Archiwa tagu: szaleństwo

Czarna wdowa i Chrystus w seksownym speedo. [„Czwarty człowiek”, 1983]

     Filmy Paula Verhoevena z końca lat siedemdziesiątych, „Ślepy traf” i „Namiętność Kate”, spotkały się z mocno mieszanym odbiorem holenderskich krytyków. Zarzucano im płytkość, co reżyser wziął mocno do siebie: na tyle, że postanowił nakręcić projekt dużo bardziej przenikliwy, dający możliwość rozwiniętej interpretacji. W efekcie powstał hiperrzeczywisty dreszczowiec „Czwarty człowiek”, w którym realizm zastąpiony zostaje znakami umownymi i metafizyczną złudą, a świat przedstawiony podporządkowany jest doznaniom zmysłowym – nie obowiązują w nim zasadniczo prawa logiki.

DeVierdeMan2

     W „Czwartym człowieku” biseksualny pisarz Gerard Revé (Jeroen Krabbé) przybywa do nadmorskiego miasteczka, by dać wykład w klubie literackim. Mężczyzna szybko zwraca uwagę miejscowej kusicielki o androgynicznym typie urody. Christine (Renée Soutendijk) od razu przechodzi do ataku: chce przespać się z prozaikiem i nie spocznie, póki nie dopnie swego. Erotyczna przygoda przynosi zaskakujące następstwa. Gerard odkrywa, że kochankiem Christine jest seksowny robotnik, wcześniej widziany na dworcu amsterdamskim. „Muszę go mieć, choćby miało mnie to zabić”, rzuca, spoglądając na zdjęcie, i zaklina tym samym rzeczywistość. Christine potraktuje słowa pisarza całkiem na poważnie.

Czytaj dalej Czarna wdowa i Chrystus w seksownym speedo. [„Czwarty człowiek”, 1983]

Wiertarka w stanie erekcji. [„The Slumber Party Massacre”, 1982]

     Maniak z narzędziem budowlanym składa nieoczekiwaną wizytę bandzie rozwydrzonych nastolatków, chlejących tani alkohol, ćpających co się da i zabawiających się ze sobą po kątach. Co może z tego spotkania wyniknąć? O dziwo, dużo dobrego. Choć opis fabuły zapowiada kino sztampowe i odtwórcze, „The Slumber Party Massacre” wybija się na tle innych slasherów powstałych u progu lat osiemdziesiątych. Był pierwszym horrorem typu „slice-and-dice” napisanym i wyreżyserowanym przez kobiety, co, zważywszy na rok jego realizacji, do dziś zaskakuje. W roku 1982, kiedy slasherom zarzucano seksizm i mizoginię (nierzadko słusznie), dwie artystki postanowiły same chwycić za nóż i wykarczować sobie drogę do sukcesu.

TheSlumberPartyMassacre1982-2

     Amy Holden Jones, zanim zadebiutowała reżyserując „The Slumber Party Massacre”, nabrała doświadczenia w sztuce montażu filmowego. Oferty współpracy składali jej m.in. Martin Scorsese i Joe Dante. Z kolei scenarzystka, Rita Mae Brown, zasłynęła w świecie literatury jako twórczyni poezji lesbijskiej i promotorka ruchu feministycznego. „Slumber Party…” nie jest filmem zaangażowanym politycznie. Przeciwnie: zamiast wikłać widza w swoją ideologię, Jones i Brown postawiły na dobrze znaną, slasherową narrację. Ich projekt to na równi hymn opiewający kobiecą siłę oraz kolejny teen horror, w którym nieodpowiedzialne dzieciaki mierzą się z niezrównoważonym mordercą. Wszystko jest możliwe: quasi-matriarchalne zrywy w podgatunku slashera też.

