Archiwa tagu: cult favorite

Ladies of sorrow. [„Suspiria”, 1977]

     W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych Dario Argento tworzył zabarwione estetyką giallo kryminały. To wówczas powstał nabuzowany erotyką majstersztyk, „Ptak o kryształowym upierzeniu”, oraz jego zupełnie nieprzekonujący follow-up, „Kot o dziewięciu ogonach”. Filmy złożyły się na tak zwaną trylogię zwierzęcą i osadzone były w świecie jak najbardziej rzeczywistym. Zrywa z tym stylem Argento za sprawą „Suspirii” − wyśnionej w gorączkowych koszmarach fantasmagorii, w której Fryburg terroryzowany jest przez złowrogie wiedźmy. W symbolicznym geście jedna z postaci tłucze figurkę pawia. Od tego momentu szalony Włoch regularnie zabierał swych widzów w podróż po światach irracjonalnych i niezbadanych (w „Fenomenach” czy „Inferno”).

Suspiria6

     Atmosfera nieodpartej grozy udziela się filmowi od napisów początkowych, gdy głos z offu przedstawia nam główną bohaterkę. Nowojorka Suzy Bannion (Jessica Harper) przybywa do Monachium, by rozpocząć naukę w ekskluzywnej szkole baletu. Szybko orientuje się, że jest to miejsce chłodne i opresyjne, skrywające swoje sekrety. W zasadzie, kiedy tylko opuszcza lotnisko, natychmiast wkracza w świat iluzji − gdzie fantazja miesza się z koszmarem. Na postoju taksówek wita Amerykankę apokaliptyczna ulewa, a u progu akademii potrąca ją podenerwowana tancerka, plotąca coś o irysach. To właśnie ta panna zostaje brutalnie zamordowana kilka minut później, w budynku zamieszkałym przez swoją koleżankę. W pięknym, udekorowanym abstrakcyjnymi witrażami apartamentowcu rozegra się prawdziwa aria przemocy. Nieznany sprawca potnie swoją ofiarę przy użyciu brzytwy, a ostatecznie zaciśnie pętlę wokół jej karku i rozbije nią dachową okiennicę. Ekstremalnym zbliżeniom na dźgane, wciąż bijące serce nieszczęśnicy towarzyszy jej bolesny śpiew.

Czytaj dalej Ladies of sorrow. [„Suspiria”, 1977]

Reklamy

„I died for you. Why shouldn’t you return the favor?” [„Dead of Night” aka „Deathdream”, 1974]

     W bujanym fotelu siedzi dwudziestojednolatek. Jest apatyczny, zahipnotyzowany pustą przestrzenią, pozbawiony życia − zresztą w dosłownym tych słów znaczeniu. Andy (Richard Backus) właśnie wrócił z frontu i wydaje się doszczętnie wypalony. Jego rodziców poinformowano, że syn został rozstrzelany przez Wietnamczyków, jednak nazajutrz dochodzi do cudu, a chłopak staje w drzwiach, jak nowo narodzony. Choć witany jest jak bohater, Andy’ego nie przepełnia patriotyczna duma − młody żołnierz nie czuje w zasadzie nic, sprawia wrażenie skostniałego i oziębłego. Posługuje się tylko językiem milczenia. Odgłos starego krzesła, które kołysze się na skrzypiących biegunach, doprowadza do szału głowę rodziny; ognisko domowe powoli gaśnie, a tłamsi je emocjonalna martwica Andy’ego.

Deathdream2

     W „Dead of Night” − pierwszym cenionym filmie Boba Clarka − ukazany zostaje stadialny rozpad amerykańskiej rodziny. Brooksowie popadają w obłęd i uzależnienia (od alkoholu czy ślepej wiary), bo Andy powraca z Wietnamu nie jako wyidealizowany chojrak o wiecznie podniesionej głowie, a jako żywy trup, który budzi przerażenie samą aparycją. Chłopak zmaga się nie tylko ze zgasłym pulsem, ale przede wszystkim z pourazowym stresem, który pcha go prosto ku zatracie. Postradawszy poczucie tożsamości, Andy miota się nocą po mieście, wypatruje pożywki dla destrukcyjnych instynktów. Jak wielu wojskowych po bitewnej traumie, ukojenia szuka u boku strzykawki; jego nałogiem nie jest jednak heroina, a ludzka krew (à la „The Addiction” Abla Ferrary). Clark nigdy nie wyjaśnia, co uczyniło z żołnierza zombie − w końcu zakończenie wojny wietnamskiej przyniosło Amerykanom więcej pytań niż odpowiedzi. W słowa nie zostają ubrane wewnętrzne konflikty Brooksów − w tym Andy’ego, jako sfatygowanego weterana − ani społeczne niepokoje, które ogarnęły Stany na początku lat 70. „Dead of Night” to film antywojenny, ale niezwykle subtelny, chwilami nawet wyrafinowany.

