Archiwa tagu: cult favorite

Lesbijki piją krew i zjadają mizoginów. [„Vampyres”, 1974]

     Była już mowa o gejowskich fetyszach i biseksualnych namiętnościach, teraz przyszła pora odsłonić literę „L” akronimu LGBTQ. „Vampyres” José Ramóna Larraza to film, który nie mógłby zostać pominięty w pride’owym przeglądzie horrorów, choć warto zaznaczyć, że do najdumniejszych momentów queerowego kina grozy raczej mu daleko. Jest na pewno czołowym przedstawicielem nurtu sexploitation, który skupiał się na ukazaniu wampiryzmu przez pryzmat lesbijskich żądz – wbrew pozorom ten niszowy, zdawałoby się, kierunek zdominował scenę horroru w latach siedemdziesiątych.

Vampyres1974-03

     To pionierstwo nie musi jednak oznaczać, że „Vampyres” to film szczególnie udany. Przeciwnie: Larraz postanowił zbudować go na gołych ciałach, merytorycznie nie jest on zbyt rzetelny, ani umiejętnie zharmonizowany. Muszę przyznać, że mam problem z „Vampyres” na kilku różnych poziomach. Bo z jednej strony okraszony jest film przyjemnym dla oczu i uszy retro vibe’m, a z drugiej sprawia wrażenie nadto archaicznego. Bo swoim wampirzycom dał reżyser pełną kontrolę nad mężczyznami, ale jednocześnie przedstawił je jako dewiantki. Praca kamery upodabnia film do koronnych pozycji europejskiego art-house’u, ale wyrafinowane kadry są raczej osłodą, wyrwaną z nierównej, chwilami gorzkiej całości.

Czytaj dalej Lesbijki piją krew i zjadają mizoginów. [„Vampyres”, 1974]

Czarna wdowa i Chrystus w seksownym speedo. [„Czwarty człowiek”, 1983]

     Filmy Paula Verhoevena z końca lat siedemdziesiątych, „Ślepy traf” i „Namiętność Kate”, spotkały się z mocno mieszanym odbiorem holenderskich krytyków. Zarzucano im płytkość, co reżyser wziął mocno do siebie: na tyle, że postanowił nakręcić projekt dużo bardziej przenikliwy, dający możliwość rozwiniętej interpretacji. W efekcie powstał hiperrzeczywisty dreszczowiec „Czwarty człowiek”, w którym realizm zastąpiony zostaje znakami umownymi i metafizyczną złudą, a świat przedstawiony podporządkowany jest doznaniom zmysłowym – nie obowiązują w nim zasadniczo prawa logiki.

DeVierdeMan2

     W „Czwartym człowieku” biseksualny pisarz Gerard Revé (Jeroen Krabbé) przybywa do nadmorskiego miasteczka, by dać wykład w klubie literackim. Mężczyzna szybko zwraca uwagę miejscowej kusicielki o androgynicznym typie urody. Christine (Renée Soutendijk) od razu przechodzi do ataku: chce przespać się z prozaikiem i nie spocznie, póki nie dopnie swego. Erotyczna przygoda przynosi zaskakujące następstwa. Gerard odkrywa, że kochankiem Christine jest seksowny robotnik, wcześniej widziany na dworcu amsterdamskim. „Muszę go mieć, choćby miało mnie to zabić”, rzuca, spoglądając na zdjęcie, i zaklina tym samym rzeczywistość. Christine potraktuje słowa pisarza całkiem na poważnie.

Czytaj dalej Czarna wdowa i Chrystus w seksownym speedo. [„Czwarty człowiek”, 1983]

„Let’s buzz!” [„Slumber Party Massacre II”, 1987]

     Prawie każdy znaczący slasher z lat osiemdziesiątych, który zarobił trochę grosza, doczekał się sequela. Nie inaczej było z „The Slumber Party Massacre” – pierwszym horrorem typu „slice-and-dice” napisanym i wyreżyserowanym przez kobiety. Film, w niektórych kręgach uznany za feministyczną zgrywę z kina stalk n’ slash, odniósł spory sukces, gdy wydano go na rynku video, co poskutkowało nadejściem dwóch kontynuacji (i kilku spin-offów). Pierwsza ukazała się na jesieni 1987 roku i tak naprawdę bardzo różniła się od swego poprzednika.

