Archiwa tagu: szaleństwo

Jaki film śni się po nocach Joelowi Coenowi i Tomowi Saviniemu? [„Koszmar”, 1981]

     „Gdyby nowojorska policja chciała zgarnąć grasujących po mieście psycholi i degeneratów, podejrzewam, że znalazłaby ich wszystkich na nocnym pokazie «Koszmaru»”. Takie komplementy prawił Romano Scavoliniemu i jego filmowi jeden z dziennikarzy „New York Postu” jesienią 1981 roku. Na ekranach wybranych kin amerykańskich ukazał się wówczas horror „Nightmare” – alternatywnie znany jako „Nightmares in a Damaged Brain” – i natychmiast ściągnął na siebie złość krytyków. To historia obłąkanego mężczyzny (Baird Stafford), który poddany zostaje prototypowej metodzie leczenia. Wskutek nie do końca bezpiecznej terapii jego paranoja tylko się nasila i wreszcie „bohater” chwyta za nóż. Postanawia złożyć wizytę byłej żonie, która znalazła pocieszenie w ramionach innego faceta.

Nightmare-1981-2

     „Koszmar” owiany jest wyjątkowo złą sławą: w Wielkiej Brytanii zasilił nawet listę tak zwanych „video nasties”, a swemu dystrybutorowi przysporzył kłopotów natury prawnej. Odpowiedzialny za rozpowszechnianie filmu wydawca trafił do więzienia na kilka miesięcy, bo nie chciał ukrócić materiału o garstkę, nomen omen, koszmarnych scen. Tak narodziła się legenda horroru, który legendarny chyba wcale nie miał być, bo powstał za przysłowiowe grosze, a w kinach zadebiutował dość pośpiesznie – goniąc za sukcesem „Piątku, trzynastego” i innych dziełek typu slash-and-hack. Zarzucić można filmowi mizoginiczne traktowanie postaci kobiecych, celebrację dosadnej przemocy, fatalne aktorstwo. Ustępują z ust odtwórców – zwłaszcza epizodystów – śmiesznie dukane dialogi, które są poniżej wszelkiej krytyki („now he’s on the loose and killing people – and we can’t have that!”). Do tego kolejne akty oddzielane są za pomocą teatralnych plansz ze wskazówkami jak np. „Dzień pierwszy”, „Dzień ostatni”. Nad efektami specjalnymi „Koszmaru” pracował domniemanie wielce ceniony charakteryzator Tom Savini. Później wielokrotnie zaprzeczał swemu udziałowi w procesie twórczym, a gotowy projekt porównał nawet do… fekaliów. Jego zapewnieniom przeczą zdjęcia z planu, przedstawiające osobniczego wąsacza tuż obok realistycznie ludzkiej kukły.

Czytaj dalej Jaki film śni się po nocach Joelowi Coenowi i Tomowi Saviniemu? [„Koszmar”, 1981]

Reklamy

„Fuckin’ millennials!” [„Tone-Deaf”, 2019]

     Richard Bates Jr. powrócił z nowym filmem i chociaż poziomem odrobinę odstaje on od poprzedniego („Trash Fire”), możecie nastawiać się na kino zadziorne, zrealizowane z pazurem – bynajmniej nie spiłowanym. Narracja prowadzona jest w „Tone-Deaf” w stylu charakterystycznym dla reżysera: opiera się na przebłyskach wspomnień i surrealnych wizjach, zmierzając zarazem w kierunku nieuchronnej katastrofy. Pokręcony storytelling przysporzył Batesowi Jr. grupę wiernych fanów i zapewne ucieszy ich fakt, że czwarta fabuła Amerykanina posługuje się tym samym ciętym, kąśliwym jęzorem, co produkcje wcześniejsze.

Tone-Deaf-4

     „Tone-Deaf” ma stanowić komediowe spojrzenie na nastrój społeczno-polityczny, panujący obecnie w Stanach Zjednoczonych. Poznajemy Harveya (Robert Patrick), podstarzałego prowincjusza i wdowca, który mieszka w stylowym domu pośród pól. Mężczyzna kieruje się dewizą, wedle której życie opiera się wyłącznie na wysiłkowej pracy i poświęceniach. Deprymuje go modernizacja, rozwój społeczny stanowi dla Harveya tak dalece posunięty problem, że wreszcie wpada on w sidła szaleństwa. Mężczyzna zamieszcza w internecie ogłoszenie o wynajmie domu na weekend. Odpowiada na nie dwudziestokilkulatka w wielkich okularach i z telefonem przyklejonym do ręki. Dziewczyna ma zupełnie inne wartości i priorytety niż on, gdy był w jej wieku. Nie może wiedzieć, że wpadła w pułapkę bez wyjścia. Rozpoczyna się polowanie na millenialsa.

