Archiwa tagu: remake/reboot

„Everything tastes gray”. [„Selfie from Hell”, 2018]

     Niemiecka vlogerka Julia (Meelah Adams) przybywa do Stanów Zjednoczonych, by spotkać się z dawno niewidzianą kuzynką. Skrywa jednak zabójczy sekret, a bardziej niż na pogaduchach z sympatyczną Hannah (Alyson Walker) zależy jej na rozwikłaniu pewnej mrocznej zagadki. Wkrótce po przyjeździe internetowa gwiazdorka zapada na dziwną chorobę. Hannah odkrywa, że może to być wina… telefonu i duchów z tak zwanej „ukrytej” części internetu.

SfH2

     „Selfie from Hell” to film, w którym lekarz zaleca pacjentce zażywać specjalistyczne tabletki, ale nie wydaje jej żadnej recepty, bo jest bohaterem epizodycznym i musi prędko zniknąć z ekranu. To film, którego antybohaterowie noszą takie imiona, jak Selfieman czy F34R-3473R. Jest to film, w którym wszelkie widniejące w sieci informacje należy czytać na głos, a wiedzę, w jaki sposób dostać się do darknetu, pozyskuje się – no wiecie – googlując hasło „jak dostać się do darknetu”… Lepszym cyber horrorem okazał się nawet „Friend Request” z Alycią Debnam-Carey jako nastolatką nawiedzaną przez Facebooka, a warto nadmienić, że nie stanowił on dzieła udanego. Twórcy „Selfie from Hell” mentalnie zatrzymali się chyba na etapie lat dziewięćdziesiątych; ich projekt usłany jest przestarzałymi stereotypami na temat internetu. Nawet tytułowe selfie zyskuje dzięki scenarzyście nową definicję: może nim być nie tylko fotografia autoportretowa, ale też zdjęcie, które wykonuje za nas ktoś inny…

Czytaj dalej „Everything tastes gray”. [„Selfie from Hell”, 2018]

Reklamy

Co za dużo… [„Słudzy diabła”, 2017]

     „Słudzy diabła” są tym typem filmu grozy, w którym znajdziemy dosłownie wszystkie podgatunkowe lejtmotywy. Znalazło się w nowej opowieści Joko Anwara miejsce dla długowłosych, J-horrorowych upiorów, wystrojonych na czarno, zakapturzonych satanistów oraz żywych trupów, uparcie ciągnących za sobą połamane nogi. Nie brakuje w filmie paranormalnych objawień rodem z „Obecności”, opętańczych spazmów wpośród białej pościeli, odgłosów nie z tego świata. Chwilami stają się „Słudzy diabła” horrorem bipolarnym i zwyczajnie „przedobrzonym” – zupełnie, jak „Lament” w reżyserii Hong-jin Na. Co za dużo, to niezdrowo.

SludzyDiabla1

     Wśród bohaterów filmu znajdziemy indywidua o ciekawie zarysowanych sylwetkach i wysokiej skłonności do poświęceń. Sporo uwagi poświęcono w „Sługach…” tradycji rodzinnej oraz bratersko-siostrzanej więzi, okrutnie testowanych przez diabelskie moce. Wewnętrzny rozwój bohaterów jest dla indonezyjskiego reżysera równie istotny, jak budowanie grozy – konstrukcja odbywa się, niestety, przy użyciu stępionych narzędzi. Film bywa frapujący, ale zbyt statecznie oparto go na jump scare’owych ceremoniałach. Metody straszenia uznać można za podręcznikowe, a upodobanie Anwara do strzelb Czechowa, bardziej niż wyrazem miłości wobec narracji literackiej, wydaje się dążeniem do efekciarstwa. Patenty i sztuczki, zdobiące fabułę, opóźniają filmowe zakończenie co najmniej o kwadrans. W rezultacie jawią się „Słudzy diabła” jako horror przeciągnięty lub – jeśli wolicie – niespieszny.

Czytaj dalej Co za dużo… [„Słudzy diabła”, 2017]

Krótka piłka: „Kiedy gasną światła” [2016]

     Pochodzącemu z Jönköping Davidowi F. Sandbergowi udała się rzecz niemożliwa: niespełna trzyminutową krótkometrażówkę o zmorze objawiającej się w ciemności przeobraził on w porywające, półtoragodzinne widowisko. W pierwowzorze koncept był prosty i opierał się na grze światła z cieniem. W remake’u – jeśli można tak nazwać amerykańską odpowiedź na szwedzką sensację – zagrożenie nadal pojawia się, gdy, no wiecie, gasną światła, ale lęki i niepokoje bohaterów mają też podłoże nienadnaturalne. „Lights Out” stanowi dramatyczne spojrzenie na chorobę psychiczną. Sandberg nadał swemu dziełu nietypowy, depresyjno-blockbusterowy ton. Przeprowadził udany eksperyment, którego rezultat ucieszył tak fanów „Naznaczonego”, jak i widzów rozmiłowanych w horrorach bardziej beznamiętnych. Końcowe minuty filmu niewiele mają wspólnego z typowym hollywoodzkim happy endem – i bardzo dobrze. „Kiedy gasną światła” to projekt na swój sposób wyrachowany, za to dający multum satysfakcji tym, którzy poświęcą mu uwagę.

