Archiwa tagu: splatter

Miau-miau, kot na schwał. [„Cat Sick Blues”, 2015]

     W okresie żałoby ludzie radzą sobie z bólem na różne sposoby. Rzadko jednak zdarza się, by przywdziewali maskę obłąkanego zabójcy i karali innych za ich szczęście. To metoda terapii, na jaką zdobywa się Ted Henson (Matthew C. Vaughan) − bohater australijskiego shockera „Cat Sick Blues”, opartego na krótkim metrażu z 2013 roku. Mężczyzna traci nie tylko ukochanego kota, ale też rozum. Wierzy, że pupil odżyje, gdy tylko poświęconych zostanie mu dziewięć niewinnych ofiar. Rozpoczyna się krwawe polowanie.

CatSickBlues2

     Pochodzący z Melbourne reżyser Dave Jackson przygląda się w swym filmie bardzo specyficznej psychozie. Ted to bowiem facet, który głęboko wierzy we wszystkie absurdy, jakie roją się w jego głowie. Zabija wyłącznie kobiety, niekiedy w erotycznych okolicznościach, ale nie widzi w sobie perwersyjnego zboczeńca. Jest święcie przekonany, że siejąc postrach w kociej, lateksowej masce da swemu zwierzakowi „dziesiąte życie”. Dłoń przystraja w wykonaną na zamówienie rękawicę, imitującą szpony, a biodra oplata pasem z doczepionym, zaostrzonym na obrzeżach dildo. Gdy zakrada się do mieszkań swoich ofiar, pojękuje i mruczy w felinicznym języku. To obsesyjno-kompulsywny morderca, zdominowany przez natręctwa seksualne, przypominający na równi Normana Batesa oraz Franka Zito z pamiętnie plugawego horroru „Maniak”. Trudno o bardziej przerażającego kociarza − chyba tylko pan Prezes przerasta Hensona w tej rywalizacji.

Czytaj dalej Miau-miau, kot na schwał. [„Cat Sick Blues”, 2015]

Reklamy

When a man kills a woman. [„Nowojorski rozpruwacz”, 1982]

     Kiedy w 1982 roku Lucio Fulci powrócił ze swoim nowym filmem, natychmiast został on owiany złą sławą. „Nowojorski rozpruwacz” debiutował na ekranach w atmosferze skandalu, zresztą uzasadnionego. To kolejny horror, w którym maestro złego smaku używa sobie na bezbronnych kobietach. W filmie pod nóż tytułowego oprawcy trafiają wyłącznie atrakcyjne blondynki. Żadna z nich nie ginie szybko i bezboleśnie, bo nie w tym tkwi, według Fulciego, zabawa.

NYRipper-1

     „Nowojorski rozpruwacz” to horror o wyjątkowo slasherowej estetyce, stworzony jakby na eksport, z myślą o amerykańskiej widowni. Nie brak tu jednak charakterystycznego dla reżysera upodobania do sadyzmu – którego w takim „Halloween” na przykład nie uświadczymy. To, oczywiście, dwie różne produkcje, a i Fulciego nijak nie da się porównać z Johnem Carpenterem – skarbem narodowym USA. W Nowym Jorku grasuje wyjątkowo bezlitosny zabójca, który rozpruwa swoje ofiary przy użyciu noża kuchennego. Jego zbrodnie ściągają sen z powiek zmęczonemu życiem detektywowi Williamsowi: tak porywistej rzezi miasto nie doświadczyło od dawna. By powstrzymać impulsywnego psychopatę, porucznik nawiązuje współpracę z doskonale wykwalifikowanym psychoanalitykiem.

Czytaj dalej When a man kills a woman. [„Nowojorski rozpruwacz”, 1982]

W ciemnej… puszczy. [„The Horde”, 2016]

     Grupa studentów fotografii na wycieczce oświatowej trafia w sam środek piekła, gdy znikąd pojawiają się zmutowani genetycznie agresorzy. Młodzi mieli szlifować swoje umiejętności artystyczne pod czujnym okiem nauczycielki (Tiffany Brouwer), ale ich wyprawa przeobraziła się w scenariusz horroru. Gdy opiekunka zostaje porwana, z odsieczą wyrusza jej bohaterski narzeczony John (Paul Logan) − były członek Navy SEALs.

