Archiwa tagu: satyra

Krew na płótnie. [„Velvet Buzzsaw”, 2019]

     Los Angeles. Uporządkowany, ociekający egotyzmem świat krytyków i kuratorów sztuki zaczyna drżeć w posadach, gdy umiera pewien ekscentryczny artysta. Vetril Dease przeszedł przez piekło, a niepokojące obrazy – chroniące go przez szaleństwem – miały przepaść razem z nim, u kresu jego życiowej drogi. Śmierć przyszła jednak znienacka i obnażyła mroczny geniusz malarza. Słynący z ciętego języka koneser Morf Vandewalt (Jake Gyllenhaal) – którego opinia potrafi zmiażdżyć nawet największy talent – jest znaleziskiem co najmniej zafascynowany, a właścicielka wysoko postawionej galerii, Rhodora Haze (Rene Russo), ostrzy swoje kły na sukces. Oburzony tym faktem jest sam Dease, który zza grobu będzie uczył łapczywców pokory.

VelvetBuzzsaw3

     „Velvet Buzzsaw” w reżyserii Dana Gilroya toczy się wśród wielkomiejskiego blichtru i napędzany jest przez estetyzację codzienności. Wszystkie postaci związane są ze sztuką współczesną, niemal przez każdą przemawia nieujarzmiony snobizm. Grany przez Gyllenhaala Morf nadużywa swej wpływowości: jest bezlitosnym i kapryśnym krytykiem, a ciężar jego kciuka od niechcenia zgniata kariery. Każda wypowiedź Morfa to minirecenzja, najczęściej nacechowana negatywnie – na pogrzebie z niesmakiem w głosie dopytuje on, „skąd dobiega ta tandetna, organowa melodia”. Napuszonych, uprzywilejowanych pozerów poznamy w filmie więcej; świetny ensemble, w skład którego wchodzą m. in. Russo, John Malkovich i Natalia Dyer, z pewnością ożywi gorące dyskusje wśród kinomanów.

Czytaj dalej Krew na płótnie. [„Velvet Buzzsaw”, 2019]

Reklamy

Smells like mind f*cking. [„Tajemnice Silver Lake”, 2018]

     David Robert Mitchell powrócił. Jego poprzedni film, „Coś za mną chodzi”, okazał się hitem − zarówno w kinach, jak i na prestiżowych festiwalach dookoła świata. W Cannes zdobył nominację do nagrody przyznawanej przez stowarzyszenie krytyków. Nie powinien dziwić więc fakt, że z kolejnym projektem reżysera wiązano wielkie nadzieje. „Tajemnice Silver Lake” są trudniejsze w odbiorze niż „It Follows”: trwają prawie dwie i pół godziny, za sprawą eksperymentalnej formy wprowadzają zamęt. Mimo to, nie chcecie nowej produkcji Mitchella przegapić. To film frapujący i wieloaspektowy, przy napisach końcowych krzyczący o kolejny seans.

SilverLake2

     Los Angeles. Sam (Andrew Garfield), 30-letni obibok żywcem wyjęty ze slackerowych komedii, poszukuje swojej pięknej sąsiadki (Riley Keough). Dziewczyna przepadła jak kamień w wodę: pewnego wieczoru flirtowała z Samem, a nazajutrz opuściła okolicę bez słowa. Bezrobotny mężczyzna rozpoczyna śledztwo, które poprowadzi go najmroczniejszymi zaułkami Miasta Aniołów. W świecie, gdzie może wydarzyć się wszystko, nie ma miejsca na strach. Zew przygody sprawi, że Sam zupełnie zatraci się w swych ślepych poszukiwaniach. Zabawa w detektywa zainteresuje go bardziej niż jego własna, pusta egzystencja.

