Archiwa tagu: splatter

Feelin’ yummy. [„Klinika grozy”, 2019]

     Alison wybiera się w podróż do kliniki chirurgii plastycznej, położonej gdzieś w Europie Wschodniej. Towarzyszą jej fajtłapowaty chłopak oraz matka, miłośniczka faceliftingu. Bohaterka zmaga się z nietypowym problemem: ma zbyt wyraźny biust, którego rozmiar zwraca niechcianą uwagę zwłaszcza młodych mężczyzn. Postanawia poddać się operacji pod czujnym okiem doktora Krawczyka – prowincjonalnego specjalisty od upiększana kobiet z defektami ciała. Szwendając się po ośrodku, ukochany Alison, Michael, zauważa nagą dziewczynę, przywiązaną do łóżka grubymi pasami. Ponieważ boleściwie pojękuje, decyduje się ją oswobodzić. Nie wie, że pacjentka jest nosicielką groźnego wirusa, który szybko opanuje całą klinikę.

Yummy4

     „Klinika grozy” zapowiadana była jako pierwszy flamandzki film o zombie. Niektórzy podadzą tu wprawdzie komedię grozy „Rabid Grannies” z 1988 roku, ale przynależność tej pozycji do wspomnianego podgatunku jest dyskusyjna. Reżyser Lars Damoiseaux nie przepisuje kanonu opowieści o żywych trupach na nowo, za co jednak trudno go obwiniać. „Klinika…” ma bowiem urok dawnych filmów spod szyldu Tromy, a powstała w stylu charakterystycznym dla młodego Petera Jacksona. Na planie zdjęciowym przelano dosłownie oceany gore’u.

Czytaj dalej Feelin’ yummy. [„Klinika grozy”, 2019]

Dead in the water. [„Aquaslash”, 2019]

     Obejrzałem „Aquaslash”, abyście sami nie musieli się z nim męczyć. Tytuł filmu zwiastuje mnóstwo krwawej zabawy, ale przykra prawda jest taka, że Renaud Gauthier nie miał pomysłu, jak poprowadzić tę fabułę, a zwłaszcza jak ją spuentować. W efekcie powstał kiepsko wysmażony i trochę gumiasty hołd dla podgatunku slashera, w którym więcej uwagi zwracają nieznośne dłużyzny i naciągany finał – nie efekty gore.

Aquaslash4

     A efekty specjalne są w filmie naprawdę przyzwoite: w końcu stała za nimi ekipa z Blood Brothers FX, odpowiedzialna też za mięso przerzucane w „Turbo Kid” czy „Devil’s Gate”. W parku wodnym Wet Valley spotykają się absolwenci pobliskiego liceum. Wszyscy chcą się dobrze bawić przy głośnej muzyce i narkotykach, ale też odpowiednio zmoczyć. Główną atrakcją obiektu jest kompleks krętych zjeżdżalni, które wykorzystane zostaną w zawodach między przyszłymi studentami. Na imprezę wkrada się jednak morderca, który nadziewa ślizgawki ostrymi szpadami, przebijając je od zewnątrz. Basenowy chlor zleje się z hektolitrami juchy.

Czytaj dalej Dead in the water. [„Aquaslash”, 2019]

(Re)birth is always painful. [„Reanimator”, 1985]

     Nie od dziś wiadomo, że lata osiemdziesiąte były złotą erą krwawego horroru. Splattery i pozycje zabarwione gore’m tworzyli twórcy młodzi – bo zwyczajnie im się to opłacało – jak i weterani. Brian De Palma szlachtował kobiety w kultowym już dziś „Świadku mimo woli” oraz „W przebraniu mordercy”, a J. Lee Thompson, reżyser „Dział Navarony”, nakręcił jeden z najbardziej stylowych slasherów wszech czasów („Happy Birthday to Me”). W 1985 roku amerykańskie kina zalane zostały przez ekranową grozę, a najgorętsze dyskusje wywołał „Reanimator” Stuarta Gordona. Przykryty grubą warstwą czerwonej farby shocker został zaskakująco pozytywnie oceniony przez krytykę: nawet „obrońcy moralności”, którzy nie tak dawno temu gardzili „Piątkami, trzynastego” czy „Silent Night, Deadly Night”, musieli przyznać, że film jest po prostu dobry. Jeden z najwulgarniejszych i najobficiej przelewających krew horrorów stał się emblematycznym tytułem lat 80. – dziś to klasyk amerykańskiej grozy.