Czytaj dalej Wiertarka w stanie erekcji. [„The Slumber Party Massacre”, 1982]

Oh holy fright. [„The Lodge”, 2019]

     W czasach pandemii, kiedy dla własnego bezpieczeństwa sami zmuszeni jesteśmy do pozostania w domach, na rynku DVD/Blu-ray zadebiutował wreszcie „The Lodge” – horror o izolacji, klaustrofobii, niezdolności do ucieczki. W reżyserowanym przez duet Veronika Franz–Severin Fiala filmie stale wzrasta w bohaterach poczucie zagrożenia, a mroczna atmosfera gęstnieje z minuty na minutę. W domku pośrodku niczego Boże Narodzenie spędzają Aidan (Jaeden Martell), jego siostra Mia (Lia McHugh) i nowa dziewczyna ich ojca, Grace (Riley Keough) – była członkini sekty, która cudem przeżyła zbiorowe samobójstwo. Cała trójka ma okazję poznać się lepiej, bo Richard (Richard Armitage) musi wrócić do miasta, by dokończyć pracę przed świętami. Z początku opryskliwe wobec potencjalnej macochy, w końcu dzieciaki miękną – postanawiają nawet spędzić z Grace wieczór przy kubku gorącej czekolady. Nazajutrz okazuje się, że z domu zniknęły dosłownie wszystkie wartościowe przedmioty: pożywienie, kurtki, tabletki psychotropowe. Telefony okazują się bezużyteczne, źródło zasilania prądu przestaje działać. W każdej kolejnej scenie Grace i dzieci ulegają coraz silniejszym wpływom gorączki izolacyjnej.

LodgeThe3

     „The Lodge” to swoiste laboratorium skomplikowanych emocji, a Fiala i Franz wnikliwie przyglądają się badanym przez siebie indywiduom. W tym klasycznym cabin fever story, osadzonym u brzegu zamarzniętego jeziora gdzieś na nowoangielskim bezludziu, zakwestionowana zostaje niewinność dzieci, które posuną się naprawdę daleko, by pomścić śmierć zdradzonej matki. Aidan i Mia nienawidzą nowej partnerki taty, co zresztą dają jej odczuć na każdym kroku. Potrafią być małymi potworami: ignorują jej próby przełamania bariery obcości, odmawiają wspólnych posiłków. Nastoletni Aidan podgląda nawet Grace, gdy ta wychodzi spod prysznica. Młoda kobieta dwoi się i troi, by zjednać sobie bękarty ukochanego, jednocześnie zmagając się z własnymi problemami. Ma za sobą traumatyczną przeszłość i nie chce, by dawne urazy zatruły jej dopiero co poskładane do kupy, nowe życie. Franz i Fiala raz po raz implikują, że kult, do którego należała trzydziestoletnia dziś bohaterka, to niesławny Heaven’s Gate.

Czytaj dalej Oh holy fright. [„The Lodge”, 2019]

Neogotycki snuj. [„The Turning”, 2020]

     Floria Sigismondi wyreżyserowała w przeszłości kilka znakomitych wideoklipów i zawsze miała oko do ciekawych zabiegów scenograficzno-operatorskich. To ona stoi za najlepszymi teledyskami Marilyna Mansona, Christiny Aguilery, Sigur Rós. Jej ostatni film, „The Turning”, ponownie, przedstawiony zostaje w perfekcyjnej szacie wizualnej, ale to doświadczenie puste jak wydmuszka.

TurningThe2

     Za produkcję tego neogotyckiego horroru odpowiada Roy Lee – ten sam, który w ostatnich latach dał nam między innymi „Rings” czy „Brahms: The Boy II” i od dłuższego czasu zdaje się odcinać kupony od swoich dawnych sukcesów. Już samo nazwisko Lee w napisach początkowych podpowiada, z jakim filmem będziemy mieć do czynienia. „The Turning” to ten typ kina grozy, w którym creepy kids are being creepy – nic więcej, nic ponad to. Sigismondi próbuje dyskursować na temat zdrowia psychicznego, ale rozprawy są zbyt zawoalowane, byśmy w ogóle mogli w nich uczestniczyć. Cały film taki jest: udaje coś, czym nie jest, sprawia wrażenie napuszonego, razi chłodną reżyserią. Bywa tak formalistyczny, że ciężko przez niego przebrnąć.