Czytaj dalej Smells like mind f*cking. [„Tajemnice Silver Lake”, 2018]

Krwawo i autoreferencyjnie. [„Piątek, trzynastego VI: Jason żyje”, 1986]

     Crystal Lake przechrzczono na Forest Green, by na zawsze zapomnieć o Jasonie Voorheesie – zabójcy w hokejowej masce, który przez lata siał w okolicy spustoszenie. Spotkanie z psychopatą wciąż wspomina jednak Tommy Jarvis (Thom Mathews), niepotrafiący uporać się z krwawą przeszłością. Chłopak odwiedza miejsce pochówku Jasona i próbuje unicestwić jego szczątki – raz na zawsze. Gdy przebija zwłoki stalowym prętem, zrywa się burza, a uderzenie pioruna przywraca mordercę do życia. Miejska legenda o nieśmiertelnym siepaczu na nowo staje się prawdziwa.

Friday the 13th 6 car scene

     W „Piątku, trzynastego VI” Jason Voorhees po raz pierwszy zyskuje nadludzką siłę: niebywale atletyczny był w każdym poprzednim prequelu, ale dopiero reżyserowany przez Toma McLoughlina film czyni z niego nieumarłą kreaturę, której nie powstrzyma nikt i nic. Ze swojego plugawego grobu powstaje Jason niczym potwór Frankensteina, a scena wyraźnie nawiązuje do horrorów ze stajni Universal Monsters: nad starym cmentarzyskiem kłębią się opary upiornego, choć niezbyt wiarygodnego dymu, udającego mgłę, „życiodajna” błyskawica jest zaś old-schoolowo rysunkowa. Straszliwe, w duchu gotyckie opary unoszą się też nad samym jeziorem Crystal, które w toku kolejnych zdarzeń zostanie milczącym świadkiem brutalnych zbrodni. „Piątek, trzynastego VI: Jason żyje” z jednej strony posiada cechy klasycyzujące, stawiające film w jednym rzędzie z „Ostatnim rozdziałem” czy „Nowym początkiem”, z innej natomiast perspektywy łamie pewne utarte konwencje, okazuje się horrorem ciekawym, bo burzycielskim. To film-dyskurs, pełen autoreferencyjnych aluzji, ostrym krytykom przypominający, że nade wszystkim ma być slasher dobrą zabawą.

Czytaj dalej Krwawo i autoreferencyjnie. [„Piątek, trzynastego VI: Jason żyje”, 1986]

Giń, ty mały gnojku! [„Mama i tata”, 2017]

     Matka-wariatka, tata-psychopata, okolica dziesiątkowana przez morderczy wirus. I jak tu normalnie dorastać? Nastoletnia Carly (Anne Winters) i jej młodszy brat Josh (Zackary Arthur) nie znają odpowiedzi na to pytanie. Wiedzą jedynie, że światem wstrząsnęła przedziwna pandemia: oto wszędzie – na ulicach dużych miast, za białymi płotkami idyllicznych suburbii – dzieci zmuszane są do odpierania ataku ze strony własnych rodziców. Fala masowej histerii właśnie obiła się o drzwi Ryanów. Jeśli Carly i Josh chcą dożyć 18. urodzin, muszą przejść szybką lekcję dojrzewania. I brutalnej walki wręcz też.

MomAndDad-2

     „Mamę i tatę” rozpoczyna grindhouse’owe intro, stylistycznie bardzo bliskie horrorom z lat siedemdziesiątych. Skojarzenia z takimi pozycjami, jak „Szaleńcy” (1973) czy „Hungry Wives” (’72) nie są tu przypadkowe. Apokalipsa (z którą radzą sobie wszyscy bohaterowie niepełnoletni) to przecież motyw bardzo romerowski. Reżyser Brian Taylor nie kopiuje jednak w „Mom and Dad” schematów; jego film wydaje się tyleż swojski, co oryginalny. Na taką dawkę jatki i szaleństwa czekaliście od dawna.

