Archiwa tagu: Tobe Hooper

Krótka piłka: „Djinn” w reżyserii Tobe’go Hoopera

     Negatywna passa Tobe’go Hoopera trwa. Najnowszy (po)twór byłego mistrza horroru, arabski straszak „Djinn”, pod względem efektowności niewiele różni się od poprzednich wpadek reżysera – „Kostnicy” czy „Krokodyla zabójcy”. Hooper jest zdolniachą i na przestrzeni lat dowodził temu kilkukrotnie. Nie ma jednak, najwyraźniej, nosa do scenariuszy lub po prostu prześladuje go pech. „Djinn” to opowieść o budynku nawiedzonym przez wrogiego ludziom demona. Opowieść zatracona w natarczywej amerykanizacji, skrzyżowanie „Dziecka Rosemary” z „The Grudge – Klątwą”. Do kultury arabskiej film odnosi się tylko aluzyjnie, o tytułowym duchu niewiele mówiąc i nie roztaczając wokół niego aury grozy. Najciekawszym aspektem fabuły zdają się być nieszablonowi bohaterowie. Salama i Khalid nie posiadają tożsamości narodowej, na Bliski Wschód powracają z Okcydentu, po śmierci dziecka. Ich związek jest niejednoznaczny, bywa szorstki i napięty. Wątek, choć interesujący, nie ma jednak nic wspólnego z horrorem. Kontrowersje wzbudza też finalna scena filmu, metaforycznie piętnująca ewentualność dokonania przez kobietę aborcji.

djinn2013thooper

4

Teksański żar geniuszu

          Niewiele istnieje filmów kultowych, które na swój legendarny status zasługują bez reszty. Pozycje takie jak „Raising Arizona” czy „Adwokat diabła” udowadniają, że kultowość dzieła filmowego bywa krótka i ulotna. Istnieją oczywiście tytuły skazane w tym obszarze na życie wieczne, tytuły, które odcisnęły wyraźny i znaczący stygmat na świadomości pokolenia. Jeśli przyjąć, że „The Rocky Horror Picture Show” Jima Sharmana jest najbardziej kultowym filmem w całej historii kinematografii, reżyserowana przez Tobe’go Hoopera „Teksańska masakra piłą mechaniczną” nieustępliwie depcze mu po piętach. Obie produkcje owinięte są nicią kultu absolutnego.

texachainsaw

     „Maskara” wyłaniana jest przez krytyków i filmoznawców jako jedno z tych dokonań, które zdefiniowały współczesne kino – film gatunkowy, jak i film w ogóle. Bez klasycznego horroru z 1974 roku widzowie nie pokochaliby Jasona Voorheesa, a Rob Zombie nie nakręciłby „Domu tysiąca trupów”. Gdyby nie wizja Hoopera, w latach 80. nie nastałaby także złota era kina grozy, a twórcy specjalizujący się w tej formie nie płodziliby setek tytułów rocznie. Drugi projekt w karierze teksaskiego reżysera zrewolucjonizował nie tylko swoje czasy.

Czytaj dalej Teksański żar geniuszu

Królestwo cienia

     Kiedyś, nie tak dawno temu, przed erą „Pamiętników wampirów” czy „Teen Wolfa”, telewizja potrafiła widzów zaskakiwać, frapować, sycić. Jeszcze przed dekadą goszczące na małym ekranie seriale grozy wyglądały zgoła odmiennie od dzisiejszych telewizyjnych produkcji; zaspokajały apetyt na strach. Jednym z tego typu owoców była seryjna antologia „Night Visions”. Przywołujący tradycję słynnej „Strefy mroku” serial zdjęto z wizji po pierwszym sezonie. Choć w 2001 roku projekt sieci FOX przeszedł bez echa, dziś uznawany jest za kultowy. Spuścizną pozostałą po „Night Visions” jest film telewizyjny „Shadow Realm”.

     Na obraz składają się cztery segmenty – w rzeczywistości jest to materiał nakręcony na potrzeby dwóch odcinków „Night Visions”, które z nieznanych przyczyn nigdy nie zostały wyemitowane.