     „Lights Out” zajął 16. miejsce w rankingu najlepszych horrorów ubiegłego roku. Całe notowanie znajdziecie pod danym linkiem.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

lout16

7-i-pol

Rozmiar ma znaczenie. [„SiREN”, 2016]

     „Żaden facet nie potrafi jej się oprzeć. Każdy powinien”. Slogan reklamujący nowy horror Gregga Bishopa, „SiREN”, wyraźnie daje widzom znać, że obejrzą film o naturze feministycznej. Lilith (Hannah Fierman), przedwieczna demonica uwodząca mężczyzn i wyżerająca z nich życie, to postać silna, zaskakująco nakreślona. Scena gwałtu z jej udziałem przybiera nieoczekiwany obrót; dowodzi wyobraźni, spaczonemu poczuciu humoru, a nawet otwartości umysłowej duetu fabularzystów. Niedaleko jednak ponoszą twórców „SiREN” skrzydła fantazji – głównie dlatego, że ogranicza ich materiał wyjściowy, a więc składający się na antologię „V/H/S” (2012) segment „Amateur Night”, na którym pełny metraż oparto.

siren01.jpg

     Bishop i członkowie jego brygady nie trzymają się oryginału zbyt kurczowo: ich reboot to projekt równie dynamiczny jak kultowy już short, choć znacznie mniej lapidarny. „SiREN”, ponieważ jest filmem-odwołaniem, pozostaje horrorem przewidywalnym. Jego finał odgadnie każdy, kto uważnie obejrzał „V/H/S”. Ujawnia się tu efemeryczny czar nowelki „Amateur Night”, która – bardzo kolokwialne rzecz ujmując – zrobiła swoje i pozamiatała konkurencję, zapewniła oglądającemu mindfuck czachy, zostawiając go z mózgiem wypływającym przez ucho. Filmowi Gregga Bishopa nie zapewniono przyciągającej osobliwości. Już na etapie zarodkowym odebrano mu szansę na sukces, kręcąc go jako nudniejszą, rozwleczoną wersję krótkometrażowego oryginału.

Czytaj dalej Rozmiar ma znaczenie. [„SiREN”, 2016]

Siostry Soska opowiadają o remake’u „Wściekłości” Davida Cronenberga

     Choć remaki uznanych horrorów nie cieszą się szczególną aprobatą, media z zaciekawieniem przyglądają się postępowi prac nad projektem „Rabid”, znajdującym się w rękach sióstr Jen i Sylvii Soska. Film stanowił będzie nową wersję klasycznego shockera „Wściekłość”, który w drugiej połowie lat 70. wyreżyserował David Cronenberg („Mucha”, „Nagi lunch”). Obraz otworzył młodemu Kanadyjczykowi drzwi do światowej kariery, a dziś uchodzi za kultowy body horror. Główna bohaterka filmu, uległszy wypadkowi, zapada w śpiączkę. Poddana zostaje eksperymentalnemu leczeniu, które – choć wybudza ją z miesięcznego snu – wznieca w niej też łaknienie ludzkiej krwi.

rabid1

     W wywiadzie udzielonym witrynie scifinow.co.uk bliźniaczki Soska opowiedziały, jakie są ich własne oczekiwania wobec remake’u, a także zasugerowały, czego oczekiwać mogą zainteresowani. Jen, dość przewrotnie, wyznała, że doskonałymi kandydatkami na stanowisko reżyserskie czyni ją i jej siostrę niechęć w stosunku do remake’ów.

Czytaj dalej Siostry Soska opowiadają o remake’u „Wściekłości” Davida Cronenberga

Wrzenie wewnętrzne. [„Cabin Fever”, 2016]

          Ujęcie z lotu ptaka: srebrny samochód płynie otoczoną lasami drogą, niesiony falami zimnej, pompatycznej muzyki. Obecni w nim pasażerowie w najśmielszych snach nie przypuszczaliby, z jakim horrendum przyjdzie im się zmierzyć. Nie da się ukryć: „Cabin Fever” Travisa Zariwny’ego rozpoczyna się jak „Lśnienie”. Kubrickowską ręką wykonany jednak nie jest; przeciwnie – niekiedy razi niedbalstwem i brakiem reżyserskiego wyczucia. Choć odświeżonej wersji „Śmiertelnej gorączki” Eliego Rotha daleko do dobrego kina, nie należy z góry spisywać jej na straty. Standardowo remake horroru skazano na najgorsze cięgi tylko dlatego, że jest remakiem horroru. Czy krytyk filmowy nie powinien przejawiać większej otwartości umysłu?

CabinFever1

     Piątka studentów przybywa do wynajętego leśnego domku. Chcą palić zioło i gzić się po kątach, nie chcą zaprzątać sobie głów codziennymi sprawunkami. Nie odstrasza ich od realizacji tego planu nic: ani gryzące dzieci upiornych, wsiowych sklepikarzy, ani brak zasięgu sieci telefonicznej, ani nawet wściekły, mięsożerny wirus, skrywany za pozorną idyllą śródleśnej głuszy… Fabularnie remake „Cabin Fever” nader przypomina oryginał Rotha: w scenariuszu filmu nie dokonano niemal żadnych zmian. Jest więc pod względem innowacji i kreatywności film Zariwny’ego cienki jak barszczyk – w znacznej mierze. Udało się jednak twórcom wkraść w łaski widza za pośrednictwem gromkiego soundtracku oraz przyciągających zdjęć. „Śmiertelna gorączka” Rotha sprawiała wrażenie na wpół amatorskiego projektu DIY. Remake wykonano konstruktywniej: muzyka jest ostra, industrialna, a kadry zaskakująco panoramiczne. W niezależnym horrorze znalazło się miejsce na pewną dozę awangardy, umiejętnie potęgowaną zwłaszcza przez zmyślną ścieżkę dźwiękową. Podkład muzyczny jest najsilniejszym elementem „Cabin Fever”. Skrzypcom i anielskim ansamblom towarzyszy permanentny, psychodeliczny stukot i łomot. Eksperymentalna, krnąbrna muzyka Kevina Riepla („Contracted”) tylko epizodycznie sprawia wrażenie niedopasowanej do akcji.

Czytaj dalej Wrzenie wewnętrzne. [„Cabin Fever”, 2016]