Horde2

     „The Horde” rozpoczyna się jak archaiczny backwoods slasher, a kończy niczym sieczka z sobotniej ramówki Telewizji Puls. Mieszają się w filmie tropy i konwencje gatunkowe, ale nie jest to raczej zaplanowany manewr: to reżyser i scenarzysta (ponownie Logan) pogubili się w swych inspiracjach. Gdyby „Wzgórza…” miały romans z „Teksańską masakrą…”, a Craven i Hooper nie byliby geniuszami grozy, powstałby straszak podobny do „Horde”. Atakujący protagonistów mordercy przypominają trochę zdeformowanych leśnych dziadków z ostatnich sequeli „Drogi bez powrotu” − nie jest to, oczywiście, komplement.

Czytaj dalej W ciemnej… puszczy. [„The Horde”, 2016]

8th time’s the charm. [„Leprechaun Returns”, 2018]

     Devil’s Lake w Dakocie Północnej. Lila (Taylor Spreitler) rozpoczyna naukę na Uniwersytecie Larimore i dołącza do siostrzanego stowarzyszenia Alpha Upsilon (warto nadmienić, że Au to symbol chemiczny złota). Studentki zajęły posiadłość, która w przeszłości należała do Tory Reding – młodej kobiety prześladowanej przez morderczego karła, a zarazem matki Lili. Budynek usytuowany jest z dala od jakiejkolwiek cywilizacji i wymaga gruntownego remontu. Przed jego gmachem stoi stara, niezdatna do użytku studnia. Żadna z dziewcząt nie wie, że głęboko pod ziemią przebywa niebezpieczny leprikon – gotów brutalnie zabić za garnuszek złotych monet.

Leprechaun8-3

     Zgadza się: Karzeł powrócił w absolutnie kampowym stylu i tym razem przyniósł ze sobą dużo humoru – tyleż ironicznego, co pełnego niedorzeczności. „Leprechaun Returns” tym różni się od odsłony „Origins” (2014), że nie jest horrorem kręconym „na poważnie”, a krwawą farsą. Za scenariusz filmu odpowiada Suzanne Keilly, znana z pracy nad kultowym już serialem Starz „Ash kontra martwe zło”. Karzeł (Linden Porco) każdą ze swych ofiar straszy makabrycznymi rymowankami, a z zielonego rękawa sypie cringe’owym żartem. Obłędne są sceny gore, a młodzi bohaterowie giną w kuriozalnych okolicznościach. Zakochany w sobie studenciak zostaje przecięty panelami słonecznymi w sposób ewidentnie inspirowany remakiem „13 duchów”. Czarny charakter „odradza się” niczym pasożyt, a wychodząc z brzucha swojego gospodarza, rozszarpuje go na kawałki. W innej scenie obserwujemy, jak dziewczyna uśmiercana jest przy pomocy… zraszacza ogrodowego.

Czytaj dalej 8th time’s the charm. [„Leprechaun Returns”, 2018]

A man’s man’s world. A woman’s woman’s vengeance. [„Zemsta”, 2017]

     W 1966 roku James Brown wydał swój największy szlagier, „It’s a Man’s Man’s Man’s World”, który na przestrzeni lat zyskał status utworu ikonicznego. Jednak podczas 49. ceremonii wręczenia nagród Grammy cover piosenki wykonała Christina Aguilera – i na horyzoncie pojawiło się wiele głosów sugerujących, że jej interpretacja soulowego przeboju jest jeszcze lepsza niż oryginał. Utwór o tym, że męski świat obróciłby się w próżnię bez istnienia kobiet został zagarnięty przez żeńską wokalistkę i, dzięki niej, wszedł do kanonu muzyki współczesnej. A przecież Aguilera w świecie showbiznesu krytykowana jest nieustannie (i najczęściej niepotrzebnie) – zazwyczaj dlatego, że wymaga się od niej nieposzlakowanej perfekcji. Jej występ z 2007 roku ukrócił wszelkie lamenty malkontentów.

