Archiwa tagu: teen flick

Matczyne obsesje. [„Run”, 2020]

„Run” – nowy film z udziałem Sarah Paulson, który w piątek zadebiutował na platformie Hulu – rozpoczyna plansza z definicjami przypadłości medycznych. Chwilę wcześniej poznaliśmy główną bohaterkę, która wkrótce po urodzeniu dziecka dowiaduje się, że jest ono ciężko chore. Lekarze wahają się, czy powiedzieć świeżo upieczonej mamie, na co musi się nastawiać. Siedemnaście lat później Diane i Chloe (Kiera Allen) tworzą zgrany duet. Mieszkają w rustykalnym, ale przytulnym domu daleko od miasta, gdzie pierwsza z nich hoduje warzywa, a druga uczy się zdalnie, czekając na list akceptacyjny z wymarzonego uniwersytetu. W pobliżu nie ma sąsiadów – matka i córka widują tylko siebie nawzajem. Chloe cierpi z powodu częściowego niedowładu ciała, astmy i cukrzycy, do tego porusza się na wózku inwalidzkim. Wkrótce przed wejściem w dorosłość nastolatka odkrywa, że troskliwa i kochająca mama może skrywać mroczny sekret.

„Run” to drugi pełny metraż w reżyserii Aneesha Chaganty’ego. Jego pierwociną był brawurowo opowiedziany dreszczowiec „Searching”, niemal całkowicie przedstawiony z perspektywy nagrań na telefonie i komputerze. W tegorocznym „Run” stawia reżyser na bardziej tradycyjny format techniczny, na pewne swobodne odwołania do klasycznych tytułów. To po prostu old-schoolowy thriller, szczególnie przywołujący skojarzenia z „Misery” i „Mommie Dearest”. Co więcej, sama historia mogła być inspirowana losami Gypsy Rose Blanchard i jej niezrównoważonej rodzicielki.

Czytaj dalej Matczyne obsesje. [„Run”, 2020]

Being woke is no joke. [„Szkoła czarownic: Dziedzictwo”, 2020]

Wiosną 1996 roku na ekranach kin zadebiutowała „Szkoła czarownic” – film o nękaniu rówieśników, nastoletniej agresji i wykluczeniu społecznym. Pod płaszczykiem młodzieżowego horroru fantasy przemycono w nim bardzo uniwersalne treści, przez co jego kultowość nie powinna szczególnie dziwić. Z kultowymi treściami tak już bywa, że z reguły doczekują się kontynuacji lub reinterpretacji. Do tytułowej szkoły postanowiła wrócić reżyserka Zoe Lister-Jones i przyznać trzeba, że jej film ma charakter lekcji – bardzo jednak wielu widzom potrzebnej. Na „Szkole czarownic: Dziedzictwie” można się, owszem, bawić, ale wcale nie odbiera jej to moralizującego tonu i dydaktycznych korzyści.

Film Lister-Jones to zupełnie inny „The Craft” i zupełnie nowe spojrzenie na tematykę okultyzmu, kobiecej magii. Nie ma się co dziwić. Zmienił się nastrój polityczny; żyjemy w innym, niekoniecznie lepszym świecie. Polowania na „czarownice”, w latach dziewięćdziesiątych praktykowane rzadziej i rzadziej, dziś wracają do łask – w Stanach, w Polsce, nie tylko. „Szkoła…” z 1996 roku była teen horrorem o bullyingu, którego zjawisko uległo tak naprawdę dodatkowej ekspansji: bo nienawiść jest nieśmiertelna i nigdy nie wychodzi z mody, jest wpisana w DNA człowieka. W czasach nasilonego hejtu, a właściwie eksplozji wrogości musiał powstać film, którego motto brzmi: „odmienność jest twoją siłą”. Tak naprawdę wypuszczono ich ostatnio kilka: między innymi „Spiral” i „Antebellum”.

