Archiwa tagu: wirus/epidemia

Giń, ty mały gnojku! [„Mama i tata”, 2017]

     Matka-wariatka, tata-psychopata, okolica dziesiątkowana przez morderczy wirus. I jak tu normalnie dorastać? Nastoletnia Carly (Anne Winters) i jej młodszy brat Josh (Zackary Arthur) nie znają odpowiedzi na to pytanie. Wiedzą jedynie, że światem wstrząsnęła przedziwna pandemia: oto wszędzie – na ulicach dużych miast, za białymi płotkami idyllicznych suburbii – dzieci zmuszane są do odpierania ataku ze strony własnych rodziców. Fala masowej histerii właśnie obiła się o drzwi Ryanów. Jeśli Carly i Josh chcą dożyć 18. urodzin, muszą przejść szybką lekcję dojrzewania. I brutalnej walki wręcz też.

MomAndDad-2

     „Mamę i tatę” rozpoczyna grindhouse’owe intro, stylistycznie bardzo bliskie horrorom z lat siedemdziesiątych. Skojarzenia z takimi pozycjami, jak „Szaleńcy” (1973) czy „Hungry Wives” (’72) nie są tu przypadkowe. Apokalipsa (z którą radzą sobie wszyscy bohaterowie niepełnoletni) to przecież motyw bardzo romerowski. Reżyser Brian Taylor nie kopiuje jednak w „Mom and Dad” schematów; jego film wydaje się tyleż swojski, co oryginalny. Na taką dawkę jatki i szaleństwa czekaliście od dawna.

Czytaj dalej Giń, ty mały gnojku! [„Mama i tata”, 2017]

Reklamy

Pozorna idylla. [„What We Become” aka „Sorgenfri”, 2015]

     Osiedlem Sorgenfri wstrząsają okropne doniesienia: jego mieszkańcy poddani zostaną bezwzględnej kwarantannie, ponieważ w okolicy nastąpił nagły wybuch tajemniczej epidemii. Nie wiadomo, jaki wirus dziesiątkuje do niedawna idylliczne sąsiedztwo; wiadomo, że życiu wciąż ocalałych ludzi zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo. Gustav Johannson (Benjamin Engell) i jego koleżanka Sonja (Marie Hammer Boda) chcą wydostać się z wyizolowanej suburbii, lecz teren strzeżony jest przez uzbrojonych żołnierzy.

whatwebecome1

     „What We Become” w reżyserii Bo Mikkelsena obwołano jako pierwszy zombie horror produkcji duńskiej, chociaż inny powstały na terytorium Królestwa Danii film grozy o pokrewnej tematyce, „Opstandelsen”, widzieliśmy sześć lat temu. Na gatunkowe kuzynostwo można przymknąć oko; w dobie popytu na seriale takie jak „The Walking Dead” czy „Ash kontra martwe zło” nieumarli „przeżywają” przecież drugą młodość. Problemem – przynajmniej dla niektórych widzów – okaże się fakt, że fabularnie też nie ma tu miejsca na oryginalność: film mocno przypomina choćby lipcowy thriller „Viral”, wydany przez Blumhouse Productions. Ja sam uznaję wszakże, że jest to bodziec do radości.

Czytaj dalej Pozorna idylla. [„What We Become” aka „Sorgenfri”, 2015]

Nastoletnia apokalipsa. [„Viral”, 2016]

     „Viral” w reżyserii Henry’ego Joosta i Ariela Schulmana nie jest filmem wybitnie oryginalnym, o czym świadczy już jego atrakcyjny, lecz mocno inspirowany sztuką H.R. Gigera plakat. Pomimo oczywistych podobieństw, jakie w strukturze scenariusza łączą horror choćby z serialową porażką FX, „The Strain”, nie można mówić o nim jako o „powtórce z rozrywki”. „Viral” tylko powierzchownie sprawia wrażenie wtórnego straszaka.

viral1

     Im więcej czasu spędzimy z Emmą (Sofia Black-D’Elia) i Stacey (Analeigh Tipton), tym bardziej utwierdzimy się w przekonaniu, że ma film z ich udziałem zadatki na kino nienaśladowcze. I choć „Viral” świeżą wizją apokalipsy jest tylko częściowo (twórcy zobligowani są do korzystania z pewnych utartych klisz), kameralność przedstawionej historii wyróżnia się i przykuwa uwagę, a przede wszystkim pozwala złapać oddech przed premierą kolejnej pandemicznej sztampy. „Viral” to film, w którym nie uciekamy przed śmiertelnym wirusem na koniec świata, a kryjemy się przed nim w domowym zaciszu, film, w którym hordy złaknionych krwi bestii nie czyhają na nas w każdym ciemnym zaułku, film, w którym utożsamiamy się z bohaterami – zachowującymi i porozumiewającymi się w sposób naturalny, nieheroiczny. Brakuje projektowi odrobiny więcej dynamizmu, choć należy pamiętać, że nie kręcono go jako standardowy „apocalypse movie”. Koniec końców, także dzięki kilku przyprawiającym o autentyczne ciarki momentom, okazuje się „Viral” horrorem znacznie lepszym i znacznie mniej taśmowym niż poprzednie dzieło duetu Joost-Schulman, „Paranormal Activity 4”.

