Archiwa tagu: Richard Brake

Blood is in my eyes and nothing is rhyming. [„Mandy”, 2018]

     Podobnie jak w „The Wicker Man”, Nicolasowi Cage’owi znów przyszło zmagać się z morderczym kultem. Jego bohater dostaje w kość, ale tym razem nie pozostaje nikomu dłużny. Red Miller to bowiem mężczyzna o dzikich popędach i pierwotnym instynkcie, który za zabójstwo ukochanej odegra się nawet osławionym brutalom. Po drodze sporo wycierpi, ale osiągnie swój cel i rozpęta piekło na ziemi. Dźwignią, która wprawi w ruch jatkę, całą machinę szaleństwa, będzie energia id Reda − jego impulsywność, chęć natychmiastowego zaspokojenia animalnych potrzeb… „Mandy” przystrojona została po królewsku − czemu zawdzięczamy poetycką formę jej realizacji − ale przede wszystkim jest to film o przekraczaniu granic zwierzęcości, które tkwią w każdym z nas. Ten prymitywny pierwiastek odkrywa w sobie protagonista grany przez Cage’a − aktora głęboko wierzącego, że to w amoku tkwi metoda na sukces. Panos Cosmatos znów stworzył kawał obłędnego kina niezależnego i uwierzcie − chcecie się z nim zmierzyć.

Mandy2

     Warto zaznaczyć, że „Mandy” nie sprosta wszystkim gustom: przede wszystkim ma łechtać upodobania miłośników groteski. Film miesza ze sobą art house i grindhouse, jednak nawet średnio przytomny widz zauważy, jak bliskie są Cosmatosowi midnight movies. To właśnie pociąg do brutalności, typowej kinu exploitation, odcisnął na „Mandy” wyraźniejsze piętno. Tytułowa bohaterka ginie spalona żywcem, a Red musi się temu przyglądać. Przeprowadzona zostaje specyficzna forma gwałtu. Mężczyzna, jak w horrorach rape and revenge, odnajduje w sobie siłę i wyrusza na polowanie. Kulminacją jego bezkompromisowych łowów będzie walka na piły mechaniczne, a później − mord przy użyciu gołych rąk. „Mandy” to projekt przejaskrawiony, napędzany zarówno patosem, jak i chorym dowcipem. Zajmujący jest absurd, którym Cosmatos operuje z dużą wprawą. Nie tylko utrata wybranki prowokuje w Redzie agresję: błędnie pozostawiony przy życiu brodacz dokonuje też pomsty za ulubioną koszulkę, która w toku gwałtu została porwana. By zwiększyć swoje szanse na efektywną rzeź, samodzielnie odlewa wielki, metalowy topór. „Mandy” to gorączkowy sen każdego fana „seansów o północy”, a zarazem solidne kino autorskie.

Czytaj dalej Blood is in my eyes and nothing is rhyming. [„Mandy”, 2018]

„In Hell everybody loves popcorn”. [„31”, 2016]

     W scenie inaugurującej „31” – długo oczekiwany horror od zmartwychwstałego studia Saban Films – poznajemy Doom-Heada (Richard Brake), kościstego mężczyznę o nieprzyjemnym spojrzeniu i wymalowanej, bladej twarzy. Snuje on blisko pięciominutowy monolog, który, jak się okazuje, kierowany jest do spętanego pastora. Łamiąca czwartą ścianę narracja przemienia się w wymianę słów oprawcy i jego świętojebliwej ofiary. Doom-Head, nieczuły na błagania klechy o życie, rąbie jego ciało kiepsko zaostrzoną siekierą, zapewne mając dość płaczów i kwileń. Scena dobiega końca, a w kadrze pojawiają się vintage’owe ujęcia kręcone w formacie 8 mm. Opatrzone zostają napisami: „a Rob Zombie film”.

31-5

     Charakteryzacja Brake’a, prowadzenie postaci, fragmenty dialogowe („w piekle wszyscy uwielbiają popcorn!”) i stylistyka w ogóle od pierwszych sekund podpowiadają, że oglądamy film Roba Zombiego – zdaniem wielu, naczelnego wodza kina niskich lotów. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego facet będący głównym i wspaniałym karmicielem współczesnej sceny horroru ściąga na siebie tak wiele awersji. Na głowę reżysera co rusz wylewa się wiadro gówna. Krytykuje się go za dosadne, soczyste dialogi lub korzystanie ze współpracy aktorów charakterystycznych i zaufanych, co jest przecież modus operandi powszechnie cenionego Quentina Tarantino. Stali malkontenci wciąż nie zwrócili uwagi na fakt, że nie ma poza Zombiem drugiego filmowca tworzącego throwback horrory udane tak estetycznie, jak i merytorycznie. Nie trafiła się, jak dotąd, w filmografii Amerykanina porażka – nie była nią nawet napędzana tanim seksem animacja o przygodach El Superbeasto. „31”, podobnie jak najlepszy projekt Zombiego – „Dom tysiąca trupów”, pozostaje tytułem niezrozumianym, na siłę znienawidzonym.

Czytaj dalej „In Hell everybody loves popcorn”. [„31”, 2016]

Daleko do dzwonka

     Jeśli nie potrafisz bawić się filmem, odpuść sobie projekcję „Detention”. To obraz dla prawdziwych filmowych geeków, kinowych wyjadaczy, którzy niepospolitość produkcji Josepha Kahna docenią i bezzwłocznie pokochają.

     Groteskowe zabójstwo nastoletniej piękności – samozwańczej szkolnej dziwki Taylor – uruchamia lawinę niecodziennych zdarzeń. Uczniowie Grizzly Lake High są prześladowani i atakowani przez gnębiciela rodem z horrorów. Jednak to tylko drobna porcja dylematów, z jakimi muszą się zmagać. Jedni czują się zagubieni, drudzy boją się przyszłości, inni zmuszeni są dawać sobie radę z muszym krwiobiegiem, kwasopluciem i fosforyzującym ejakulatem. Do matury coraz bliżej. Czy młodzi z Grizzly Lake poradzą sobie z codziennymi, mniej lub bardziej cudacznymi kłopotami nim szkolnymi murami zatrząśnie ostatni dzwonek?

Czytaj dalej Daleko do dzwonka