SlumberPartyMassacreII-4

     „Slumber Party Massacre II” jeszcze bardziej niż „jedynka” skręca w stronę komedii. W pierwszej odsłonie serii Amy Holden Jones żonglowała humorem sytuacyjnym oraz czystej krwi grozą – tej drugiej było tu jednak więcej, przez co parodia gatunku roznosiła się w filmie cichym echem. „Dwójce” natomiast nikt nie wyrzuci, że potrafi nastraszyć. Bohaterki mizdrzą się tu przed kamerą, patrząc w sam środek obiektywu, jakby tańcząc seksownie, chciały złamać czwartą ścianę (łamią tylko nasze żebra, bo nonsens sceny sprawia, że umieramy ze śmiechu). Nastoletnie pryszcze przybierają totalnie nierzeczywistych rozmiarów i wybuchają w twarz nieszczęsnemu rozmówcy. Z głośników radia samochodowego puszczane są pomylone piosenki o tokijskich kabrioletach, a dzieciaki znają do nich wszystkie słowa – jakby nie mogły po prostu słuchać Madonny czy Bon Joviego. Muzyki w ogóle jest w filmie dużo: „Slumber Party Massace II” to horror pełen musicalowych swawoli i tandetnych, śpiewanych przerywników.

Czytaj dalej „Let’s buzz!” [„Slumber Party Massacre II”, 1987]

Wiertarka w stanie erekcji. [„The Slumber Party Massacre”, 1982]

     Maniak z narzędziem budowlanym składa nieoczekiwaną wizytę bandzie rozwydrzonych nastolatków, chlejących tani alkohol, ćpających co się da i zabawiających się ze sobą po kątach. Co może z tego spotkania wyniknąć? O dziwo, dużo dobrego. Choć opis fabuły zapowiada kino sztampowe i odtwórcze, „The Slumber Party Massacre” wybija się na tle innych slasherów powstałych u progu lat osiemdziesiątych. Był pierwszym horrorem typu „slice-and-dice” napisanym i wyreżyserowanym przez kobiety, co, zważywszy na rok jego realizacji, do dziś zaskakuje. W roku 1982, kiedy slasherom zarzucano seksizm i mizoginię (nierzadko słusznie), dwie artystki postanowiły same chwycić za nóż i wykarczować sobie drogę do sukcesu.

TheSlumberPartyMassacre1982-2

     Amy Holden Jones, zanim zadebiutowała reżyserując „The Slumber Party Massacre”, nabrała doświadczenia w sztuce montażu filmowego. Oferty współpracy składali jej m.in. Martin Scorsese i Joe Dante. Z kolei scenarzystka, Rita Mae Brown, zasłynęła w świecie literatury jako twórczyni poezji lesbijskiej i promotorka ruchu feministycznego. „Slumber Party…” nie jest filmem zaangażowanym politycznie. Przeciwnie: zamiast wikłać widza w swoją ideologię, Jones i Brown postawiły na dobrze znaną, slasherową narrację. Ich projekt to na równi hymn opiewający kobiecą siłę oraz kolejny teen horror, w którym nieodpowiedzialne dzieciaki mierzą się z niezrównoważonym mordercą. Wszystko jest możliwe: quasi-matriarchalne zrywy w podgatunku slashera też.

Czytaj dalej Wiertarka w stanie erekcji. [„The Slumber Party Massacre”, 1982]

(Re)birth is always painful. [„Reanimator”, 1985]

     Nie od dziś wiadomo, że lata osiemdziesiąte były złotą erą krwawego horroru. Splattery i pozycje zabarwione gore’m tworzyli twórcy młodzi – bo zwyczajnie im się to opłacało – jak i weterani. Brian De Palma szlachtował kobiety w kultowym już dziś „Świadku mimo woli” oraz „W przebraniu mordercy”, a J. Lee Thompson, reżyser „Dział Navarony”, nakręcił jeden z najbardziej stylowych slasherów wszech czasów („Happy Birthday to Me”). W 1985 roku amerykańskie kina zalane zostały przez ekranową grozę, a najgorętsze dyskusje wywołał „Reanimator” Stuarta Gordona. Przykryty grubą warstwą czerwonej farby shocker został zaskakująco pozytywnie oceniony przez krytykę: nawet „obrońcy moralności”, którzy nie tak dawno temu gardzili „Piątkami, trzynastego” czy „Silent Night, Deadly Night”, musieli przyznać, że film jest po prostu dobry. Jeden z najwulgarniejszych i najobficiej przelewających krew horrorów stał się emblematycznym tytułem lat 80. – dziś to klasyk amerykańskiej grozy.