Czytaj dalej Królestwo cienia

Skarby youtube’owe

     Pozwólcie, że zabiorę Was w podróż – wehikułem czasu prosto do 2001 roku. Na youtube’owym kanale o obiecującej nazwie „hitchcockpresents11” znalazłem zarchiwizowane odcinki serialowej antologii grozy „Night Visions”, w Polsce emitowanej przed laty pt. „Niesamowite opowieści”. Polecam odcinek jedenasty, z Thorą Birch w reżyserowanym przez Tobe’a Hoopera segmencie „The Maze”, jak i inne odsłony serialu. Miłego!
.

Dobre złego początki, czyli geneza przekleństwa Tobe’a Hoopera

     „Zjedzeni żywcem” to film nieszczęsny. Zaledwie drugi w dorobku twórczym niemniej feralnego Tobe’a Hoopera, nie miał szans na zyskanie takiego poklasku jak młodszy o trzy lata kinowy debiut reżysera, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Oba te tytuły są jak niebo i ziemia – masakra w Teksasie wznosiła się na nieznane dotąd widzom terytoria orzeźwienia i pierwszorzędnej grozy, od lat niespotykanych w gatunku horroru, natomiast kolejną swoją fabułą Hooper wykazał się przyziemnością i wątpliwym zasobem ambicji. Na całe szczęście nie można uznać „Zjedzonych żywcem” za tani straszak i beznadziejny gniot; jest to całkiem przystępne rzemiosło.

     Początek filmu wzbudza oczywiste skojarzenia z hitchcockowską „Psychozą, chociaż nie przyprawia o ten sam mroźny dreszcz emocji, co klasyczny thriller. Atrakcyjna i strudzona życiem młoda prostytutka zostaje wyrzucona z domu uciech cielesnych, gwarantującym jej dach nad głową. Trafiwszy do obskurnego, otoczonego lasem hoteliku na bagnach, nawet nie spodziewa się, że będzie musiała skonfrontować się z jego właścicielem-mordercą. W pensjonacie mizerniejszej wersji Normana Batesa zjawia się szereg innych gości. Wszyscy, bez wyjątku, przerysowani są bardziej niż przyjaciele gospodyń domowych z ulubionych soap oper. Najbardziej bawią jednak intencje psychopatycznego hotelarza, który prowadzi swój bagienny interes, by… dokarmiać pupila w postaci krokodyla nilowego.

Czytaj dalej Dobre złego początki, czyli geneza przekleństwa Tobe’a Hoopera

Narzędziami masakra bez narzędzi

     Tobe Hooper nie jest wybitnie uzdolnionym twórcą, lecz zasłynął jako reżyser nowatorskiej i legendarnej Teksańskiej masakry piłą mechaniczną  (1974), którą dał widowni nadzieję na powiew świeżości w ówczesnym kinie grozy. W trakcie trwania swojej długiej kariery nie zrealizował już horroru, który byłby chociaż bliski nieskazitelności tego klasycznego slashera. Tworzył filmy nie byle jakie (Lunapark), podobnie jak liche (wszystkie powstałe po roku 1990) i przeceniane (Duch). Krwawa masakra w Hollywood, choć nie ma wiele wspólnego ze znakomitością opowieści o klanie zwyrodnialców z Teksasu, miała przywrócić Hoopera na piedestał filmowego horroru.

     Film rozpoczynają napisy, które nawiązują do Los Angeles jako miasta grzechu i śmierci. „Co roku do Hollywood przybywają tysiące ludzi, część z nich realizuje swoje marzenia, część po prostu znika”. Klasyczne zagranie ze strony starego rutyniarza – budowanie napięcia przez skonfrontowanie widza z quasi-dokumentalną informacją dotyczącą quasi-prawdziwej zbrodni. Przedstawiony fakt rodem z kroniki kryminalnej Miasta Aniołów nie ma jednak nic wspólnego z fabułą. Nie jest to thriller o dążeniu do sławy po trupach czy umieraniu w pogoni za famą, a historia morderstw przy użyciu mało wyszukanych narzędzi budowlanych. Nell i jej partner wprowadzają się do niegdyś luksusowego apartamentowca, który z biegiem lat przemienił się w obskurną ruinę, oferującą wynajem mieszkań za grosze. W budynku dyskretnie grasuje tajemnicy zabójca, o którego istnieniu nikt nie wie. Nie tylko jego działalność, ale też w ogóle ubywanie sąsiadów, przenikliwie dostrzega Nell. Przyglądając się misternej sprawie, wpada na trop mało zajmującej sprawy. Sztampa.

Czytaj dalej Narzędziami masakra bez narzędzi