Archiwa tagu: telekineza

Bohater subwersywny. [„Brightburn: Syn ciemności”, 2019]

     Motyw upiornych dzieci o zabójczych skłonnościach, choć stary jak świat, we współczesnych horrorach przewija się bez liku. Sam w sobie jest utartym schematem, ale reżyserzy chętnie do niego wracają: wystarczy wspomnieć tegoroczne słabizny, „Smętarz dla zwierzaków” i „The Hole in the Ground”. Niektórzy twórcy radzą sobie z tematem słabiej, inni – jak David Yarovesky – dużo lepiej. „Brightburn: Syn ciemności” to efekt współpracy Yarovesky’ego z rodziną Gunnów: scenarzystami Markiem i Brianem oraz producentem Jamesem (tak, tym od „Strażników Galaktyki”). Projekt jest o tyle ciekawy, że stanowi subwersywny portret filmowego superbohatera: zdehumanizowanego, swoją postawą wykazującego cały arsenał cech negatywnych. Tytułowy syn ciemności pozbawiony został hamulców moralnych, a słabszych od siebie woli rozsmarowywać o podłogę – niekoniecznie ratować. „Brightburn” przypomina skrzyżowanie „Człowieka ze stali” z „Prodigy. Opętanym”: nie uwierzę, że nigdy nie chcieliście obejrzeć takiego filmu.

Brightburn2

     „Brightburn” to w pierwszej kolejności horror – mrocznie sfotografowany, bijący po oczach trochę surrealnym, karminowym oświetleniem planu – a dopiero potem kino superbohaterskie. Inaczej niż na przykład w trylogii „Blade”, wątek dziwacznych mutacji i nadludzkich mocy zostaje tu zepchnięty na dalszy plan. I jako kino grozy okazuje się projekt Yarovesky’ego sukcesem. Plami go tylko jedna poważna ujma: nadmierne poleganie na obcesowych jump scare’ach, których nie brakuje przecież w setkach innych straszaków. Można jednak przymknąć oko na to potknięcie, zwłaszcza że oferuje nam reżyser inne atrakcje. Jedna z nich to ostre, obrazowane w bardzo szczegółowy sposób efekty gore. Główny „bohater”, Brandon (Jackson A. Dunn), nie liczy się z wolą osób dorosłych. Obdarzony kosmicznymi supermocami trzynastolatek nie ma zamiaru tolerować zwykłych ludzi: Ziemianie to dla niego marny pył. Ci, którzy podpadają Brandonowi, zostają uśmierceni – zresztą w straszliwych okolicznościach. Film jest brutalny i dość grubo ciosany, ale dzięki temu szokuje: trudno bowiem nie wzdrygnąć w fotelu, gdy jedna z postaci musi dociskać do czaszki własną szczękę, bo ta od niej odpada. „Brightburn: Syn ciemności” na pewno nie jest jednym z przedstawicieli tak zwanych „four-quadrant movies” ¹.

Czytaj dalej Bohater subwersywny. [„Brightburn: Syn ciemności”, 2019]

„Some have even tried to stop him. No one can”. [„Piątek, trzynastego VII: Nowa krew”, 1988]

     Nie wszyscy znają tę historię, nad czym szczerze ubolewam. Siódma odsłona „Piątku, trzynastego” miała okazać się prawdziwą rewolucją, a współproducentka Barbara Sachs po cichu liczyła nawet, że dzięki ambitnym zapędom zgarnie Oscara. W okresie preprodukcji na reżysera typowano… Federico Felliniego. Wait, what? − zapytacie. To nie żart: zanim uczyniono z „Piątku, trzynastego VII” kolejną opowieść o krwawym melanżu, wieleż to konceptów próbowano dopasować do profilu Jasona Voorheesa i miejsca, w którym rozwija on swoją morderczą pasję. Planowano, że tereny okalające Crystal Lake, nie bacząc na sprzeciwy, zajmie spółka deweloperska, a wątek zamaskowanego mordercy zgrabnie zacieśni się z jakże literackim motywem zbrodni i kary. Finalnie postawiono jednak na cycki i czerwoną farbę. To prosty i bezpieczny przepis na film − bo w niektórych przypadkach lepiej zanadto nie kombinować. Grindhouse nie zawarł paktu z art-housem, a Felliniego postanowiono nie kłopotać wstydliwym telefonem. Wykreowany przez Johna Carla Buechlera świat nie podlega może prawom poetyckiej wyobraźni, ale miejscem akcji jest co najmniej ciekawym. Przyciężkie telewizory latają tu dzięki sile umysłu, a kable elektryczne żyją wężym życiem.

FridayThe13thPartVII-5

     „Piątek, trzynastego VII: Nowa krew”, pomimo namacalnej tandety, nie uwłacza upodobaniom horror-buffów. Przynajmniej tych prawdziwych, których nie zażenuje byle film klasy „B”. Struktura fabularna (Jason mierzy się z quasi-kingowską bohaterką) sprawia, że nikogo sequel Buechlera nie znudzi. Nasza Carrie White ma na imię Tina Shepard i włada telekinezą sprawniej niż Voorhees macha maczetą. Nadnaturalne zdolności dziewczyny sprawiają, że Jason okładany jest latającymi przedmiotami użytku domowego oraz podduszany przez ożywione gałęzie leśne (skojarzenia z „Evil Dead” schowajcie jednak do kieszeni − żaden z Buechlera Raimi). Równie kampowy okazuje się finał: grana przez Lar Park Lincoln nastolatka w ciężkim szoku obserwuje, jak jej ojciec-topielec powraca z zaświatów i pokazuje Jasonowi, gdzie jego miejsce. Film ogląda się jednym tchem, bez żadnego bólu, a i z technicznego punktu widzenia nie można mu wiele zarzucić. Podwodne ujęcia na nagą Heidi Kozak nie tylko szargają nasze nerwy, ale też przypominają o geniuszu spielbergowskich „Szczęk” − i same składają się na scenę co najmniej przemyślaną.

Czytaj dalej „Some have even tried to stop him. No one can”. [„Piątek, trzynastego VII: Nowa krew”, 1988]