ReAnimator5

     Film stanowi ekranizację opowiadania „Reanimator Herbert West”, za którym stoi H. P. Lovecraft – wątki książkowe traktuje jednak w sposób luźny i niezobowiązujący. Historia, napisana przez wieszcza w latach 1921–1922, parodiowała „Frankensteina” Mary Shelley i w wersji Gordona również dominuje akcent humorystyczny. W filmie podjęty zostaje temat granicy między życiem a śmiercią, choć większość widzów uzna całość za szyderę z body horrorów i mad scientist movies, powstałą na modłę Warholowskiego „Ciała dla Frankensteina”. Bogiem-stwórcą jest w „Reanimatorze” West (Jeffrey Combs), student medycyny, który przybywa do Nowej Anglii ze Szwajcarii, zresztą w atmosferze skandalu. Zaczyna naukę na Uniwersytecie Miskatonic. Choć bystry i ambitny, nie szanuje środowiska akademickiego, głęboko wierzy w swoją wyższość i nieomylność. W towarzystwie współlokatora zaczyna prowadzić eksperymenty na zwłokach. Początkowo udane doświadczenia szybko wymykają się spod kontroli, a przywrócone do życia trupy nabierają cech typowych dla zombie.

Czytaj dalej (Re)birth is always painful. [„Reanimator”, 1985]

Perwersyjny świat Briana De Palmy. [„Świadek mimo woli”, 1984]

     Kiedy w 1980 roku na dużych ekranach zadebiutował slasher „W przebraniu mordercy”, widownia zawrzała. Brian De Palma, świeżo po sukcesie „Carrie”, wyreżyserował nabuzowany erotyką shocker, w którym kobiety poddane zostają szowinistycznej przemocy. Na ulicę wyszły stowarzyszenia feministek, a pod kinami odbywały się protesty, co tylko zapewniło filmowi dodatkową reklamę. De Palma nie był zadowolony z łatki mizogina, jaką mu przypięto, ale zamiast chować głowę w piasek, na falę krytyki odpowiedział najkąśliwiej, jak tylko potrafił. Nakręcił kolejny dreszczowiec, a seks i poziom brutalności podkręcił w nim do maksimum. „Świadek mimo woli” szybko okrył się jeszcze większą niesławą, a w Wielkiej Brytanii jego wersji uncut nie wydano aż do 2000 roku. W materiałach prasowych, poprzedzających premierę, De Palma opiewał „Świadka mimo woli” jako „erotyczną jazdę bez trzymanki”, co chwilę mieszającą tropy fabularne i wodzącą oglądających za nos.

BodyDouble2

     Manipulacją okazuje się już insynuacyjny prolog, w którym skonfrontowani zostajemy ze sztucznością świata przedstawionego: z wytwornicy dymu ulatniają się mgliste kłęby, a symulowany zachód słońca „oświetla” styropianowe nagrobki. Kilka metrów pod ziemią do snu układa się ostro ucharakteryzowany krwiopijca, tyle tylko, że zamiast spoczywać w swojej trumnie, szczerzy kły w panicznym przestrachu. Nieumarła postać to tak naprawdę aktor cierpiący na klaustrofobię, a akcję umiejscowił De Palma na planie zdjęciowym fikcyjnego horroru. Poznajemy Jake’a (Craig Wasson), który z powodu kłopotliwych dolegliwości zostaje odesłany do domu: nie wie jeszcze, że właśnie utracił pracę. Hasło „cięcie!” rzuca w stronę zgromadzonej ekipy Dennis Franz, który – wyłysiały, z kępami gęstych włosów przy skroni – przypomina trochę samego De Palmę.

Czytaj dalej Perwersyjny świat Briana De Palmy. [„Świadek mimo woli”, 1984]