Archiwa tagu: cult favorite

Ade due Damballa! [„Laleczka Chucky”, 1988]

     Branża filmowa coraz umiejętniej wykorzystuje zjawisko nostalgii: do kin wchodzi właśnie reboot kultowej „Laleczki Chucky” (wyprodukowany zresztą przez twórców „It”) i wiele wskazuje na to, że okaże się on kolejnym horrorowym hitem. Sam fakt odmuchania Chucky’ego z kurzu i przywrócenia go na piedestał nie dziwi – już bardziej zastanawia, dlaczego tak późno pozwolono mu zmartwychwstać. Obok Freddy’ego Kruegera czy Jasona Voorheesa był to przecież jeden z najbardziej ikonicznych siepaczy drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Widzów dookoła świata zachwycił bardzo prosty koncept: Charles Lee Ray to zamordowany psychopata, którego dusza uwięziona zostaje w ciele mówiącej zabawki. „Laleczka…” potrafiła i bawić, i straszyć, przez co zawojowała rynek kina domowego, stając się jednym z najchętniej wypożyczanych VHS-ów. Po latach nadal imponuje, nawet jeśli jej urok lekko przybladł.

Chucky2

     Kilkuletni Andy Barclay (Alex Vincent) marzy o gadającej lalce, której reklamy ściągają sen z powiek wszystkim amerykańskim dzieciom. Jego matka, Karen (nagrodzona Saturnem Catherine Hicks), ledwo wiąże koniec z końcem, ale nie potrafi odmówić synkowi przyjemności. Kupuje zabawkę w ciemnej alejce, praktycznie za bezcen – laleczka znajduje się w nienaruszonym stanie. Zachwycony prezentem Andy zdobywa nowego przyjaciela, który każe mówić do siebie Chucky. No właśnie: chłopiec przekonany jest o śmiertelności plastikowego kumpla, obwinia go zresztą za niefortunny „wypadek”, w którym ginie jego opiekunka. Zaniepokojona zachowaniem dziecka Karen nawet nie podejrzewa, że sprowadziła do swego domu Dusiciela z Lakeshore.

Czytaj dalej Ade due Damballa! [„Laleczka Chucky”, 1988]

Reklamy

Rozmowa o śmierci. [„Smętarz dla zwierzaków”, 1989]

     W latach osiemdziesiątych hollywoodzcy filmowcy podjęli próbę zekranizowania wszystkich najważniejszych pozycji w dorobku Stephena Kinga. Trend ten utrzymywał się jeszcze przez kolejną dekadę, choć nad adaptacjami ciążyła swego rodzaju klątwa: większość była bowiem pomiatana przez dziennikarzy, a i widzowie kręcili nosem na „Dzieci kukurydzy” czy „Kosiarza umysłów”. Źle oceniono też „Smętarz dla zwierzaków” w reżyserii Mary Lambert. W „The Washington Post” czyniono wręcz sugestie, że projekt jest dyletancki, z miejsca stracony − przy użyciu tyleż kąśliwej, co absurdalnej parafrazy „dog on arrival”… Horror nie cieszył się przed trzydziestoma laty taką reputacją, jak dziś; wybitne „Lśnienie” też nie uchroniło się przed złośliwymi docinkami i zyskało nominację do Złotej Maliny. „Smętarz…” ma nad wieloma kingowskimi ekranizacjami tę przewagę, że wiernie adaptuje literacki pierwowzór. Nawet zdjęcia do filmu postanowiono realizować w górzysto-leśnym stanie Maine.

PetSem3

     Creedowie − rodzice oraz dwójka dzieci − przybywają na prowincję i próbują dostosować się do nowych warunków. Sielankowo wcale nie jest. Młody lekarz Louis dostaje pracę na kampusie uniwersyteckim i już pierwszego dnia musi operować ofiarę nieszczęśliwego postrzału. Jego żona Rachel zmaga się z dawnymi traumami, a parę malców fascynuje lokalna legenda o cmentarzysku dla pupili. Okazuje się, że tytułowy „smętarz” postawiono niedaleko domu bohaterów. Znikąd wyłania się Jud Crandall − mieszkający w pobliżu starzec, który zdobywa serca sąsiadów przy pomocy wrodzonej charyzmy. Mężczyzna ostrzega Creedów przed cmentarzykiem: jak mantrę powtarza, że martwi powinni zostać martwi. Nie jest to bowiem zwykłe miejsce pochówku: zakopane głęboko pod ziemią ciała wracają do życia, na skutek indiańskiego czaru. Wkrótce dochodzi do tragedii, w której ginie trzyletni Gage…