Czytaj dalej Giń, ty mały gnojku! [„Mama i tata”, 2017]

Hipokryzja w 2D. [„Found Footage 3D”, 2016]

     Grupa filmowców-amatorów realizuje horror utrzymany w stylistyce found footage. Ma on być jednocześnie pierwszym tego typu filmem grozy nakręconym w technice trójwymiarowej. Pomysł, choć pozbawiony sensu, nie jest tak niedorzeczny, jak decyzja o uczynieniu z nawiedzonego domu planu zdjęciowego. Z upływem kolejnych dni absurdy piętrzą się coraz bardziej. Wreszcie członkowie ekipy realizacyjnej zdają sobie sprawę, że sami stali się bohaterami horroru – i to jak najbardziej rzeczywistego.

ff3d 2

     Niektórzy recenzenci chwalą „Found Footage 3D” za umiejętną żonglerkę metafikcją oraz grozą skrytą pod prześmiewczym płaszczykiem, ale prawda jest taka, że autoironia ma tu jedynie przykryć powierzchowny scenariusz, miałką akcję i bezpłciowość postaci. Fabularzysta-debiutant Steven DeGennaro ewidentnie nie umie pisać historii – ciekawych, a nawet jakkolwiek składnych – ale i tak nie jest to najgorszy zarzut, jaki można mu postawić. Przede wszystkim okazuje się DeGennaro wstrętnym hipokrytą. W wywiadzie dla serwisu HorrorNews.net miał powiedzieć, że nadał swojej pierwocinie aspekt trójwymiarowy dla dobra przedstawionej opowieści, a nie marketingu. To wierutna bzdura: bohaterowie filmu już we wstępie deklarują, że „pierwszy found footage 3D” (sic!) nakręcą tylko po to, by skupić na sobie uwagę mediów. Dokładnie to samo zrobił DeGennaro, choć brakuje mu jaj, by przyznać to wprost.

Czytaj dalej Hipokryzja w 2D. [„Found Footage 3D”, 2016]

Midnight movie extravaganza. [„68 Kill”, 2017]

     O, słodka inspiracjo. Na „68 Kill” – drugi film fabularny wyreżyserowany przez wziętego scenarzystę Trenta Haagę – radykalnie wpłynęły dokonania maestra Tarantino oraz Richarda Batesa Jr. („Trash Fire”). Quentin, jak to Quentin, swoim upodobaniem do groteski i celuloidową deformacją świata rzeczywistego zaraził dziesiątki młodych postmodernistów. Haaga jest jednym z tych aspirujących mistrzów kina: twórcą bawiącym się nawiązaniami do kultury masowej, umiejętnie operującym pastiszem, progresyjnie nabierającym świadomości reżyserskiej. „68 Kill”, projekt opowiedziany ciętym językiem, przy wsparciu kąśliwego humoru, typowego dla Batesa Jr., sprawia chwilami wrażenie, jakby patronat artystyczny sprawował nad nim reżyser „Wściekłych psów”. Zarówno „Reservoir Dogs”, jak i „68 Kill” to filmy neo-heist, w których zwroty akcji są zaskakujące, a scena kulminacyjna jest wręcz zabójcza. Jednak rozlew krwi okazuje się nie być jedynym „motywem” interesującym Haagę. Równie mocno, jak gorefesty, a może i bardziej, interesuje reżysera dynamika męsko-żeńska.

68Kill-2

     W „68 Kill” pierdołowaty kanalarz Chip (Matthew Gray Gubler) przedstawiony zostaje jako ubezwłasnowolniony pionek kobiecych zagrywek. Ukochana Liza (AnnaLynne McCord) traktuje go jak seksualnego niewolnika, podczas stosunków przydusza go i leje po twarzy, a wreszcie wymusza na nim, by pomógł jej skraść fortunę należącą do bogatego „klienta” – w istocie kochanka. Monikę (Sheila Vand), ekspedientkę o aparycji Lydii Deetz, także kręci BDSM, jednak w odmianie ekstremalnej. Kobieta okrada Chipa, potem go knebluje i poddaje serii „erotycznych” tortur, mających spełnić jej chore marzenia. Jest jeszcze Violet (Alisha Boe), która, choć nie przejawia skłonności sadystycznych, i tak wystarczająco mąci biedakowi w głowie. Trzy relacje, trzy temperamenty, trzy kobiety, dla których Chip jest jedynie uległym przydupasem. Próba sił chromosomów XX i XY nigdy nie była tak… nierówna.

Czytaj dalej Midnight movie extravaganza. [„68 Kill”, 2017]