Czytaj dalej „Fuckin’ millennials!” [„Tone-Deaf”, 2019]

Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

     Infantylnie śmieszna i przeszywająco upiorna, superkrwawa i telewizyjnie zachowawcza. Taka właśnie jest antologia „Nightmare Cinema”, w której Mickey Rourke wciela się w postać podejrzanego Kinooperatora. Na jego sali pokazywane są filmy zadziwiająco osobiste i odzwierciedlone w rzeczywistości: przekonuje się o tym grupa nieszczęśników, na ekranie oglądających właściwie siebie samych. Brzmi to wszyscy bardzo surrealistycznie, choć całość jest mniej wydumana niż na przykład „The Theatre Bizarre” z 2011 roku.

NightmareCinema4

     „Nightmare Cinema” to efekt współpracy pięciu skrajnie różnych reżyserów, między innymi Ryūheia Kitamury i Joe Dantego. Historie średnio przystają do siebie nawzajem, a przeplatający kolejne segmenty wątek Kinooperatora jawi się jako pomysł nierozwinięty, umieszczony w filmie z konieczności (ktoś przecież musi wyświetlać bohaterom ich własne koszmary na dużym ekranie). W anglojęzycznych recenzjach filmu często przewija się zwrot „mixed bag” i myślę, że dużo mówi on tym, czy udało się twórcom skleić tych kilka opowiastek, nadając im zwarty kształt. Dwa segmenty są udane, reszta – nie do końca.

Czytaj dalej Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

Finding the right home can be murder. [„Wymarzone mieszkanie”, 2010]

     Dawno nie widziałem azjatyckiego horroru, ale o „Wymarzonym mieszkaniu” (aka „Dream Home”) słyszałem wiele dobrego, więc postanowiłem nadrobić zaległości. Film znalazł się na kilku listach najlepszych slasherów ostatnich lat, choć warto zaznaczyć, że kinem typu slash-and-hack jest zaledwie w jednej trzeciej. Pomyślano „Dream Home” jako miks horroru i dramatu społecznego, w którym bohaterka zmaga się z przeciwnościami losu – chorobą ojca, rosnącymi kosztami utrzymania w Hongkongu – i w końcu pęka. A przez „pęka” mam na myśli, że chwyta za ostre narzędzie i zaczyna mordować mieszkańców drogiego apartamentowca – bo nie było ją stać, by w nim zamieszkać. Sheung (Josie Ho) pracuje na dwa etaty, ale coraz wyższe ceny mieszań oddalają ją od marzenia o wprowadzeniu się do prestiżowego lokum z widokiem na miasto. Do tego nie może opłacić operacji swemu tacie, a przyjaciele nie rozumieją jej problemów.

DreamHome2

     Reżyser Ho-Cheung Pang przygląda się dwóm klasom społeczności hongkońskiej: biedniejszej średniej i tej wyższej. Bohaterka z oddaniem walczy o swój własny, wymarzony kąt, zupełnie tracąc kontakt z rzeczywistością. Morduje ludzi dalekich od perfekcji (np. potencjalnych gwałcicieli), ale w gruncie rzeczy niewinnych. Wątek socjologiczny jest w „Dream Home” prowadzony na pierwszym planie, a sceny gore to jedynie urozmaicenie – przynajmniej w teorii, według zamysłu reżysera. W istocie dramat społeczny mniej intryguje – chwilami wręcz nuży – a jatka to najlepsze, co ma Pang w ofercie. Dawno nie zostałem uderzony po oczach tak obrazową, dosadną przemocą. Sheung nie uśmierca swoich ofiar „byle jak”: każde morderstwo jest spektakularne, zaskakujące i wyjątkowo brutalne. To orgia terroru i agresji: chłopak zostaje rozpruty do tego stopnia, że prawie wszystkie jego wnętrzności lądują na podłodze, a ciężarna kobieta zostaje powoli uduszona odkurzaczem i w międzyczasie dochodzi do poronienia. Sceny zabójstw są abstrakcyjne i mało realistyczne, ale przerażają, bo przemoc wydaje się niczym nieuzasadniona. Koniec końców Sheung nie przejmuje mieszkań swych ofiar; zabija je jakby dlatego, że żyje im się lepiej, na wyższym poziomie.