Revenge4

     W „Zemście”, debiutanckim filmie Coralie Fargeat, pojawia się postać Jen (Matilda Lutz) – dziewczyny, od której też oczekuje się bardzo dużo. Trzej bohaterowie męscy będą usiłowali uprzedmiotowić atrakcyjną towarzyszkę, a gdy ta zaprotestuje – wymierzą jej siarczysty, patriarchalny policzek. Upokorzą ją i zgwałcą – czując, że są do niej uprawnieni – a potem pozostawią na pewną śmierć pośrodku niczego; wszystko, aby uniknąć konfrontacji z niewygodną prawdą i własną potwornością. Stan (Vincent Colombe) uznaje Jen za ćwierćmózga; to dla niego kawałek mięsa, osoba, która nie ma do powiedzenia nic mądrego. Jakież będzie jego zdziwienie, gdy krucha i żałosna niewiasta powstanie na równe nogi, a potem zaplanuje wymyślny odwet.

Czytaj dalej A man’s man’s world. A woman’s woman’s vengeance. [„Zemsta”, 2017]

Blood is in my eyes and nothing is rhyming. [„Mandy”, 2018]

     Podobnie jak w „The Wicker Man”, Nicolasowi Cage’owi znów przyszło zmagać się z morderczym kultem. Jego bohater dostaje w kość, ale tym razem nie pozostaje nikomu dłużny. Red Miller to bowiem mężczyzna o dzikich popędach i pierwotnym instynkcie, który za zabójstwo ukochanej odegra się nawet osławionym brutalom. Po drodze sporo wycierpi, ale osiągnie swój cel i rozpęta piekło na ziemi. Dźwignią, która wprawi w ruch jatkę, całą machinę szaleństwa, będzie energia id Reda − jego impulsywność, chęć natychmiastowego zaspokojenia animalnych potrzeb… „Mandy” przystrojona została po królewsku − czemu zawdzięczamy poetycką formę jej realizacji − ale przede wszystkim jest to film o przekraczaniu granic zwierzęcości, które tkwią w każdym z nas. Ten prymitywny pierwiastek odkrywa w sobie protagonista grany przez Cage’a − aktora głęboko wierzącego, że to w amoku tkwi metoda na sukces. Panos Cosmatos znów stworzył kawał obłędnego kina niezależnego i uwierzcie − chcecie się z nim zmierzyć.

Mandy2

     Warto zaznaczyć, że „Mandy” nie sprosta wszystkim gustom: przede wszystkim ma łechtać upodobania miłośników groteski. Film miesza ze sobą art house i grindhouse, jednak nawet średnio przytomny widz zauważy, jak bliskie są Cosmatosowi midnight movies. To właśnie pociąg do brutalności, typowej kinu exploitation, odcisnął na „Mandy” wyraźniejsze piętno. Tytułowa bohaterka ginie spalona żywcem, a Red musi się temu przyglądać. Przeprowadzona zostaje specyficzna forma gwałtu. Mężczyzna, jak w horrorach rape and revenge, odnajduje w sobie siłę i wyrusza na polowanie. Kulminacją jego bezkompromisowych łowów będzie walka na piły mechaniczne, a później − mord przy użyciu gołych rąk. „Mandy” to projekt przejaskrawiony, napędzany zarówno patosem, jak i chorym dowcipem. Zajmujący jest absurd, którym Cosmatos operuje z dużą wprawą. Nie tylko utrata wybranki prowokuje w Redzie agresję: błędnie pozostawiony przy życiu brodacz dokonuje też pomsty za ulubioną koszulkę, która w toku gwałtu została porwana. By zwiększyć swoje szanse na efektywną rzeź, samodzielnie odlewa wielki, metalowy topór. „Mandy” to gorączkowy sen każdego fana „seansów o północy”, a zarazem solidne kino autorskie.

Czytaj dalej Blood is in my eyes and nothing is rhyming. [„Mandy”, 2018]