Czytaj dalej Being woke is no joke. [„Szkoła czarownic: Dziedzictwo”, 2020]

Impreza, w której warto uczestniczyć. [„Halloween Party”, 2019]

Po mrocznym, postapokaliptycznym horrorze „There Are Monsters” z 2013 roku Kanadyjczyk Jay Dahl postanowił odrobinę wyluzować. Usiadł do komputera i zaczął pisać scenariusz jednego z najzabawniejszych straszaków ostatnich miesięcy – takiego, jaki sam chętnie obejrzałby z kumplami przy piwie w piątkowy wieczór. Jego „Halloween Party” toczy się na kampusie uniwersyteckim tuż przed tytułowym świętem duchów. Tego roku na studenckie tańce wbiją też nieproszeni goście z obcego wymiaru. Okazuje się, że miasteczko akademickie zbudowano na zgliszczach starego szpitala, w którym leczono grupę zdeformowanych genetycznie dzieci. Dla potwornie okaleczonych pacjentów każdy dzień był w istocie świętem halloween – bo straszyły one swoim wyglądem.

Kiedy nowy, zupełnie szczęśliwy dom zostaje postawiony na grobowcu lub cmentarzysku, jego lokatorzy sami proszą się o kłopoty – nauczyło nas tego wiele horrorów, z „Poltergeistem” na czele. Cały film jest wielką, postmodernistyczną sztuczką, a Dahl mnoży intertekstualne cytaty i nawiązania. Nastoletni bohaterowie giną bowiem na skutek kuriozalnej klątwy, po odebraniu internetowego mema z niechcianą niespodzianką: wirusem. Zirracjonalizowana do potęgi technologia zbiera tu krwawe żniwo zupełnie jak w „Kręgu” Hideo Nakaty, ale film nie jest równie archaiczny: gdy w bibliotece uczelnianej pani w okularach wręcza studenciakom rzutnik projekcyjny, ci przecierają oczy ze zdumienia. „Co to jest?! Przed erą Netfliksa ludzie żyli jak zwierzęta…”

Czytaj dalej Impreza, w której warto uczestniczyć. [„Halloween Party”, 2019]

„I need all the muscle I can get!” [„Straceni”, 2001]

Ciekawym przykładem kina exploitation z początku lat dwutysięcznych są „Straceni” J.S. Cardone’a – film na dobrą sprawę i zgodnie z tytułem zapomniany, który przez wiele lat uchowałem jednak w pamięci jako straszną szmirę. Kiedy projekt ukazał się w kinach wiosną 2001 roku, wylano nań wiadro pomyj, ale mam przeczucie, że dziś wybroniłby się lepiej: jako rozrywkowy, tandetny w dobrym ujęciu tego słowa horror o pustynnych wampirach. „Straceni” są filmem krwawym, brzydkim i nieprzyjemnym – takim, jakim kino grozy, to stawiające na eksploatację ciał, być powinno.

Całość nie jest w żaden sposób wybitna i wciąż widzę powody, dla których przed laty wystawiłem „Straconym” niską notę. Montaż jest cięty, zbyt gorączkowy, przy najbardziej popędliwych editach niewiele da się wyłapać sensu. Takie rozwiązania techniczne, jak u Roba Zombiego, raz się sprawdzają, a kiedy indziej – może nawet częściej – zupełnie nie. Idiotyczne bywają linie dialogowe: na przykład, kiedy jeden z bohaterów żali się, że po przemianie w wampira straci dobrą fuchę, albo gdy jego kumpel biadoli o straconym pokoleniu Y („nasi starzy mieli «Easy Ridera» i Beatlesów, nam zostali «Blair Bitch» i Ricky Martin”). Film okazuje się całkiem widowiskowy – dzięki scenom pościgów samochodowych i spektaklom pirotechnicznym – a i miejsce jego akcji, pustynia Sonora, dobrze służy fabule.