Czytaj dalej Rozmowa o śmierci. [„Smętarz dla zwierzaków”, 1989]

When a man kills a woman. [„Nowojorski rozpruwacz”, 1982]

     Kiedy w 1982 roku Lucio Fulci powrócił ze swoim nowym filmem, natychmiast został on owiany złą sławą. „Nowojorski rozpruwacz” debiutował na ekranach w atmosferze skandalu, zresztą uzasadnionego. To kolejny horror, w którym maestro złego smaku używa sobie na bezbronnych kobietach. W filmie pod nóż tytułowego oprawcy trafiają wyłącznie atrakcyjne blondynki. Żadna z nich nie ginie szybko i bezboleśnie, bo nie w tym tkwi, według Fulciego, zabawa.

NYRipper-1

     „Nowojorski rozpruwacz” to horror o wyjątkowo slasherowej estetyce, stworzony jakby na eksport, z myślą o amerykańskiej widowni. Nie brak tu jednak charakterystycznego dla reżysera upodobania do sadyzmu – którego w takim „Halloween” na przykład nie uświadczymy. To, oczywiście, dwie różne produkcje, a i Fulciego nijak nie da się porównać z Johnem Carpenterem – skarbem narodowym USA. W Nowym Jorku grasuje wyjątkowo bezlitosny zabójca, który rozpruwa swoje ofiary przy użyciu noża kuchennego. Jego zbrodnie ściągają sen z powiek zmęczonemu życiem detektywowi Williamsowi: tak porywistej rzezi miasto nie doświadczyło od dawna. By powstrzymać impulsywnego psychopatę, porucznik nawiązuje współpracę z doskonale wykwalifikowanym psychoanalitykiem.

Czytaj dalej When a man kills a woman. [„Nowojorski rozpruwacz”, 1982]

„I know a good story…” [„Ulice strachu 2: Ostatnia odsłona”, 2000]

     Orson Welles Center to wydział filmowy Uniwersytetu Alpine. Swoje pierwsze artystyczne szlify zdobywało tu wielu zasłużonych dla kina reżyserów – uczelnia plasuje się bowiem wysoko w rankingach akademickich. Do grona uznanych filmowców chce dołączyć Amy Mayfield (Jennifer Morrison) – młoda studentka, podekscytowana na myśl o przyszłości. Dziewczyna pracuje nad horrorem, który będzie stanowił jej pracę dyplomową. Między uczniakami wytwarza się atmosfera wyścigu: najlepszy z projektów przyniesie swojemu twórcy kontrakt na trzy hollywoodzkie filmy. Nieoczekiwanie scenariusz Amy – ogniskujący się wokół miejskich legend – motywuje do działania tajemniczego mordercę. Studenci filmówki zaczynają ginąć, jeden po drugim, w osobliwych okolicznościach.

kinopoisk.ru

     Dwa lata po sukcesie „Ulic strachu” producenci Gina Matthews i Neal H. Moritz postanowili wrócić na podium box-office’u za sprawą sequela. Reżyserię powierzyli Johnowi Ottmanowi, który wsławił się jako montażysta i kompozytor (za pracę przy Podejrzanych przyznano mu nagrodę BAFTA), ale nie dyrygował jeszcze planem dużego filmu. Podobnie jak w przypadku Jamiego Blanksa, jego pierwsze kroki okazały się nader fortunne. Według wszelkiego prawdopodobieństwa „Ulice strachu 2” powinny minąć się z sukcesem – oto niedoświadczony reżyser wziął się za kontynuację slashera, na której każdy krytyk i tak z miejsca postawił krzyżyk. Nawet po latach pozostaje jednak sequel przyjemny w odbiorze i zwyczajnie udany. Jest przykładem horroru postmodernistycznego, w którym istotny ma być element celebracji: dziedzictwo kina grozy to przecież sacrum, warte opiewania na każdym kroku. Zdziwicie się, jak wiele cytatów wyłapiecie z „Ulic strachu 2” przy każdym kolejnym seansie.

