scare’ów lepszego sortu. „Verónica”, choć nie urasta do rangi najbardziej przerażającego straszaka wszech czasów (a w taki sposób ją hype’owano), u niejednego widza wywoła szybszą akcję serca. Kluczem Plazy do sukcesu okazują się jednak nie podręcznikowe metody straszenia, a oryginalna stylizacja.

Verónica2

     Szereg osobliwych działań plastyczno-scenograficznych, na jakie zdobył się Plaza, pozwala „Verónice” osiągnąć status dzieła ekstrawaganckiego, chwilami śmiało awangardowego. Wtórnej i prostej historii demonicznego opętania nadał reżyser zacięcie artystyczne. Wszystko za sprawą precyzyjnego sterowania kamerą, abstrakcyjnego kadrowania obrazu i surrealistycznego w swej formie montażu. „Verónica” to film, w którym ważniejsze od kartek scenariusza są ilustracje: tekst wyraźnie wspierany jest tu obrazem, który ma znaczenie kardynalne. Nadworny kompan Plazy, Martí Roca, montując projekt, zastosował ciekawe manewry edytorskie. W jednej ze scen obserwujemy, jak zawieszona między dwoma światami bohaterka kroczy po Madrycie i gorączkowo szuka rozwiązania swych problemów. Bruk pod jej nogami nie bez powodu zmienia się w wertowaną książkę – kilka minut wcześniej powiedziano Verónice, że odpowiedzi na dręczące ją pytania ukryte są w literaturze ezoterycznej. Inne ujęcie pokazuje Verónikę, która uparcie idzie przed siebie, choć cały świat chodzi wspak (ciekawe, czy nawiązanie do „Przygody człowieka poczciwego” to wypadkowa podobieństwa fabularnego czy może zabieg celowy). Plaza i Roca z dużą wprawą operują też dźwiękiem. W jednej z sekwencji nocnych old-schoolowe materiały muzyczne, dobiegające z telewizora, nakładają się na narrację pierwszoplanową. W efekcie rodzina Veróniki przeżywa chwile grozy w rytm klasycznego horroru Narciso Ibáñeza Serradora, „Czy zabiłbyś dziecko?”.

Czytaj dalej Diabelska zabawa. [„Verónica”, 2017]

Atomy naszego życia. [„Anihilacja”, 2018]

     Przedostatni film Aleksa Garlanda, „Ex Machina”, stanowił refleksyjne, chwilami niemal filozoficzne kino cyberpunkowe i zasłużenie przyniósł swojemu twórcy nominację do Oscara za scenariusz. Tekstualnie projekt scalał ze sobą fragmenty „Frankensteina” Mary Shelley z urywkami prozy Philipa K. Dicka. „Anihilacja” – dziecko Paramountu i Netfliksa – to film nie mniej ryzykowny; chwilami wyglądający jak kobiecy remake „Predatora”, a kiedy indziej jak duchowy sequel „Stalkera” Tarkowskiego.

Annih2

     Fabuła „Anihilacji” wydaje się prosta, ale wcale taka nie jest: scenariusz okazuje się enigmatyczny, a jego autor nie ma w zanadrzu żadnych odpowiedzi – mimo że pytań wystosować można by wiele. W Strefie X, gdzieś w Stanach Zjednoczonych, niezidentyfikowana fala energii przyczynia się do mutacji biologicznych. Członkowie ekspedycji rozkładają nad ewenementem ręce. Padają nawet sugestie, że za całym zamieszaniem stoją obcy. Historia inspirowana jest utworem Lovecrafta „Kolor z przestworzy”, w którym gazy tajemniczego meteorytu wywołują wśród ludzi straszliwą chorobę. Okazuje się jednak „Anihilacja” więcej niż body horrorem; to zarazem minimalistyczny w swej formie traktat, dotyczący natury ludzi i dziwnie im bliskiej autozagłady. Garland (prawdopodobnie jak VanderMeer w książkowym pierwowzorze, choć pewności nie mam) opowiada o momencie, w którym bohaterki nie mogą dłużej ufać swoim ciałom. „Anihilacja” to film, w którym porządek świata zostaje unicestwiony, a destrukcja wynika z nieświadomości człowieka. W jednej ze scen pada zdanie: „Mało kto przejawia skłonności samobójcze, choć wszyscy dążymy do samozagłady”. Z jakiegoś powodu ewolucja wyposażyła nas w silny impuls masochistyczny.

Czytaj dalej Atomy naszego życia. [„Anihilacja”, 2018]