Czytaj dalej Neogotycki snuj. [„The Turning”, 2020]

Sypiając z wrogiem. [„Niewidzialny człowiek”, 2020]

     Tytuł recenzji nie jest przypadkowy. Bohaterką zarówno „Niewidzialnego człowieka”, jak i „Sypiając z wrogiem” jest udręczona kobieta, która po latach przemocy domowej postanawia uciec przed mężem-sadystą. Oba filmy rozpoczynają się ujęciami na wystawną willę, położoną u brzegu oceanu. Pozornej idylli możemy tylko postaciom pozazdrościć, ale okazuje się, że elegancka posiadłość i przystojny małżonek to nie wszystko. Cecilia, bohaterka „The Invisible Man”, zamknięta została w szklanej pułapce – dla Adriana jest przedmiotem, kimś, kogo można posiąść bez reszty. Uwięziona w domu pośrodku niczego, jest bita i zastraszana. Azyl znajduje u byłego męża swojej siostry. Gdy po kilku tygodniach od ucieczki dowiaduje się, że Adrian popełnił samobójstwo, doświadcza ulgi – i źle się z tym czuje. Niestety, mężczyzna nie znika z jej życia nawet po swojej śmierci. Jego niewytłumaczalna obecność doprowadza Cee do szału.

THE INVISIBLE MAN

     Długo czekaliśmy na jego odrodzenie i wreszcie „Niewidzialny człowiek” powrócił – bardziej aktualny niż kiedykolwiek. Leigh Whannell nie wzorował się zanadto na poprzednich odsłonach serii spod szyldu Universal Monsters, postawił na własną wizję. Jego film adaptuje prozę H. G. Wellsa w sposób bardzo luźny i wybiórczy, a do przedkodeksowego klasyku w reżyserii Whale’a odwołuje się za pomocą easter eggów (vide: scena w szpitalu, z zabandażowanym pacjentem). Tradycyjne metody straszenia, choć zagrzały swoje miejsce w filmie, usuwają się w cień na rzecz fascynującego studium paranoi. Cee przekonana jest bowiem, że jej oprawca powrócił – może zza grobu, a może wcale nie, bo nigdy nie umarł. W istnienie tytułowego niewidzialnego człowieka nie wierzy jednak nikt poza kobietą, a nawet my zaczynamy w pewnym momencie kalkulować, czy bohaterka nie postradała czasem zmysłów. Cee bez przerwy spogląda nerwowo przez ramię, czując, że nigdy nie jest sama. Nie ma się gdzie skryć, w walce z prześladowcą skazana jest na siebie. Nakręcił Whannell horror na równi nadnaturalny i osadzony w prozie życia codziennego. „Niewidzialny człowiek” to opowieść o tym, jak dajemy wciągnąć się w wir toksycznej miłości i jak ciężko wydostać się z takiego związku.

Czytaj dalej Sypiając z wrogiem. [„Niewidzialny człowiek”, 2020]

Sleaze show. [„Verotika”, 2019]

     „Verotika” – pod nietypowym tytułem kryje się zbitka wyrazowa, oznaczająca tyle co violence + erotica. Tymi dwoma prostymi słowami można streścić w zasadzie cały film. Glenn Danzig, heavymetalowiec i założyciel horror-punkowej kapeli The Misfits, postanowił zadebiutować w świecie filmu, kręcąc pierwszy w swej karierze pełny metraż. W efekcie powstał pokraczny, dziewięćdziesięciominutowy zbiór luźno poprzeplatanych pomysłów, który spięty został ledwo trzymającą się klamrą kompozycyjną. Nie brakuje w „Verotice” ekstremalnej przemocy i ekstrawaganckiej przesady. Brakuje szczypty finezji i polotu.

01Verotika

     Film jest tak zły, że trudno nie postawić Danziga w jednym rzędzie z Edem Woodem i Tommym Wiseau. Drugiego z wymienionych 64-letni rockman do złudzenia zresztą przypomina. Nikt nie wybroni „Verotiki” jako horroru intencjonalnie tandetnego – nie, kiedy intencje Danziga są tak uroczo naiwne, tak „czyste” w swym plugastwie. Powstał splatter nakręcony za przysłowiowe grosze, w którym za sztuczną krew naprawdę robi ketchup, a aktorzy z zakłopotaniem miotają się przed kamerą na długo po tym, gdy reżyser powinien zawołać: „cięcie!” Film wzorowany jest na C-klasowym kinie grozy z lat 80., jest jednak „cheesy” w najbardziej szkalującej definicji tego słowa. Danzig nie kręcił „Verotiki” z poczuciem jakiejś zakamuflowanej szydery, nie działał z premedytacją. Jak na ironię, tak właśnie został oceniony jego projekt: na zimno i brutalnie.

Czytaj dalej Sleaze show. [„Verotika”, 2019]