ReAnimator5

     Film stanowi ekranizację opowiadania „Reanimator Herbert West”, za którym stoi H. P. Lovecraft – wątki książkowe traktuje jednak w sposób luźny i niezobowiązujący. Historia, napisana przez wieszcza w latach 1921–1922, parodiowała „Frankensteina” Mary Shelley i w wersji Gordona również dominuje akcent humorystyczny. W filmie podjęty zostaje temat granicy między życiem a śmiercią, choć większość widzów uzna całość za szyderę z body horrorów i mad scientist movies, powstałą na modłę Warholowskiego „Ciała dla Frankensteina”. Bogiem-stwórcą jest w „Reanimatorze” West (Jeffrey Combs), student medycyny, który przybywa do Nowej Anglii ze Szwajcarii, zresztą w atmosferze skandalu. Zaczyna naukę na Uniwersytecie Miskatonic. Choć bystry i ambitny, nie szanuje środowiska akademickiego, głęboko wierzy w swoją wyższość i nieomylność. W towarzystwie współlokatora zaczyna prowadzić eksperymenty na zwłokach. Początkowo udane doświadczenia szybko wymykają się spod kontroli, a przywrócone do życia trupy nabierają cech typowych dla zombie.

Czytaj dalej (Re)birth is always painful. [„Reanimator”, 1985]

O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

     Scenograf „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Charakteryzator, który lata później obsypany został nagrodami za „The Walking Dead”. Do tego Brian Thompson w jednej z najbardziej osobliwych ról swojej kariery. Między innymi ci twórcy zasilili ekipę „Mrocznych życzeń” – horroru kręconego u schyłku lat osiemdziesiątych, którego fabuła pokrywa się trochę z historią przedstawioną w „Linii życia” Schumachera. Grupa studentów zaszywa się w domku pośrodku niczego ze swoim ekscentrycznym profesorem. Mają prowadzić badania nad sensem snu, ale wpadają w sam środek paranormalnej intrygi. „Nightwish”, choć teoretycznie powstawał w dobrych rękach, nie do końca udał się jednak swoim realizatorom. Cały film to jedno wielkie dziwne doświadczenie, o niespójnej fabule, której wystarczy na piętnaście, może dwadzieścia minut czasu ekranowego.

Nightwish3

     Oczekując od „Nightwish” logicznej historii i w ogóle sensownej struktury narracyjnej, można się przeliczyć. Autorski projekt Bruce’a R. Cooka najłatwiej chyba podsumować jako pomieszanie z poplątaniem. W scenariuszu kanibale ustępują miejsca duchom, zmutowane creepy spiskują z kosmitami, a gdzieś w tle powraca motyw koszmarnych wizji opartych na tym, co najbardziej przeraża bohaterów. Ważną rolę odgrywają też w filmie teorie spiskowe, a w jednej ze scen przemądrzały student rzuca do swoich koleżanek: „słuchaj, nie gramy przecież w «Inwazji porywaczy ciał»”. Nie da się ukryć.

Czytaj dalej O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

Zaliczona masakra na pięć. [„Cupid”, 2020]

     Z racji, że wczoraj obchodziliśmy prima aprilis, dziś podzielę się z Wami recenzją… walentynkowego slashera. Nie będzie to ani klasyk George’a Mihalki (o nim pisałem dwa miesiące temu), ani Jamiego Blanksa diabelski pomiot z 2001 roku. „Cupid” to konwencjonalny horror stalk n’ slash, w którym nastolatki zostają zamknięte w szkole po zmroku i muszą odpierać ataki uzbrojonego w ostre narzędzia zabójcy. Z jednej strony sztampa, z drugiej zaś – a no właśnie – wyróżnia się sam killer. Zgodnie z tytułem jest nim morderczy Kupidyn, który nie spocznie, póki nie da próżnym małolatom nauczki. W te walentynki wszyscy chłopcy i dziewczęta skończą ze złamanym sercem. Dosłownie.