Czytaj dalej „I know a good story…” [„Ulice strachu 2: Ostatnia odsłona”, 2000]

Ciała studenckie. [„Ulice strachu”, 1998]

     Nowa Anglia na północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych. Kampusem Uniwersytetu Pendleton wstrząsa seria brutalnych morderstw, które popełniane są w zgodzie z popularnymi legendami miejskimi. Jako pierwsza ginie Michelle Mancini (Natasha Gregson Wagner): bezwzględny zabójca kryje się w samochodzie dziewczyny i uśmierca ją podczas jazdy, ucinając łeb siekierą. To jedynie początek krwawej łaźni, która zdaje się koncentrować wokół niepozornej studentki Natalie (Alicia Witt) i jej najbliższych przyjaciół. Władze uczelni rozkładają ręce: psychopata chowający swe oblicze pod zwalistym, zimowym kapturem pozostaje nieuchwytny. Zbrodnie mogą być powiązane z zapomnianą masakrą, która rozegrała się w Pendleton dwadzieścia pięć lat wcześniej.

UrbanLegend1998-2

     Jamie Blanks od zawsze uchodził za fana horroru. Niektórzy uznawali go za niepoprawnego ekscentryka. Jako młodzieniec ten urodzony w Australii reżyser tworzył swoje własne „home movies”: nie były jednak zapisem życia rodzinnego, a mikrobudżetowymi shockerami, o tytułach jak „Maniac” czy „Chopping Spree”. Blanks korzystał z kliszy Super 8 i szlifował swój warsztat, by w przyszłości dowieść, że dobrze zna się na fachu. Okazja nadarzyła się prędzej niż później. W połowie lat dziewięćdziesiątych 20-parolatek był już znany w Hollywood, za sprawą krótkometrażówki „Silent Number”. Neal H. Moritz miał zlecić mu reżyserię „Koszmaru minionego lata”, ale zdecydował się na Jima Gillespiego. Blanks zdążył jednak nakręcić testowy trailer tego filmu, który choć nie przyniósł mu angażu w roku 1997, zwrócił uwagę grupy młodych producentów. Był ponoć tak efektowny, że tylko na jego podstawie zaoferowano Australijczykowi pracę przy „Ulicach strachu”.

Czytaj dalej Ciała studenckie. [„Ulice strachu”, 1998]

„No one leaves Paris”. [„Samochody, które zjadły Paryż”, 1974]

     „Samochody, które zjadły Paryż” − celuloidowy asamblaż, który niejako rozpoczął karierę Petera Weira w przemyśle filmowym. Dla jednych do dziś pozostaje osiągnięciem awangardy, innych zaś bezlitośnie nuży. Znajduję się w tej drugiej grupie. Film o takim tytule nie powinien tulić do snu, bo ma w sobie zawadiackość i surrealnie poetycki wydźwięk. W „Samochodach…” odrzuca Weir tendencje, jakie dotychczas panowały w kinie australijskim, ale sam fakt, że jest to projekt niemożliwy do sklasyfikowania, nie świadczy jeszcze o niczym. Zamiast niezatartym klasykiem − jak „Rocky Horror Picture Show” czy rówieśnicza „Teksańska masakra piłą mechaniczną” − pozostaje projekt Weira irracjonalną ciekawostką.

CarsParis2

      Akcja rozkręca się tu bardzo powoli, choć zaczyna się od huku: Arthur Waldo (Terry Camilleri) ulega kraksie i trafia do szpitala w małej mieścinie na australijskiej prowincji. Paryż niewiele ma wspólnego z francuską elegancją; mieszkają w nim ludzie brudni, biedni i podejrzani. Parają się też czymś zupełnie nietypowym: wywołują kolizje drogowe, a następnie przywłaszczają sobie należności ofiar. Arthur poznaje sekrety Paryża, a także dowiaduje się, dlaczego tak ważne są dla lokalsów uszkodzone samochody.

Czytaj dalej „No one leaves Paris”. [„Samochody, które zjadły Paryż”, 1974]