Czytaj dalej Finding the right home can be murder. [„Wymarzone mieszkanie”, 2010]

Wewnętrzne demony seryjnego mordercy. [„Rock, Paper, Scissors” aka „Rock Paper Dead”, 2017]

     „Lalkarz” to pseudonim brutalnego mordercy o imieniu Peter Harris (w tej roli Luke Macfarlane). Mężczyzna ma za sobą traumatyczną przeszłość, która pchnęła go prosto w ramiona obłędu. Przez lata przetrzymywany był w szpitalu psychiatrycznym, gdzie poddawano go „leczeniu” prądem. Kiedy doktor prowadząca terapię Harrisa wydaje oświadczenie o powrocie do zdrowia, na lokalną społeczność pada blady strach. Powrót „Lalkarza” w rodzinne strony najbardziej oburza Decherta (Michael Madsen) – policyjnego starego wygę, który chce przeprowadzić osobistą wendetę i dowieść, że Harris wciąż jest niepoczytalny. Zabójca zamieszkuje w domu odziedziczonym po ekscentrycznym wuju i próbuje poskładać swoje życie do kupy. Zaczynają prześladować go demony przeszłości.

RockPaperScissors02

     Muszę przyznać, że recenzowany film miałem na celowniku od ponad roku. Gdy tylko zaczęły pojawiać się doniesienia o nowym horrorze Toma Hollanda – twórcy oryginalnej „Laleczki Chucky” i „Postrachu nocy” – wiedziałem, że będzie on wart obejrzenia, nawet jeśli poziomem nie dorówna innym pozycjom figurującym w CV reżysera. „Rock, Paper, Scissors” powstał bowiem w wyniku współpracy Hollanda z Victorem Millerem. To nieoficjalny „ojciec” Jasona Voorheesa i scenarzysta pierwszego „Piątku, trzynastego”. Gdyby Tobe Hooper nakręcił slasher na podstawie skryptu pióra Wesa Cravena, efekt byłby podobny: to po prostu obejrzałby każdy fan kina grozy. Czy „RPS” zasłuży sobie na przeliczne sequele i urośnie do rangi filmu kultowego? Napiszę bez owijania w bawełnę: na pewno nie. Jeśli widzowie nie zapomną o nim za dwa miesiące, to będzie rozpatrywany w kategoriach intrygującej porażki. To horror raczej nieudany i tandetny, oparty na mało wiarygodnych zwrotach akcji, za to owinięty grubą warstwą cenionej dziś nostalgii.

Czytaj dalej Wewnętrzne demony seryjnego mordercy. [„Rock, Paper, Scissors” aka „Rock Paper Dead”, 2017]

Para mieszczuchów kontra obłąkany wieśniak Dennis Quaid. [„The Intruder”, 2019]

     Dennis Quaid powoli staje się drugim Nicolasem Cagem. Dawno nie zagrał w naprawdę dobrej produkcji – jeśli już to w guilty pleasures – a jego kolejne role stają się coraz bardziej przerysowane. W „Intruderze” grany przez Quaida bohater sprawia wrażenie nieślubnego dziecka Jacka Torrance’a oraz Brenta Ryana z „Mamy i taty”. Poznajemy go, gdy próbuje sprzedać sąsiadującą z lasem posiadłość. Problem w tym, że Charlie nie ma zamiaru opuścić swego domu – nawet po przybyciu nowych lokatorów.

TheIntruder2

     „The Intruder” wyreżyserowany został przez Deona Taylora – twórcę wielu kiepsko przyjętych horrorów, a także parodii „Meet the Blacks”, która starała się obśmiać rasizm, ale ostatecznie sama wrzała od uprzedzeń i szkodliwych stereotypów. Nowy projekt Taylora ma nad poprzednimi tę przewagę, że na jego realizację wyłożono odrobinę więcej budżetu, przez co całość – nawet jeśli odbiega od filmowej klasy „A” – z powodzeniem mogła wybić się z rynku direct-to-VOD. Film wygląda nieźle, bo producentom udało się znaleźć imponującą, śródleśną lokalizację, z ponad stuletnią willą na czele. Ogląda się go – podobnie – nie najgorzej, głównie dzięki przegiętej roli Quaida i wybuchom jego obłędu. Jeśli rekomendacja rzędu: „oglądalny” dużo dla Was znaczy, dajcie „Intruderowi” szansę. Wiedzcie tylko, że to historia oparta na sprawdzonych schematach i podczas seansu może towarzyszyć Wam poczucie déjà vu.

Czytaj dalej Para mieszczuchów kontra obłąkany wieśniak Dennis Quaid. [„The Intruder”, 2019]