Archiwa tagu: psychological horror/thriller

Lin Shaye walczy o lepsze życie. [„Room for Rent”, 2019]

      Niezależny dystrybutor Uncork’d Entertainment nie próżnuje. W ciągu kilku lat swego funkcjonowania zaoferował widzom wszelkie skrajności: taśmowe slashery, dokumenty o Ameryce Donalda Trumpa, bezwstydne mockbustery, a nawet kino queerowe ze Słowenii i Kosowa. Jedną z wielu nowości, jakie wypuściła firma do obiegu streamingowego w tym roku, jest „Room for Rent”, thriller z psychologicznym zacięciem – bo nie psychologiczny sensu stricto – z doskonałą kreacją Lin Shaye na pierwszym planie. Od czasu „American Pets” nie miał Uncork’d w swojej ofercie filmu równie intrygującego.

RfR1

     „Room for Rent” nie okazuje się projektem równie rozpoetyzowanym, co „Amerykańskie pieszczochy”, ale wciąż łatwo układa się pod oczami. Jeśli chodzi o rozwój wewnętrzny bohaterki pierwszoplanowej i dramaturgię kolejnych zdarzeń ma do zaoferowania więcej, bo Joyce Smith (Shaye) to postać daleka od wyświechtanego stereotypu, o wabiąco odmalowanym portrecie. Z jednej strony reżyser Tommy Stovall przedstawia nam żałosną starowinę, która po utracie męża nie potrafi poskładać swojego życia do kupy. Niemniej istnieje też druga perspektywa.

Czytaj dalej Lin Shaye walczy o lepsze życie. [„Room for Rent”, 2019]

Reklamy

Jaki film śni się po nocach Joelowi Coenowi i Tomowi Saviniemu? [„Koszmar”, 1981]

     „Gdyby nowojorska policja chciała zgarnąć grasujących po mieście psycholi i degeneratów, podejrzewam, że znalazłaby ich wszystkich na nocnym pokazie «Koszmaru»”. Takie komplementy prawił Romano Scavoliniemu i jego filmowi jeden z dziennikarzy „New York Postu” jesienią 1981 roku. Na ekranach wybranych kin amerykańskich ukazał się wówczas horror „Nightmare” – alternatywnie znany jako „Nightmares in a Damaged Brain” – i natychmiast ściągnął na siebie złość krytyków. To historia obłąkanego mężczyzny (Baird Stafford), który poddany zostaje prototypowej metodzie leczenia. Wskutek nie do końca bezpiecznej terapii jego paranoja tylko się nasila i wreszcie „bohater” chwyta za nóż. Postanawia złożyć wizytę byłej żonie, która znalazła pocieszenie w ramionach innego faceta.

Nightmare-1981-2

     „Koszmar” owiany jest wyjątkowo złą sławą: w Wielkiej Brytanii zasilił nawet listę tak zwanych „video nasties”, a swemu dystrybutorowi przysporzył kłopotów natury prawnej. Odpowiedzialny za rozpowszechnianie filmu wydawca trafił do więzienia na kilka miesięcy, bo nie chciał ukrócić materiału o garstkę, nomen omen, koszmarnych scen. Tak narodziła się legenda horroru, który legendarny chyba wcale nie miał być, bo powstał za przysłowiowe grosze, a w kinach zadebiutował dość pośpiesznie – goniąc za sukcesem „Piątku, trzynastego” i innych dziełek typu slash-and-hack. Zarzucić można filmowi mizoginiczne traktowanie postaci kobiecych, celebrację dosadnej przemocy, fatalne aktorstwo. Ustępują z ust odtwórców – zwłaszcza epizodystów – śmiesznie dukane dialogi, które są poniżej wszelkiej krytyki („now he’s on the loose and killing people – and we can’t have that!”). Do tego kolejne akty oddzielane są za pomocą teatralnych plansz ze wskazówkami jak np. „Dzień pierwszy”, „Dzień ostatni”. Nad efektami specjalnymi „Koszmaru” pracował domniemanie wielce ceniony charakteryzator Tom Savini. Później wielokrotnie zaprzeczał swemu udziałowi w procesie twórczym, a gotowy projekt porównał nawet do… fekaliów. Jego zapewnieniom przeczą zdjęcia z planu, przedstawiające osobniczego wąsacza tuż obok realistycznie ludzkiej kukły.

