Archiwa tagu: zdeformowanie

Perwersyjny świat Briana De Palmy. [„Świadek mimo woli”, 1984]

     Kiedy w 1980 roku na dużych ekranach zadebiutował slasher „W przebraniu mordercy”, widownia zawrzała. Brian De Palma, świeżo po sukcesie „Carrie”, wyreżyserował nabuzowany erotyką shocker, w którym kobiety poddane zostają szowinistycznej przemocy. Na ulicę wyszły stowarzyszenia feministek, a pod kinami odbywały się protesty, co tylko zapewniło filmowi dodatkową reklamę. De Palma nie był zadowolony z łatki mizogina, jaką mu przypięto, ale zamiast chować głowę w piasek, na falę krytyki odpowiedział najkąśliwiej, jak tylko potrafił. Nakręcił kolejny dreszczowiec, a seks i poziom brutalności podkręcił w nim do maksimum. „Świadek mimo woli” szybko okrył się jeszcze większą niesławą, a w Wielkiej Brytanii jego wersji uncut nie wydano aż do 2000 roku. W materiałach prasowych, poprzedzających premierę, De Palma opiewał „Świadka mimo woli” jako „erotyczną jazdę bez trzymanki”, co chwilę mieszającą tropy fabularne i wodzącą oglądających za nos.

BodyDouble2

     Manipulacją okazuje się już insynuacyjny prolog, w którym skonfrontowani zostajemy ze sztucznością świata przedstawionego: z wytwornicy dymu ulatniają się mgliste kłęby, a symulowany zachód słońca „oświetla” styropianowe nagrobki. Kilka metrów pod ziemią do snu układa się ostro ucharakteryzowany krwiopijca, tyle tylko, że zamiast spoczywać w swojej trumnie, szczerzy kły w panicznym przestrachu. Nieumarła postać to tak naprawdę aktor cierpiący na klaustrofobię, a akcję umiejscowił De Palma na planie zdjęciowym fikcyjnego horroru. Poznajemy Jake’a (Craig Wasson), który z powodu kłopotliwych dolegliwości zostaje odesłany do domu: nie wie jeszcze, że właśnie utracił pracę. Hasło „cięcie!” rzuca w stronę zgromadzonej ekipy Dennis Franz, który – wyłysiały, z kępami gęstych włosów przy skroni – przypomina trochę samego De Palmę.

Czytaj dalej Perwersyjny świat Briana De Palmy. [„Świadek mimo woli”, 1984]

O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

     Scenograf „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Charakteryzator, który lata później obsypany został nagrodami za „The Walking Dead”. Do tego Brian Thompson w jednej z najbardziej osobliwych ról swojej kariery. Między innymi ci twórcy zasilili ekipę „Mrocznych życzeń” – horroru kręconego u schyłku lat osiemdziesiątych, którego fabuła pokrywa się trochę z historią przedstawioną w „Linii życia” Schumachera. Grupa studentów zaszywa się w domku pośrodku niczego ze swoim ekscentrycznym profesorem. Mają prowadzić badania nad sensem snu, ale wpadają w sam środek paranormalnej intrygi. „Nightwish”, choć teoretycznie powstawał w dobrych rękach, nie do końca udał się jednak swoim realizatorom. Cały film to jedno wielkie dziwne doświadczenie, o niespójnej fabule, której wystarczy na piętnaście, może dwadzieścia minut czasu ekranowego.

Nightwish3

     Oczekując od „Nightwish” logicznej historii i w ogóle sensownej struktury narracyjnej, można się przeliczyć. Autorski projekt Bruce’a R. Cooka najłatwiej chyba podsumować jako pomieszanie z poplątaniem. W scenariuszu kanibale ustępują miejsca duchom, zmutowane creepy spiskują z kosmitami, a gdzieś w tle powraca motyw koszmarnych wizji opartych na tym, co najbardziej przeraża bohaterów. Ważną rolę odgrywają też w filmie teorie spiskowe, a w jednej ze scen przemądrzały student rzuca do swoich koleżanek: „słuchaj, nie gramy przecież w «Inwazji porywaczy ciał»”. Nie da się ukryć.

