Archiwa kategorii: Slashery

Krwawe i niezobowiązujące. Uwielbiamy je wszyscy – czy się przyznajemy, czy nie.

Kolejna wpadka Lussiera. [„Trick”, 2019]

     Patrick Lussier to jeden z największych pechowców świata horroru. Tuż przed rozpoczęciem nowego milenium, po owocnej karierze montażysty filmowego, zasiadł po raz pierwszy w fotelu reżysera. W odstępie zaledwie kilku miesięcy ukazały się dwa jego projekty: debiutancki, „Armia Boga: Proroctwo”, i kolejny – wysokobudżetowa farsa „Dracula 2000”. Tytuły zdradzają, z jakim kinem mamy do czynienia: marnym i niezbyt rezolutnym. Oba filmy poniosły klęskę finansową, ale Dimension postawił na dalszą współpracę z Lussierem, który na kilka lat stał się ekspertem od nieproszonych cheapqueli. Później obiecano reżyserowi, że zaopiekuje się po Robie Zombiem serią „Halloween”, ale plany spaliły na panewce.

Trick2019-0

     Zła passa Lussiera trwa do dziś. Pięćdziesięciopięciolatek powrócić właśnie z nowym horrorem i jest on słabszy niż cokolwiek, w czym maczał palce niegdyś. W „Trick” (napisanym wraz z Toddem Farmerem) podąża reżyser bezpieczną ścieżką quasi-oldskulowego slashera, w którym gardła niezliczonych ofiar szlachtowane są w rytm zapalczywego, orkiestrowego soundtracku. Takiego rodem z najntisowego teen straszaka. Nie brak tu dramatycznych zwrotów akcji i starć z zamaskowanym geniuszem zbrodni, a jednak elementu zaskoczenia szukać można całkiem na próżno. „Trick” to kompletnie niezajmujący slasherowy revival. Nie udał się po całości, co ciężko zrozumieć: Lussier przez lata montował przecież horrory Wesa Cravena.

Czytaj dalej Kolejna wpadka Lussiera. [„Trick”, 2019]

„I am here to do the Devil’s work”. [„Bękarty diabła”, 2005]

     „Bękarty diabła” rozpoczynają się wybuchowo – w najdosłowniejszym znaczeniu. Firefly’owie budzą się po nocy pełnej bezeceństw i odkrywają, że ich dom otoczony jest przez oddziały teksańskiej policji. Stróże prawa pikietują na ranczu, w oczekiwaniu na pierwszy krok psychopatycznego klanu – lubującego się w torturach, gwałtach i brutalnych morderstwach. Ekipą dowodzi szeryf Wydell (William Forsythe), szukający zemsty za śmierć brata. Spektakularna strzelanina osłabia Firefly’ów, choć Otisowi (Bill Moseley) i Baby (Sheri Moon Zombie) udaje się uciec przed wymiarem sprawiedliwości. Wydell nie spocznie dopóki tytułowe bękarty znajdują się na wolności.

DevilsRejects3

     W debiutanckim filmie Roba Zombiego, „Domu tysiąca trupów”, dominowała psychodeliczna, dziwnie karnawałowa atmosfera. Reżyser z niebywałą lekkością katował widzów obrazami dalece posuniętej przemocy, choć Firefly’ów przedstawił jako antybohaterów kreskówkowych i dowcipnych. Groteskowy slasher nie zaskarbił sobie pozytywnych recenzji, ale zarobił wystarczająco dużo, by wytwórnia sama zaproponowała Zombiemu dalszą współpracę. Powstały „Bękarty diabła”: horror krwawy i wyzywający, choć tonalnie odbiegający od swego poprzednika. Na plan zdjęciowy wrócili aktorzy z „Domu tysiąca trupów”, a obsadę zasiliło ponadto grono seventisowych ikon: między innymi Ken Foree, P. J. Soles oraz Michael Berryman.

Czytaj dalej „I am here to do the Devil’s work”. [„Bękarty diabła”, 2005]

Slasher gniewem pisany. [„The Furies”, 2019]

         „Break some rules, or the rules are going to break you.”

     Bohaterki filmu „The Furies” – nieustraszoną Maddie i nadwrażliwą Kaylę – poznajemy w momencie, gdy padają ofiarą porwania. Mają wziąć udział w krwawej rozgrywce, która wyłoni tylko jedną zwyciężczynię. Reżyser-debiutant, Tony D’Aquino, serwuje nam dobrze znaną historię: najłatwiej określić ją jako skrzyżowanie „The Most Dangerous Game” z „Hostelem”. Teoretycznie nie ma więc co liczyć na szczególną odkrywczość, choć pojawiają się też w filmie pomysły całkiem abstrakcyjne – by nie napisać absurdalne.

TheFuries2

     Morderców liczą sobie „The Furies” co najmniej kilku i są oni nawigowani przez nowoczesny system komputerowy. Idee te nigdy nie zostają rozwinięte, a nawet w pełni wyjaśnione, przez co całość wydaje się wykonana na pół gwizdka. W finale brakuje momentu katharsis, a jedna z bardziej dobrotliwych postaci – dotąd pokrzywdzona – sama staje się potworem. W końcu, tu cytat, „żyjemy w popieprzonym świecie, pełnym popieprzonych ludzi”. Zwłaszcza uprzywilejowanych mężczyzn. „The Furies” to slasher wyraźnie girl-powerowy, ceniący sobie kobiecą siłę. Bohaterki muszą dowieść, że potrafią zadbać o swoje bezpieczeństwo i co rusz odpierają ataki chorych zwyroli. Poniekąd feministycznemu przesłaniu można przyklasnąć, choć twórcy nadal dają pannom w kość: jednej z nich zostaje… odrąbana twarz – okazuje się, że ten z pozoru niewykonalny manewr jest w gruncie rzeczy możliwy.

