Archiwa tagu: Sid Haig

„I am here to do the Devil’s work”. [„Bękarty diabła”, 2005]

     „Bękarty diabła” rozpoczynają się wybuchowo – w najdosłowniejszym znaczeniu. Firefly’owie budzą się po nocy pełnej bezeceństw i odkrywają, że ich dom otoczony jest przez oddziały teksańskiej policji. Stróże prawa pikietują na ranczu, w oczekiwaniu na pierwszy krok psychopatycznego klanu – lubującego się w torturach, gwałtach i brutalnych morderstwach. Ekipą dowodzi szeryf Wydell (William Forsythe), szukający zemsty za śmierć brata. Spektakularna strzelanina osłabia Firefly’ów, choć Otisowi (Bill Moseley) i Baby (Sheri Moon Zombie) udaje się uciec przed wymiarem sprawiedliwości. Wydell nie spocznie dopóki tytułowe bękarty znajdują się na wolności.

DevilsRejects3

     W debiutanckim filmie Roba Zombiego, „Domu tysiąca trupów”, dominowała psychodeliczna, dziwnie karnawałowa atmosfera. Reżyser z niebywałą lekkością katował widzów obrazami dalece posuniętej przemocy, choć Firefly’ów przedstawił jako antybohaterów kreskówkowych i dowcipnych. Groteskowy slasher nie zaskarbił sobie pozytywnych recenzji, ale zarobił wystarczająco dużo, by wytwórnia sama zaproponowała Zombiemu dalszą współpracę. Powstały „Bękarty diabła”: horror krwawy i wyzywający, choć tonalnie odbiegający od swego poprzednika. Na plan zdjęciowy wrócili aktorzy z „Domu tysiąca trupów”, a obsadę zasiliło ponadto grono seventisowych ikon: między innymi Ken Foree, P. J. Soles oraz Michael Berryman.

Czytaj dalej „I am here to do the Devil’s work”. [„Bękarty diabła”, 2005]

Wyrok śmierci. [„Death House”, 2017]

     W tajnym więzieniu o zaostrzonym rygorze dochodzi do awarii zasilania, przez co ze swoich celi wydostają się najniebezpieczniejsi zwyrole. Sytuację próbuje załagodzić para agentów specjalnych (Cortney Palm, Cody Longo), ale chaos nie podlega przecież negocjacjom. Więźniowie mordują kolejnych strażników i doktorów, którzy przez lata na nich eksperymentowali. Ratunkiem dla Boon i Novaka może być grupa pilnie strzeżonych pół-demonów, załamujących prawa natury. By nawiązać z nimi kontakt, agenci będą musieli przebrnąć przez piekło na ziemi.

DeathHouse-3

     „Death House” w reżyserii Harrisona Smitha (twórcy znośnego slashera „Camp Dread”) już na etapie preprodukcji okrzyknięto jako horrorową odpowiedź na „Niezniszczalnych”. Był to pierwszy powód do obaw: trylogia reklamowana nazwiskami upadłych gwiazd kina akcji spodobać mogła się jedynie pryszczatym dwunastolatkom o zaniżonym IQ. Lub ich niewiele bystrzejszym tatusiom. „Niezniszczalni” mieli jednak tę przewagę nad „Death Housem”, że wpojono w nich tak wiele hajsu, jak to możliwe − zarówno na poziomie efektów specjalnych, jak i marketingu. Aktorom reżyserowanym przez Smitha nie zaoferowano chyba zbyt wysokiej gaży, bo niektóre z ich ról wydają się zupełnie pozbawione polotu (I’m lookin’ at you, Danny Trejo). „Niezniszczalni Świata Horroru” właśnie trafili na platformy VOD i, niestety, dają się brukać bardzo wielu krytykom. Nie bez powodu: to po prostu marny film.

Czytaj dalej Wyrok śmierci. [„Death House”, 2017]

Diabeł tkwi w precyzji

     Jeżeli surrealizm rzeczywiście jest sposobem całkowitego odkrycia ducha, „The Lords of Salem” to najbardziej uduchowiony film ostatnich lat. Inspirujący, przepojony wzniosłymi motywacjami, a przy tym wyzwalający szlachetne uczucia, nowy projekt Roba Zombie prowadzi widza na sam wierch góry artystycznych doznań. Meg Foster pracę na planie filmu przyrównała do wędrówki przez nieznane. Ruszmy więc w podróż po labiryncie.