Czytaj dalej O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

Slasher ostry jak maczeta. [„W lesie dziś nie zaśnie nikt”, 2020]

     Doczekaliśmy się w Polsce własnego „Piątku, trzynastego” – z absurdem podniesionym do kwadratu, aktorstwem budzącym pewne wątpliwości, ale też fajnym settingiem i mnóstwem funu. Kino popcornowe powinno robić się właśnie tak, jak nakręcił je Bartosz Kowalski: powinno opierać się ono na najlepszych wzorcach i sprawdzonych schematach. A filmy powiązane postacią Jasona Voorheesa to przecież dla fanów horroru spod znaku maski i piły łańcuchowej najprawdziwsza biblia. „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, hucznie obwołane jako pierwszy slasher made in Poland, najwięcej zawdzięcza właśnie kolejnym „Piątkom”, „Teksańskiej masakrze…” i tetralogii „Topór”. Produkcja ta śmiało mogłaby zostać wypuszczona za granicą i nikt nie powiedziałby, że „nasze” straszaki to jakaś totalna wiocha. Kowalski ewidentnie kocha ejtisowe standardy kina grozy, przez co „W lesie…” nasączone jest szlachetnymi intencjami.

WLesieDzisNieZasnieNikt4

     Akcja filmu rozpoczyna się trzydzieści lat po pewnej brutalnej zbrodni. Jakiej – to jeszcze zdążą twórcy przywołać. Ekipa nastolatków uzależnionych od internetu przybywa do obozu wędrownego „Adrenalina”. Przez tydzień będą bratali się z naturą i sobą nawzajem, a social media nie odwrócą ich uwagi od prawdziwego życia. Dzieciaki zostają dobrane w grupy i ruszają w głąb lasu z opiekunami. Wychowankami Izy (Gabriela Muskała) zostaje piątka skrajnie różniących się od siebie młodych ludzi. Julek (Michał Lupa), typowy nerd i utalentowany gamer, najchętniej zboczyłby z trasy i powędrował prosto przed ekran najbliższego komputera. Bartek (Stanisław Cywka) sypie z rękawa cynicznymi, obliczonymi na reakcję dowcipami, ale skrywa pewien uwierający sekret. Daniel (Sebastian Dela) to „klasowy” jock i niedorosły macho, a Aniela (Wiktoria Gąsiewska) ma w sobie tyle naturalnego seksapilu, że onieśmiela nawet jego. Jest jeszcze Zosia (Julia Wieniawa) – mroczniara w workowatej koszulce, która zawsze nosi przy sobie scyzoryk, gdyby coś miało pójść nie tak. Grupa rozbija biwak i spędza wieczór przy wspólnym ognisku. Rano okazuje się, że jeden z nastolatków przepadł bez śladu. Na drzewie obok namiotu odznacza się skrzepnięta krew.

Czytaj dalej Slasher ostry jak maczeta. [„W lesie dziś nie zaśnie nikt”, 2020]

Sleaze show. [„Verotika”, 2019]

     „Verotika” – pod nietypowym tytułem kryje się zbitka wyrazowa, oznaczająca tyle co violence + erotica. Tymi dwoma prostymi słowami można streścić w zasadzie cały film. Glenn Danzig, heavymetalowiec i założyciel horror-punkowej kapeli The Misfits, postanowił zadebiutować w świecie filmu, kręcąc pierwszy w swej karierze pełny metraż. W efekcie powstał pokraczny, dziewięćdziesięciominutowy zbiór luźno poprzeplatanych pomysłów, który spięty został ledwo trzymającą się klamrą kompozycyjną. Nie brakuje w „Verotice” ekstremalnej przemocy i ekstrawaganckiej przesady. Brakuje szczypty finezji i polotu.