Czytaj dalej „I died for you. Why shouldn’t you return the favor?” [„Dead of Night” aka „Deathdream”, 1974]

Rzeź w wielkim mieście. [„Piątek, trzynastego VIII: Jason zdobywa Manhattan”, 1989]

     Wydawało się, że Jason Voorhees to mit. Przeciwnicy porachowali mu kości, złoili skórę, na koniec dobili go telekinezą. Jason miał spoczywać w wodnym grobie, na dnie Crystal Lake, przez co jego widmo pojawiałoby się co najwyżej w miejskich legendach. Wyładowania atmosferyczne pozwoliły mu jednak stanąć na równe – choć nadbutwiałe – nogi. W efekcie szoku elektrycznego Jason ożywa. Jego nieumarłe, dziurawe ciało ukrywa się na statku Lazarus, którym do Nowego Jorku udają się absolwenci okolicznego liceum. Parowiec dotrze do celu podróży bez problemu. Nie wszyscy pasażerowie dożyją jednak tego momentu.

Friday13thJasonManhattan-3

     „Piątek, trzynastego VIII: Jason zdobywa Manhattan” – jeden z ostatnich slasherów, jakie zrealizował Paramount za czasów złotej ery horroru klasy „B” – to film spowity nicią legendy. Nie dlatego, że jest nad zwyczaj dobry – raczej z tego powodu, że stanowi synonim absurdu, dowodzi, jak daleko ponosi producentów fantazja na etapie dojenia „złotej krowy”. Złotodajną krową jest, oczywiście, Jason – można go też nazwać, mniej obelżywie, maszynką do zarabiania pieniędzy. Gdy film, w którym łomot spuszcza Voorheesowi nawiedzona, quasi-kingowska panna, nie podpalił notowań box-office’u, postanowiono zaostrzyć walkę o widza. W końcu kto nie chciałby zobaczyć mordercy w słynnej hokejowej masce na ulicach okalających Times Square?

Czytaj dalej Rzeź w wielkim mieście. [„Piątek, trzynastego VIII: Jason zdobywa Manhattan”, 1989]

„Some have even tried to stop him. No one can”. [„Piątek, trzynastego VII: Nowa krew”, 1988]

     Nie wszyscy znają tę historię, nad czym szczerze ubolewam. Siódma odsłona „Piątku, trzynastego” miała okazać się prawdziwą rewolucją, a współproducentka Barbara Sachs po cichu liczyła nawet, że dzięki ambitnym zapędom zgarnie Oscara. W okresie preprodukcji na reżysera typowano… Federico Felliniego. Wait, what? − zapytacie. To nie żart: zanim uczyniono z „Piątku, trzynastego VII” kolejną opowieść o krwawym melanżu, wieleż to konceptów próbowano dopasować do profilu Jasona Voorheesa i miejsca, w którym rozwija on swoją morderczą pasję. Planowano, że tereny okalające Crystal Lake, nie bacząc na sprzeciwy, zajmie spółka deweloperska, a wątek zamaskowanego mordercy zgrabnie zacieśni się z jakże literackim motywem zbrodni i kary. Finalnie postawiono jednak na cycki i czerwoną farbę. To prosty i bezpieczny przepis na film − bo w niektórych przypadkach lepiej zanadto nie kombinować. Grindhouse nie zawarł paktu z art-housem, a Felliniego postanowiono nie kłopotać wstydliwym telefonem. Wykreowany przez Johna Carla Buechlera świat nie podlega może prawom poetyckiej wyobraźni, ale miejscem akcji jest co najmniej ciekawym. Przyciężkie telewizory latają tu dzięki sile umysłu, a kable elektryczne żyją wężym życiem.

FridayThe13thPartVII-5

     „Piątek, trzynastego VII: Nowa krew”, pomimo namacalnej tandety, nie uwłacza upodobaniom horror-buffów. Przynajmniej tych prawdziwych, których nie zażenuje byle film klasy „B”. Struktura fabularna (Jason mierzy się z quasi-kingowską bohaterką) sprawia, że nikogo sequel Buechlera nie znudzi. Nasza Carrie White ma na imię Tina Shepard i włada telekinezą sprawniej niż Voorhees macha maczetą. Nadnaturalne zdolności dziewczyny sprawiają, że Jason okładany jest latającymi przedmiotami użytku domowego oraz podduszany przez ożywione gałęzie leśne (skojarzenia z „Evil Dead” schowajcie jednak do kieszeni − żaden z Buechlera Raimi). Równie kampowy okazuje się finał: grana przez Lar Park Lincoln nastolatka w ciężkim szoku obserwuje, jak jej ojciec-topielec powraca z zaświatów i pokazuje Jasonowi, gdzie jego miejsce. Film ogląda się jednym tchem, bez żadnego bólu, a i z technicznego punktu widzenia nie można mu wiele zarzucić. Podwodne ujęcia na nagą Heidi Kozak nie tylko szargają nasze nerwy, ale też przypominają o geniuszu spielbergowskich „Szczęk” − i same składają się na scenę co najmniej przemyślaną.

