Dążąc za monety blaskiem…

     Tytuł recenzji nie jest przypadkowy. Powszechnie wiadomo, że czwarta odsłona halloweenowej serii powstała w celach mocno komercyjnych. Twórcy przywrócili postać Michaela Myersa, mordercy odzianego w strój bywalca zakładu psychiatrycznego. Czy wyszło im to na dobre?

     Zarys fabuły jest całkiem przewidywalny. W dżdżystą noc, tuż przed niekoniecznie radosnym świętem duchów, dochodzi do mordu – funkcjonariusze ze szpitala w Smith’s Grove eskortują obłąkanego mordercę karetką; przez niego też zostają zabici. Ów szaleniec to Myers – przez dekadę przetrzymywany w Ridgemont Federal Sanitarium. Psychopata powraca do Haddonfield, gdzie zamieszkuje młoda Jamie Lloyd, jego siostrzenica, tak więc córka (rzekomo) zmarłej Laurie Strode. Jamie dorasta w rodzinie zastępczej i boryka się z problemami codzienności; jest prześladowana przez rówieśników, rozpaczliwie poszukuje troski i uczucia, które niespodziewanie zostały jej odebrane. Doświadcza również wizji, w których objawia jej się wuj Michael. Wkrótce ma stanąć z nim oko w oko.

Czytaj dalej Dążąc za monety blaskiem…

Reklamy

„What’s your pleasure, sir?”

     W roku 2012 zdawać by się mogło, że twórcy horroru odsłonili przed widownią już wszystkie karty – fakt ten sprawia wrażenie szczególnie oczywistego z punktu widzenia osoby jakieś dwie trzecie życia zaabsorbowanej kinem grozy. Strach, niepokój i wstręt dziesiąta muza przedstawiała już na wszelkie sposoby. Są jednak mniej i mizerniej eksplorowane motywy dla horroru charakterystyczne – jak piekło. Nie ukazano wielu naprawdę przyzwoitych wizji piekła w tym osobliwym gatunku filmu (poniekąd imponują „Ukryty wymiar” czy tajski „Narok”), jest jednak obraz sugestywny i surowy, prawdziwie diabelski. Jego tytuł to „Hellraiser”.

     Clive Barker stworzył horror totalny, który nie postarzał się ani trochę i lata po premierze działa na publikę tak samo jak w 1987. Larry i Julia Cottonowie wprowadzają się do domu na londyńskich przedmieściach. Zakładają, że największym wyzwaniem, jakie postawi przed nimi posiadłość, będzie gruntowny remont. Okazuje się inaczej, a w życie bohaterów wkraczają Cenobici, istoty z piekielnego wymiaru, z lubością zadające ból rasie ludzkiej. Jest też zamieszkujący strych, częściowo martwy Frank – zaginiony przed laty brat Larry’ego, który za pomocą kochanicy Julii usiłuje powrócić do żywych. Dom idealny zamienia się w łzawy przybytek.

Czytaj dalej „What’s your pleasure, sir?”

Armageddon w Amityville

     Troma, The Asylum czy Nu Image to mierne wytwórnie produkujące mierne filmy. Chwała im za to; przecież „Toxic Avenger” czy „AVH: Alien vs Hunter” (wielka nadzieja zestawienia IMDb Bottom 100) to kawał tragicznego, ale i przerażająco rozrywkowego kina. Inaczej sprawa ma się z Platinum Dunes. Kalifornijska spółka produkcyjna forsowana nazwiskiem Michaela Baya słynie z realizacji wątpliwej jakości obrazów, głównie remake’ów klasycznych horrorów. Lepiej byłoby, gdyby wszystkie produkcje firmy stały konsekwentnie na tym samym, niskim poziomie. A jednak w 2003 Marcus Nispel wyreżyserował nową odsłonę „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, która pokazała się z bardzo dobrej strony. Od tej pory z Platinum Dunes mogą wiązać się pewne oczekiwania…

     W dwa lata po Nispelu kolejny debiutujący reżyser odświeżył inną sprawdzoną konwencję. Andrew Douglas pogrzebał jednak honor wytwórni Baya. O ile „Teksańska masakra…” przedstawiła znaną historię w innym świetle, pompując w odnowioną serię Leatherface’a tyle rześkości, ile się dało, o tyle początkujący brytyjski reżyser wyczerpany przez lata pogardy cykl ostatecznie pogrążył. „Amityville 2: Przeżyjmy to po raz dziesiąty” w końcu nie powstało.

Czytaj dalej Armageddon w Amityville

Dostawca marazmu

     Victor Salva nie jest reżyserem ani zdolnym, ani sukcesywnym, jednak jego nazwisko wzbudza spore kontrowersje. Ciężko jest bowiem przejść obojętnie obok podstarzałego, obleśnego twórcy filmowego, lata temu wiązanego ściśle ze sprawą gwałtu na mocno młodocianym aktorze zaangażowanym w produkcję jego obrazu (sromotnego, zawdzięczającego swoją niesławę tylko głośnemu incydentowi „Domu klownów”). Tym ciężej, jeśli – zachęceni prestiżem, jaki niosą ze sobą tytuły z dylogii  Smakosz” – powierzymy swój czas na zapoznanie się z kunsztem reżysera i bezwzględnie się zawiedziemy.

     „Roznosiciel” jest filmem rozczarowującym. Temat wyjściowy obiecuje dużo. Główną bohaterkę poznajemy właśnie kiedy wprowadza się do sporej posiadłości umiejscowionej na typowo amerykańskich przedmieściach, zamieszkanych przez klasę średnią. Osadzenie akcji thrillera w suburbii przywodzi na myśl pozytywne skojarzenia. W peryferyjnych dzielnicach miast rozgrywały się kluczowe dreszczowce, z pamiętnym „Halloween” Johna Carpentera na czele. To tyle w kwestii pozytywnych stron filmu…

Czytaj dalej Dostawca marazmu

Mocnymi słowami o „Hellraiserze III”

     Ja naprawdę lubię kiczowate kino. Zmierzyłem się z włoskimi interpretacjami mitologii nordyckiej („Troll 2”), filmowymi natarciami rozwścieczonych warzyw („Atak pomidorów zabójców”) czy dorobkami bezspornie słabych reżyserów, jak nieodżałowany Ed Wood. Świętą skarbnicą złych filmów pozostaje grupa sequeli najbardziej kultowych horrorów. „Hellraiser III: Piekło na ziemi” zajmuje w owym zbiorze zaszczytne miejsce produkcji miernej i w tej miernocie prawdziwie ujmującej.

     Zdecydowanie jest to kino grozy z niższej półki. Niby upchnięty do dystrybucji kinowej (nie uwierzę dopóki wehikuł czasu nie zabierze mnie do roku 1992 i nie przekonam się o kinowym przeznaczeniu „Hellraisera III” na własne oczy), film przedstawia się z każdej strony charakterystycznej dla horrorów direct-to-video – tak więc od dupy strony.

Czytaj dalej Mocnymi słowami o „Hellraiserze III”