Czytaj dalej Jaki film śni się po nocach Joelowi Coenowi i Tomowi Saviniemu? [„Koszmar”, 1981]

Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

     Infantylnie śmieszna i przeszywająco upiorna, superkrwawa i telewizyjnie zachowawcza. Taka właśnie jest antologia „Nightmare Cinema”, w której Mickey Rourke wciela się w postać podejrzanego Kinooperatora. Na jego sali pokazywane są filmy zadziwiająco osobiste i odzwierciedlone w rzeczywistości: przekonuje się o tym grupa nieszczęśników, na ekranie oglądających właściwie siebie samych. Brzmi to wszyscy bardzo surrealistycznie, choć całość jest mniej wydumana niż na przykład „The Theatre Bizarre” z 2011 roku.

NightmareCinema4

     „Nightmare Cinema” to efekt współpracy pięciu skrajnie różnych reżyserów, między innymi Ryūheia Kitamury i Joe Dantego. Historie średnio przystają do siebie nawzajem, a przeplatający kolejne segmenty wątek Kinooperatora jawi się jako pomysł nierozwinięty, umieszczony w filmie z konieczności (ktoś przecież musi wyświetlać bohaterom ich własne koszmary na dużym ekranie). W anglojęzycznych recenzjach filmu często przewija się zwrot „mixed bag” i myślę, że dużo mówi on tym, czy udało się twórcom skleić tych kilka opowiastek, nadając im zwarty kształt. Dwa segmenty są udane, reszta – nie do końca.

Czytaj dalej Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

Wewnętrzne demony seryjnego mordercy. [„Rock, Paper, Scissors” aka „Rock Paper Dead”, 2017]

     „Lalkarz” to pseudonim brutalnego mordercy o imieniu Peter Harris (w tej roli Luke Macfarlane). Mężczyzna ma za sobą traumatyczną przeszłość, która pchnęła go prosto w ramiona obłędu. Przez lata przetrzymywany był w szpitalu psychiatrycznym, gdzie poddawano go „leczeniu” prądem. Kiedy doktor prowadząca terapię Harrisa wydaje oświadczenie o powrocie do zdrowia, na lokalną społeczność pada blady strach. Powrót „Lalkarza” w rodzinne strony najbardziej oburza Decherta (Michael Madsen) – policyjnego starego wygę, który chce przeprowadzić osobistą wendetę i dowieść, że Harris wciąż jest niepoczytalny. Zabójca zamieszkuje w domu odziedziczonym po ekscentrycznym wuju i próbuje poskładać swoje życie do kupy. Zaczynają prześladować go demony przeszłości.

RockPaperScissors02

     Muszę przyznać, że recenzowany film miałem na celowniku od ponad roku. Gdy tylko zaczęły pojawiać się doniesienia o nowym horrorze Toma Hollanda – twórcy oryginalnej „Laleczki Chucky” i „Postrachu nocy” – wiedziałem, że będzie on wart obejrzenia, nawet jeśli poziomem nie dorówna innym pozycjom figurującym w CV reżysera. „Rock, Paper, Scissors” powstał bowiem w wyniku współpracy Hollanda z Victorem Millerem. To nieoficjalny „ojciec” Jasona Voorheesa i scenarzysta pierwszego „Piątku, trzynastego”. Gdyby Tobe Hooper nakręcił slasher na podstawie skryptu pióra Wesa Cravena, efekt byłby podobny: to po prostu obejrzałby każdy fan kina grozy. Czy „RPS” zasłuży sobie na przeliczne sequele i urośnie do rangi filmu kultowego? Napiszę bez owijania w bawełnę: na pewno nie. Jeśli widzowie nie zapomną o nim za dwa miesiące, to będzie rozpatrywany w kategoriach intrygującej porażki. To horror raczej nieudany i tandetny, oparty na mało wiarygodnych zwrotach akcji, za to owinięty grubą warstwą cenionej dziś nostalgii.