01Verotika

     Film jest tak zły, że trudno nie postawić Danziga w jednym rzędzie z Edem Woodem i Tommym Wiseau. Drugiego z wymienionych 64-letni rockman do złudzenia zresztą przypomina. Nikt nie wybroni „Verotiki” jako horroru intencjonalnie tandetnego – nie, kiedy intencje Danziga są tak uroczo naiwne, tak „czyste” w swym plugastwie. Powstał splatter nakręcony za przysłowiowe grosze, w którym za sztuczną krew naprawdę robi ketchup, a aktorzy z zakłopotaniem miotają się przed kamerą na długo po tym, gdy reżyser powinien zawołać: „cięcie!” Film wzorowany jest na C-klasowym kinie grozy z lat 80., jest jednak „cheesy” w najbardziej szkalującej definicji tego słowa. Danzig nie kręcił „Verotiki” z poczuciem jakiejś zakamuflowanej szydery, nie działał z premedytacją. Jak na ironię, tak właśnie został oceniony jego projekt: na zimno i brutalnie.

Czytaj dalej Sleaze show. [„Verotika”, 2019]

Z dziwnymi eonami. [„Color Out of Space”, 2019]

     „Co to takiego, tylko Bóg jeden wie” – pisał H. P. Lovecraft w swym opowiadaniu „Kolor z przestworzy”, odnosząc się do tytułowego bytu. Uczucie podobnej łamigłówki towarzyszyło mi po obejrzeniu adaptacji autorstwa Richarda Stanleya. Tylko on sam orientuje się, o co w „Color Out of Space” chodziło – taką żywię przynajmniej nadzieję. Stanley nawiązał współpracę z producentami ubiegłorocznej „Mandy”, by wspólnymi siłami zmierzyć się z kultową prozą mistrza weird fiction. Znów postawiono na tripowy fason, dbając, by jaskrawe kolory wypalały widzowi oczy. Fabułę zepchnięto w kąt. Oglądając „Color Out of Space”, bierzemy udział w doświadczeniu halucynogennym i aktorzy musieli wychodzić z tego samego założenia. Grający pierwsze skrzypce Nicolas Cage nigdy dotąd nie szarżował na planie zdjęciowym tak, jak zdarzyło mu się tutaj, a przecież od dawna już wyznaje zasadę, że metoda na sukces tkwi w artystycznej wylewności i dzikim amoku.

Color3

     Gardnerowie mieszkają w nowoangielskim lesie, z dala od cywilizacji. Nathan (Cage), głowa rodziny, to były mieszczuch, który poczuł zew natury i postanowił opuścić metropolię. Wiedzie życie farmera, choć nie wie nic o uprawie plonów i hodowli zwierząt – to jeden z często powtarzających się w filmie gagów. Tylko on wydaje się zadowolony z uroków wiejskiego życia: chorująca na nowotwór żona ma daleko do szpitala, a syn wiecznie przebywa w stodole, wypełniając obowiązki ojca. Kiedy przed domem Gardnerów rozbija się meteoryt, rodzina zaczyna tracić rozum. Przychodzi jej to zaskakująco łatwo – jak gdyby obłąkanie i tak zbliżało się nieuchronnie.

Czytaj dalej Z dziwnymi eonami. [„Color Out of Space”, 2019]

Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

     Infantylnie śmieszna i przeszywająco upiorna, superkrwawa i telewizyjnie zachowawcza. Taka właśnie jest antologia „Nightmare Cinema”, w której Mickey Rourke wciela się w postać podejrzanego Kinooperatora. Na jego sali pokazywane są filmy zadziwiająco osobiste i odzwierciedlone w rzeczywistości: przekonuje się o tym grupa nieszczęśników, na ekranie oglądających właściwie siebie samych. Brzmi to wszyscy bardzo surrealistycznie, choć całość jest mniej wydumana niż na przykład „The Theatre Bizarre” z 2011 roku.

NightmareCinema4

     „Nightmare Cinema” to efekt współpracy pięciu skrajnie różnych reżyserów, między innymi Ryūheia Kitamury i Joe Dantego. Historie średnio przystają do siebie nawzajem, a przeplatający kolejne segmenty wątek Kinooperatora jawi się jako pomysł nierozwinięty, umieszczony w filmie z konieczności (ktoś przecież musi wyświetlać bohaterom ich własne koszmary na dużym ekranie). W anglojęzycznych recenzjach filmu często przewija się zwrot „mixed bag” i myślę, że dużo mówi on tym, czy udało się twórcom skleić tych kilka opowiastek, nadając im zwarty kształt. Dwa segmenty są udane, reszta – nie do końca.

Czytaj dalej Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]