Czytaj dalej Nastoletnia apokalipsa. [„Viral”, 2016]

Social terror. [„Antisocial”, 2013]

     W „Pulsie”, napisanym przez Wesa Cravena, internauci zaczęli masowo popełniać samobójstwa ku pokrzepieniu nowomilenijnych fobii technologicznych. W zombie horrorze „28 dni później” wybudzony ze śpiączki bohater odkrył, że Ziemia stoi w obliczu apokaliptycznej pandemii, zamieniającej chorych w agresywne monstra. „Antisocial” w reżyserii Cody’ego Calahana stanowi niezborne połączenie obu wymienionych pozycji. To film nakręcony niemal bez żadnej inwencji twórczej, na domiar złego często dający wyraz amatorstwu i niedojrzałości swych wykonawców.

antisoc1

     Grupa studentów celebruje ostatni dzień roku, wyprawiając huczne przyjęcie. Dla niepokornej, chodzącej własnymi ścieżkami Sam (Michelle Mylett w nad wyraz letargicznej kreacji) okazuje się ono doskonałą okazją do zatopienia smutków w alkoholu: kilka godzin temu dziewczyna została porzucona przez ukochanego. Nieoczekiwanie w mieszkaniu imprezowiczów zjawia się nieproszony gość. Mężczyzna przejawia symptomy wścieklizny i zostaje zabity w akcie samoobrony. Media donoszą o podobnych atakach; ich zasięg w zawrotnym tempie obiega cały świat. Żniwa szaleństwa są krwawe i niezliczone. Czy nadciąga koniec świata?

Czytaj dalej Social terror. [„Antisocial”, 2013]

Who can kill an American counselor? [„Summer Camp”, 2015]

     Zbliżają się wakacje. Do El Búho – położonej opodal Barcelony, na wpół zrujnowanej willi, przekształconej w śródleśny kemping – przybywa czworo pedagogów-nowicjuszy. Ich zadaniem będzie przygotowanie obiektu na przyjazd młodocianych wczasowiczów. Muszą też studenci – rodowity Hiszpan oraz trzej Amerykanie – wiedzieć, jak zabawiać dzieci: planują więc gry i swawole. „Psoty” nie ominą jednak ich samych. Gdy śmiertelnie groźny wirus atakuje schronienie bohaterów, jedyny komunikujący się po hiszpańsku wychowawca umiera. Pozostała grupka zdana jest na pastwę szerzącej się choroby, której symptomy aż nadto przypominają oznaki wścieklizny.

summercamp1

     Postaci centralne w „Summer Camp” – najnowszym filmie twórców iberyjskiego przeboju „[REC]” – zdają się być wydarte z pierwszego lepszego slashera. Oto jako potencjalne mięso armatnie podrzuceni zostają nam: przystojny i przywódczy Antonio (Andrés Velencoso), bogata i rozpieszczona Christy (Jocelin Donahue), niezręczny okularnik Will (Diego Boneta) oraz energiczna optymistka Michelle (Maiara Walsh). Ktokolwiek widział choć jeden z sequeli „Piątku, trzynastego”, będzie w stanie wskazać, który z bohaterów – zgodnie z niepisanymi standardami kina spod znaku maski i piły łańcuchowej – dotrwa do napisów końcowych, a który nie. Takie przynajmniej można by odnieść wrażenie. „Summer Camp” nie ma jednak wiele wspólnego ze slasherami doby lat 80., a reżyser Alberto Marini robi, co może, by w ogóle nie dało się jego dzieła ująć w ramy schematyzmu.

Czytaj dalej Who can kill an American counselor? [„Summer Camp”, 2015]

Outsiderzy w opałach. [„Condemned”, 2015]

     21-letnia Maya (Dylan Penn) ucieka z domu. Zmęczona ciągłymi kłótniami rodziców, zjawia się u progu domu swojego chłopaka. Dante (Ronen Rubinstein) mieszka w obskurnym apartamentowcu na manhattańskim Lower East Side. Budynek, lata świetności mający dawno za sobą, zamieszkują narkomani, prostytutki, degeneraci, pomyleńcy. Pochodząca z bogatej dzielnicy i dotychczas pławiąca się w dobrobytach bohaterka początkowo ani myśli postawić stopy w siedlisku hołoty, ostatecznie ulega jednak presji ze strony lubego. To najgorsza decyzja w jej życiu: piętrowiec opanowuje wkrótce śmiertelnie groźny wirus, przeistaczający zarażonych w żądne krwi bestie.

condemned2

     Eli Morgan Gesner, reżyser i scenarzysta „Condemned”, rozkręca się długo nim wreszcie czyni swoją debiutancką fabułę horrorem „z krwi i kości”. Najpierw nadaje ukazanej historii fason horroru życia: jego postaci cierpią, niby z własnej woli, lecz – jak ma okazać się później – także dlatego, że okropnie pobłądziły w życiu. Ambitne przesłanki nie towarzyszyły, oczywiście, Gesnerowi na etapie preprodukcji. W wywiadach młody artysta (a także były skateboardzista i projektant mody) przyznaje, że kręcił film czysto rozrywkowy. Miłośnicy kina grozy, zwłaszcza ociekających czerwoną farbą splatterów, dostrzegą w „Condemned” podobieństwa do „Martwicy mózgu” oraz niskobudżetówek Tromy. Jednak poza rozrywką w swym najbardziej rutynowym ujęciu debiut Gesnera bawi też pokręconym przedstawieniem bohaterów.

Czytaj dalej Outsiderzy w opałach. [„Condemned”, 2015]