Czytaj dalej Wewnętrzne demony seryjnego mordercy. [„Rock, Paper, Scissors” aka „Rock Paper Dead”, 2017]

Posprzątam ci ten życiowy chlew. [„The Cleaning Lady”, 2018]

     Alice (w tej roli Alexis Kendra) związała się z żonatym mężczyzną i każdego dnia czuje, że jest tylko „tą drugą”. Zawiedziona tchórzostwem partnera – który ani myśli rozstać się z żoną – i obrzydzona swoim brudnym sekretem, postanawia skupić się na rozwoju kariery w branży beauty. Jest kosmetyczką, która swoje klientki przyjmuje we własnym mieszkaniu. Ponieważ miejsce każdej pracy powinno być utrzymane w nienagannej czystości, zatrudniona zostaje sprzątaczka. Shelly (Rachel Alig) ucierpiała w wyniku straszliwego wypadku i ma zdeformowaną twarz. Brakuje jej pewności siebie, każde wypowiadane słowo z trudem przechodzi jej przez gardło. Pomimo ewidentnych różnic, kobiety nawiązują bliższą znajomość: okazuje się, że obie potrzebują okazji do wygadania i ucieczki przed codziennymi kłopotami. Problem w tym, że dylematy Alice nijak nie przystają do udręk jej nowej koleżanki. Bo czym jest uzależnienie od miłości w porównaniu z nieugaszoną żądzą mordu?

CleaningLady3

     „The Cleaning Lady” opowiada o tym, jak skomplikowanym i jednokierunkowym związkiem potrafi być przyjaźń; jak boleśnie potrafią zaciskać się kleszcze, gdy jedna ze stron chce od tej drugiej więcej. Shelly myli uprzejmość Alice (zaproszenie na kolację, wieczór przed telewizorem) z wydumanym sentymentem, a relacji utrzymywanej na luźnej, kumpelskiej stopie pozwala urosnąć do rangi obsesji. Obsesji, o której zatrudniająca ją kosmetyczka nie ma pojęcia. Najbardziej porażającą sceną w całym filmie jest ta, w której sprzątaczka chowa się w mieszkaniu swojej pracodawczyni, a pod osłoną nocy siada u jej boku i obserwuje, jak ta w najlepsze śpi. Później pozbawia ją zresztą przytomności i… wykonuje odlew jej twarzy. Po co? By przykrywać nim swoją własną i choć przez chwilę poczuć, co znaczy kobiecie piękno.

Czytaj dalej Posprzątam ci ten życiowy chlew. [„The Cleaning Lady”, 2018]

Gorączka prerii. [„Wiatr”, 2018]

     Swoją pierwszą fabułę, „Wiatr”, reżyserka Emma Tammi osadziła w dziewiętnastowiecznej Ameryce. To era formowania dzisiejszego mocarstwa − nader znojna i katorżnicza. Na dziewiczych, wyalienowanych polach uprawy zamieszkują Macklinowie: dominujący Isaac (Ashley Zukerman) i jego obrotna żona Lizzy (Caitlin Gerard). Jednak małżonek bywa w wiejskiej chacie tylko gościem, a jego kobieta pozostawiona zostaje sama sobie. Bohaterka coraz częściej zaczyna słyszeć diabelskie odgłosy, a z czasem doświadcza też omamów wzrokowych. Co tylko, jeśli nie są to przywidzenia?

Wiatr-2

     Film łączy ze sobą podgatunki Weird Westu i folk horroru, przez co wielu widzom jednoznacznie skojarzy się z „Czarownicą” Roberta Eggersa. Odcięte od cywilizacji miejsce akcji sprawia, że mierzą się bohaterowie „Wiatru” z podobnymi problemami, co Thomasin i jej rodzina; w pewnym momencie wprowadza reżyserka nawet demonicznego, białego kozła. Produkcja Eggersa, choć silnie niepokojąca, była też podświadoma, zbudowana w oparciu o siłę sugestii. Tammi również sugeruje, że w otoczeniu Lizzy dzieje się coś straszliwego − bo pokazuje to raczej rzadko − ale „Wiatr” wydaje się filmem mniej kompletnym, przeciągniętym i zwyczajnie niewciągającym. Jego slow-burnowa forma zakrawa na odrobinę zbyt spowolnioną; całość bliższa jest horrorowi Treya Shultsa „To przychodzi po zmroku”, który tonął w nadmiernej apatii.

Czytaj dalej Gorączka prerii. [„Wiatr”, 2018]