Czytaj dalej „I need all the muscle I can get!” [„Straceni”, 2001]

Dynamite with a laser beam. [„Opiekunka: Demoniczna królowa”, 2020]

Kiedy jesienią 2017 roku w ramówce Netfliksa zadebiutowała „Opiekunka”, nikt nie spodziewał się, że film zbierze całą masę ciepłych recenzji, a w toku kolejnych wyświetleń zacznie powoli kształtować się na dzieło kultowe. Ot, następny komedio-horror z seksowną obsadą, kreskówkowymi scenami uśmierceń i ciskanymi średnio co dwie minuty one-linerami. Nadziei na sukces nie dawało już nazwisko reżysera, McG, który wciąż najbardziej znany był z banalnej adaptacji „Aniołków Charliego”. A jednak „Opiekunka” trafiła w gusta kinomanów: dzięki pastiszowej formie scenariusza, wyolbrzymionym do rangi karykatury schematom gatunkowym oraz zawrotnej roli Samary Weaving.

Minęły trzy lata i film nadal pozostawia po sobie dobre wspomnienia; nie dziwi więc fakt, że McG postanowił pójść za ciosem i dać fanom kontynuację. W „Opiekunce: Demonicznej królowej” wracają wszystkie postaci, które pokochaliśmy parę jesieni temu. Nastoletni Cole (Judah Lewis), dziś uczeń liceum, nosi w sobie traumę, której nie zaleczą żadne medykamenty. Nic dziwnego: obserwował, jak ludziom eksplodują głowy i pękają kręgosłupy, do tego musiał rozjechać ukochaną babysitterkę – bo okazała się przywódczynią satanistycznego kultu. Nikt nie uwierzył chłopakowi, że za dzieciaka chcieli go dorwać wyznawcy diabła. Cole czuje się jak Sarah Connor w „Terminatorze 2”, która nie potrafi przekonać otoczenia, że cybernetyczni zabójcy istnieją naprawdę. A przecież żadne z makabrycznych zdarzeń nie było wymysłem chorej głowy. Cole będzie miał szansę dowieść swojej racji: gang morderczej opiekunki urwał się bowiem z piekła i wciąż łaknie jego krwi.

Czytaj dalej Dynamite with a laser beam. [„Opiekunka: Demoniczna królowa”, 2020]

The night he bored us to death. [„Sorority House Massacre”, 1986]

     W weekend poprzedzający święto państwowe (Memorial Day) grupa studentek college’u organizuje spotkanie towarzyskie. Dziewczęta i chłopcy spotykają się w posiadłości należącej do siostrzanego stowarzyszenia Theta Omega Theta; nikt z obecnych na przyjęciu nie wie jednak, że przed laty doszło tu do straszliwej zbrodni. Dziwne przeczucia – trochę jakby déjà vu – towarzyszą tylko Beth (Angela O’Neill), najbardziej wyobcowanej siostrze, stale przebąkującej coś o krwi, mężczyźnie z nożem w ręku i majakach sennych. Nikt nie traktuje jej „bredni” na poważnie. Nastolatki pozostawione same w upiornym domu akademickim będą musiały zjednoczyć siły. Inaczej nie przetrwają spotkania z mordercą, który zbiegł z pobliskiego psychiatryka.

SororityHouseMassacre1

     Trudno o bardziej oklepaną fabułę. „Sorority House Massacre” to jeden z tych filmów, którym po latach od wydania udało się zapracować na status kultowy, choć nie bardzo wiadomo dlaczego. Postać mordercy nie budzi strachu i nie wydaje się groźna, a filmografię odgrywającego ją Johna C. Russella nie bez powodu zasila jeden jedyny tytuł. Aktorki, zamiast hipnotyzować krzykiem, ledwo zipią; do tego wcale nie są tak seksowne, jak zapewne wynika to ze scenariusza. Nóż antybohatera penetruje co najwyżej poduszki i kanapy, a w najlepszym wypadku owinięte koszulą manekiny – na zbliżeniach tak drobiazgowych, że trudno wiązać to z jakimkolwiek gore’em.

Czytaj dalej The night he bored us to death. [„Sorority House Massacre”, 1986]