Czytaj dalej „Some have even tried to stop him. No one can”. [„Piątek, trzynastego VII: Nowa krew”, 1988]

Krwawo i autoreferencyjnie. [„Piątek, trzynastego VI: Jason żyje”, 1986]

     Crystal Lake przechrzczono na Forest Green, by na zawsze zapomnieć o Jasonie Voorheesie – zabójcy w hokejowej masce, który przez lata siał w okolicy spustoszenie. Spotkanie z psychopatą wciąż wspomina jednak Tommy Jarvis (Thom Mathews), niepotrafiący uporać się z krwawą przeszłością. Chłopak odwiedza miejsce pochówku Jasona i próbuje unicestwić jego szczątki – raz na zawsze. Gdy przebija zwłoki stalowym prętem, zrywa się burza, a uderzenie pioruna przywraca mordercę do życia. Miejska legenda o nieśmiertelnym siepaczu na nowo staje się prawdziwa.

Friday the 13th 6 car scene

     W „Piątku, trzynastego VI” Jason Voorhees po raz pierwszy zyskuje nadludzką siłę: niebywale atletyczny był w każdym poprzednim prequelu, ale dopiero reżyserowany przez Toma McLoughlina film czyni z niego nieumarłą kreaturę, której nie powstrzyma nikt i nic. Ze swojego plugawego grobu powstaje Jason niczym potwór Frankensteina, a scena wyraźnie nawiązuje do horrorów ze stajni Universal Monsters: nad starym cmentarzyskiem kłębią się opary upiornego, choć niezbyt wiarygodnego dymu, udającego mgłę, „życiodajna” błyskawica jest zaś old-schoolowo rysunkowa. Straszliwe, w duchu gotyckie opary unoszą się też nad samym jeziorem Crystal, które w toku kolejnych zdarzeń zostanie milczącym świadkiem brutalnych zbrodni. „Piątek, trzynastego VI: Jason żyje” z jednej strony posiada cechy klasycyzujące, stawiające film w jednym rzędzie z „Ostatnim rozdziałem” czy „Nowym początkiem”, z innej natomiast perspektywy łamie pewne utarte konwencje, okazuje się horrorem ciekawym, bo burzycielskim. To film-dyskurs, pełen autoreferencyjnych aluzji, ostrym krytykom przypominający, że nade wszystkim ma być slasher dobrą zabawą.

Czytaj dalej Krwawo i autoreferencyjnie. [„Piątek, trzynastego VI: Jason żyje”, 1986]

Obcy gracji pełny. [„Obcy – 8. pasażer Nostromo”, 1979]

     Czas był dla „8. pasażera Nostromo” wyjątkowo łaskawy. Powstały w 1979 roku film uchodzi za klasykę horroru science-fiction, a z Ridleya Scotta i Sigourney Weaver uczynił monarchów Hollywood. Na przestrzeni dekad obraz nie zestarzał się ani trochę: zaprojektowane na jego potrzeby praktyczne efekty specjalne wciąż przyprawiają o zawrót głowy, są równie intensywne i ofensywne jak lata temu. Film hipnotyzuje strachem; na rozłogu kina grozy pozostaje żelaznym monumentem.

Alien2

     Strach ten widoczny jest zwłaszcza w oceanicznych oczach Veroniki Cartwright, filmowej Lambert. To Cartwright nastraja w widzach odpowiednie uczucia, to jej niebieskie ślepia odbijają w sobie grozę. Nawigatorka Lambert okazuje się postacią histeryczną – nie mniej niż Sally Hardesty, ulubiona „zabawka” Leatherface’a. Gdy w jednej ze scen na Cartwright bucha strumień sztucznej krwi, aktorkę zalewa nie tylko lepka maź, ale też fala paniki. „Obcy – 8. pasażer Nostromo” to film o kobiecej intuicji: Lambert i Ripley (Weaver) przeczuwają, że wezwanie z opuszczonej planetoidy może przynieść załodze Nostromo kłopoty. Decyzja zejścia na skalistą przystań należy do męskiej części ekipy.

Czytaj dalej Obcy gracji pełny. [„Obcy – 8. pasażer Nostromo”, 1979]