     Podobnie jak w przypadku większości dzieł Zombie, fabuła „Lords of Salem” jest zdawkowa i drugorzędna. Heidi, DJ-ka rockowej stacji radiowej, odbiera pilną przesyłkę, zawierającą nagranie muzyczne, zarejestrowane na płycie winylowej. Utwór, choć brzmi ponuro i podejrzanie, sprawdza się wśród słuchaczy radiofonii. Heidi za sprawą hipnotyzującej melodii zaczyna doznawać wizji z udziałem siedemnastowiecznych wiedźm i satanistycznych obrzędów. Samozwańczy Lordowie, wykonawcy nietypowego przeboju, zapowiadają swoją wizytę na wielkim koncercie w miejscowym teatrze. Salemskie kobiety, zwłaszcza Heidi, czeka spotkanie z Królem.

Czytaj dalej Diabeł tkwi w precyzji

Dom tysiąca rewelacji

            Czas pędzi jak oszalały. Równo dekadę temu amerykańskiemu reżyserowi i muzykowi metalowemu Robowi Zombie dane było zadebiutować w przemyśle filmowym. Debiutancki produkt przyszłej ikony kina grozy, „House of 1000 Corpses”, podzielił odbiorców na dwa obozy, a Zombie chwalony był za biegłość w tworzeniu jednostkowego, wyzywającego i obłąkanego klimatu, choć zarazem krytykowany za obcesowe natchnienie duchem kina exploitation. Oglądając „Dom…” z perspektywy dziesięciu lat, dostrzeżemy, że jest to film torujący Zombie’mu drogę do dalszej kariery, podobny do kolejnych dzieł kontrowersyjnego reżysera. Co najistotniejsze – to nieodparcie dobry horror, pełen zalet i rewelacji.

     Halloween. Podróżujący po obrzeżach Teksasu studenci zapoznają się z „wiejskimi legendami”, licząc na dreszcz emocji. W muzeum niejakiego Kapitana Spauldinga zainspirowani zostają historią sadystycznego mordercy, Doktora Satana. Przypowieść dotycząca szaleńca okazuje się bardziej niż prawdziwa, gdy młodzi zawierają znajomość z ekstrawagancką rodziną Firefly’ów – mieszkających w okolicy kanibalów, polujących na naiwnych wędrowców.

Czytaj dalej Dom tysiąca rewelacji

Triumfalne odrodzenie

          Jeden z memów internetowych, powielony przez znajomą mi osobę w popularnym serwisie społecznościowym, przytacza humoreskę: „Jesteś fanem horroru? Zrób z siebie, proszę, głupka i bądź fanem horrorowych remake’ów”. Rebootując uznane serie, ignorantów zrobili z siebie Samuel Bayer („Koszmar z ulicy Wiązów”) i Marcus Nispel („Piątek, trzynastego” – nie „Teksańska masakra piłą mechaniczną”). Freddy, Jason, Leatherface. Wiecie już, kto będzie bohaterem niniejszej recenzji?

     Tekst odniesie się nie tylko do Michaela Myersa, mordercy z Haddonfield, ale także do Roba Zombie. Reżyser jest bohaterem zmodernizowanej odsłony „Halloween” na równi z Myersem, ponieważ przywiędłej sadze horrorów ofiarował nowe życie. Nie okazał się głupcem – a nawet ujawnił się jako wizjoner.

Czytaj dalej Triumfalne odrodzenie

Last weeks on earth. Do „Salem” coraz bliżej

     Na „The Lords of Salem” czekamy już długo, ale kolejne donosy na temat projektu potwierdzają, że warto być cierpliwym. Przed czterema dniami światło dziennie ujrzał drugi już zwiastun filmu. Jest finezyjny, intensywny i straszny do potęgi. Zapowiada się, że film sygnowany nazwiskami Bruce’a Davidsona, Kena Foree i Sida Haiga będzie małym arcydziełem.

     Muszę przyznać, że w ciągu ostatnich lat oszalałem na punkcie Roba Zombie. „Dom tysiąca trupów” i jego sequel to hołdujące ukłony w kierunku kina exploitation, które – jako jedna z nielicznych osób – przyjąłem z miłością i podziwem. Nowe odsłony serii Michaela Myersa to klasyczne „Halloween” na miarę dzisiejszych czasów – czasów kina komercyjnego. Są brawurowe i nie uciekają od etykiety „torture-pornowego” trendu, lecz nie brak im ambicji, suspensu i grozy. Jako adept i rozwijający się młody filmowiec Zombie pokazał się ze strony zapędzonego pasjonata horroru, aspirującego do tytułu prawdziwego wizjonera. Ale dosyć o błysku tego ekscentrycznego artysty.

Czytaj dalej Last weeks on earth. Do „Salem” coraz bliżej