cupid-2

     Za dobrze bawiłem się na filmie Scotta Jeffreya, by wydać mu negatywną opinię, choć przyznać trzeba, że nie jest on idealny. Daleko mu do perfekcji, a w sieci spotkacie wiele chłodnych ocen, jakie mu przyznano. Napiszę tak: jeśli poznaliście inne pozycje z katalogu Uncork’d Entertainment, wiecie, na co liczyć. „Cupid” jest horrorem tak niskobudżetowym, że na IMDb nie podano jego budżetu. Praca charakteryzatorów w wielu scenach może budzić pewne wątpliwości (lub zażenowanie), ale to, co ratuje sceny uśmierceń, to ich czarny humor. W jednej ze scen licealistka zostaje udławiona bukietem kolczastych róż i efekt robi solidne wrażenie – to jeden z tych momentów, gdy udało się twórcom wypracować fajną, praktyczną stylizację. Nasz Amor skomercjalizowanym, kojarzonym z walentynkową tandetą rekwizytom nadaje zupełnie nowe, piekielne przeznaczenie. Pęczek kwiatów to więc instrument zbrodni, a kupidynowy łuk bynajmniej nie napawa ludzkich serc miłością. Nie dostaniecie od „Cupid” cukrzycy – co najwyżej napadów śmiechu.

Czytaj dalej Zaliczona masakra na pięć. [„Cupid”, 2020]

Slasher ostry jak maczeta. [„W lesie dziś nie zaśnie nikt”, 2020]

     Doczekaliśmy się w Polsce własnego „Piątku, trzynastego” – z absurdem podniesionym do kwadratu, aktorstwem budzącym pewne wątpliwości, ale też fajnym settingiem i mnóstwem funu. Kino popcornowe powinno robić się właśnie tak, jak nakręcił je Bartosz Kowalski: powinno opierać się ono na najlepszych wzorcach i sprawdzonych schematach. A filmy powiązane postacią Jasona Voorheesa to przecież dla fanów horroru spod znaku maski i piły łańcuchowej najprawdziwsza biblia. „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, hucznie obwołane jako pierwszy slasher made in Poland, najwięcej zawdzięcza właśnie kolejnym „Piątkom”, „Teksańskiej masakrze…” i tetralogii „Topór”. Produkcja ta śmiało mogłaby zostać wypuszczona za granicą i nikt nie powiedziałby, że „nasze” straszaki to jakaś totalna wiocha. Kowalski ewidentnie kocha ejtisowe standardy kina grozy, przez co „W lesie…” nasączone jest szlachetnymi intencjami.

WLesieDzisNieZasnieNikt4

     Akcja filmu rozpoczyna się trzydzieści lat po pewnej brutalnej zbrodni. Jakiej – to jeszcze zdążą twórcy przywołać. Ekipa nastolatków uzależnionych od internetu przybywa do obozu wędrownego „Adrenalina”. Przez tydzień będą bratali się z naturą i sobą nawzajem, a social media nie odwrócą ich uwagi od prawdziwego życia. Dzieciaki zostają dobrane w grupy i ruszają w głąb lasu z opiekunami. Wychowankami Izy (Gabriela Muskała) zostaje piątka skrajnie różniących się od siebie młodych ludzi. Julek (Michał Lupa), typowy nerd i utalentowany gamer, najchętniej zboczyłby z trasy i powędrował prosto przed ekran najbliższego komputera. Bartek (Stanisław Cywka) sypie z rękawa cynicznymi, obliczonymi na reakcję dowcipami, ale skrywa pewien uwierający sekret. Daniel (Sebastian Dela) to „klasowy” jock i niedorosły macho, a Aniela (Wiktoria Gąsiewska) ma w sobie tyle naturalnego seksapilu, że onieśmiela nawet jego. Jest jeszcze Zosia (Julia Wieniawa) – mroczniara w workowatej koszulce, która zawsze nosi przy sobie scyzoryk, gdyby coś miało pójść nie tak. Grupa rozbija biwak i spędza wieczór przy wspólnym ognisku. Rano okazuje się, że jeden z nastolatków przepadł bez śladu. Na drzewie obok namiotu odznacza się skrzepnięta krew.

Czytaj dalej Slasher ostry jak maczeta. [„W lesie dziś nie zaśnie nikt”, 2020]