Czytaj dalej Slasher gniewem pisany. [„The Furies”, 2019]

Kino toksyczne. [„Detoks”, 2002]

     Sylvester Stallone znany jest pod wieloma alternatywnymi imionami: Rocky Balboa, John Rambo, zdobywca dziesięciu Złotych Malin. Znamy go jako ikonę kina akcji i włosko-amerykańskiego ogiera („The Party at Kitty and Stud’s”), choć poza blockbusterami i najsłynniejszym „gwiazdorskim” filmem porno w historii ma też na koncie inne dokonania gatunkowe. W 2002 roku wydano jego jedyny horror: „Detoks”. Projekt spędził swoje lata na studyjnej półce i oglądając go z perspektywy lat, łatwo można zrozumieć, dlaczego.

dtx2

     Najłatwiej określić „Detoks” jako denną adaptację „Dziesięciu Murzynków”. Grupa byłych gliniarzy (wśród nich Robert Patrick – jedyny jasny punkt filmu) zostaje zamknięta w piwnicy, która wygląda, jakby została zbudowana na czas wojny nuklearnej. Wszyscy są alkoholikami i próbują odtruć swój organizm w odizolowanej klinice. Pech chce, że jeden z mundurowych okaże się zabójcą – tym samym, który kilka miesięcy temu zamordował ukochaną Sly’a.

Czytaj dalej Kino toksyczne. [„Detoks”, 2002]

Daddy’s here. [„Bloodline”, 2018]

     Evan Cole (Seann William Scott) pracuje jako licealny psycholog i właśnie został ojcem. Narodziny pierwszego dziecka okazują się potężnym wyzwaniem zarówno dla niego, jak i małżonki, więc pod dachem Cole’ów zamieszkuje Marie (Dale Dickey) – matka Evana, która ma pomóc w opiece nad niemowlęciem. Więź łącząca syna z rodzicielką jest co najmniej osobliwa i szybka zwraca uwagę Lauren (Mariela Garriga). Wizyta niańki wydłuża się, a Evan zaczyna ponownie przeżywać dziecięce traumy, którym myślał, że już umknął. Gdy szkolni podopieczni ujawniają Evanowi, że są sponiewierani przez najbliższych, świeżo upieczony tata chwyta za nóż. W głowie mu się nie mieści, że jakikolwiek rodzic mógłby skrzywdzić własne dziecko.

Bloodline4

     Bohater „Bloodline” – pierwszego filmu aktorskiego Henry’ego Jacobsona – zaczyna zabijać, by jego rodzinie żyło się jak najlepiej. Wierzy, że mordując gwałcicieli i uciekających się do przemocy ojców, oczyszcza świat. Jest jak Dexter Morgan, choć w swych działaniach nie kieruje się skrajnym perfekcjonizmem, co w końcu może doprowadzić go do zguby. Jacobson, znany dokumentalista, postanowił nakręcić film o rodzicielstwie i o tym, jak ciągłe wyrzeczenia, nieprzespane noce, wreszcie rozczarowania dorosłości prowadzą nas prosto w ramiona obłędu. Grany przez Scotta pedagog nawet nie próbuje opierać się chorym instynktom. Z szaleństwem jest mu wręcz do twarzy.

Czytaj dalej Daddy’s here. [„Bloodline”, 2018]

Freaks and tricks. [„Candy Corn”, 2019]

     Na kilka dni przed świętem halloween do miasteczka Grove Hill przybywa cyrk objazdowy pod zwierzchnictwem Lestera – ekstrawaganckiego showmana i fascynata voodoo, nazywanego „Doktorem Śmierć”. Mężczyzna dyryguje zespołem zdeklarowanych dziwolągów i dostrzega artystyczny potencjał w jednym z mieszkańców, Jacobie. Zatrudnia chłopaka w swym pokazie, nadając cel jego smutnemu życiu. Upośledzony umysłowo Jacob mierzy się z pogardą sąsiadów: jest freakiem, który stale ściąga na siebie kłopoty. Poniżony przez grupę oprychów, wdaje się w śmiertelną bójkę, która nie do końca idzie po jego myśli. Lester nie traci pracownika na długo: zaklęcie przywraca podopiecznego do życia, a właściwie czyni z niego nieumarłą kreaturę.

CandyCorn2

     Trudno o film wzbudzający bardziej mieszane uczucia niż „Candy Corn”. Horror Josha Hasty’ego wywołuje falę przyjemnie nostalgicznych doznań przeplatających się wzajemnie z nudą; w jednej chwili imponuje szlifem technicznym, a po chwili sprawia wrażenie nader amatorskiego. Dla przykładu: upodobał sobie reżyser efekt zwolnionego tempa, który powtarzany jest tak często, że zaczyna ciążyć nad filmem widmo tandety. Bez umiaru i wyobraźni komponowano też ścieżkę dźwiękową. Materiału powstało na co najmniej dwa projekty, a Hasty nawet nie myśli o tym, że opatrzenie każdej sceny motywem muzycznym zwyczajnie zirytuje widza. Jednocześnie imponują w „Candy Corn” praca operatora, przestrzeń planu i rozlew krwi.

Czytaj dalej Freaks and tricks. [„Candy Corn”, 2019]