Archiwa kategorii: Uncategorized

Absurda. [„Antibirth”, 2016]

     Młodzi reżyserzy dmuchają często na zimne – aby nie podpaść widzom i nie zawieść oczekiwań producentów wolą kręcić filmy ugrzecznione, by nie napisać bezpieczne. Inaczej swój debiut zaplanował krnąbrny Amerykanin Danny Perez, dotychczas znany jako autor teledysków. Jego pierwszy pełny metraż, „Antibirth” – w lipcu pokazany widzom Nowych Horyzontów – przenosi nas do świata rozdygotanych teleewangelistów, pstrych maskotek faszerujących kobiety narkotykami, porodów wydających na świat same tylko głowy. Nazwanie „Antibirth” filmem oryginalnym byłoby sporym niedopowiedzeniem. Perez skonstruował celuloidową bombę, której wybuchu nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

antib2

     Jak każdy materiał wybuchowy, jest „Antibirth” kompletnie nieobliczalny. Główną bohaterkę filmu, Lou (Natasha Lyonne, „All About Evil”), poznajemy, gdy atakuje powietrze zaciśniętą pięścią w rytm punkowego brzmienia. Kobieta mieszka w baraku, nie cierpi dorosłego życia, a dni spędza najchętniej na ładowaniu w siebie środków odurzających. Jej najlepszymi przyjaciółkami są fajka wodna oraz odrobinę lepiej zorganizowana życiowo Sadie (Chloë Sevigny, „AHS”). Nędzarska idylla kończy się, gdy ciało Lou zaczyna nabierać ekstremalnie brzemiennych kształtów. Wiele wskazuje na to, że w przeciągu tygodnia narkomanka zostanie matką. Jest tylko jeden problem: Lou od miesięcy nie zaznała miłosnego uniesienia.

Czytaj dalej Absurda. [„Antibirth”, 2016]

Who can kill an American counselor? [„Summer Camp”, 2015]

     Zbliżają się wakacje. Do El Búho – położonej opodal Barcelony, na wpół zrujnowanej willi, przekształconej w śródleśny kemping – przybywa czworo pedagogów-nowicjuszy. Ich zadaniem będzie przygotowanie obiektu na przyjazd młodocianych wczasowiczów. Muszą też studenci – rodowity Hiszpan oraz trzej Amerykanie – wiedzieć, jak zabawiać dzieci: planują więc gry i swawole. „Psoty” nie ominą jednak ich samych. Gdy śmiertelnie groźny wirus atakuje schronienie bohaterów, jedyny komunikujący się po hiszpańsku wychowawca umiera. Pozostała grupka zdana jest na pastwę szerzącej się choroby, której symptomy aż nadto przypominają oznaki wścieklizny.

summercamp1

     Postaci centralne w „Summer Camp” – najnowszym filmie twórców iberyjskiego przeboju „[REC]” – zdają się być wydarte z pierwszego lepszego slashera. Oto jako potencjalne mięso armatnie podrzuceni zostają nam: przystojny i przywódczy Antonio (Andrés Velencoso), bogata i rozpieszczona Christy (Jocelin Donahue), niezręczny okularnik Will (Diego Boneta) oraz energiczna optymistka Michelle (Maiara Walsh). Ktokolwiek widział choć jeden z sequeli „Piątku, trzynastego”, będzie w stanie wskazać, który z bohaterów – zgodnie z niepisanymi standardami kina spod znaku maski i piły łańcuchowej – dotrwa do napisów końcowych, a który nie. Takie przynajmniej można by odnieść wrażenie. „Summer Camp” nie ma jednak wiele wspólnego ze slasherami doby lat 80., a reżyser Alberto Marini robi, co może, by w ogóle nie dało się jego dzieła ująć w ramy schematyzmu.

Czytaj dalej Who can kill an American counselor? [„Summer Camp”, 2015]

Phantasmagoria gone wrong. [„Baskin”, 2015]

     Marketing jest podstawą funkcjonowania każdego dzieła filmowego. Umiejętna promocja dodaje skrzydeł nawet tym obrazom, które skrzydeł są z gruntu pozbawione. W kontekście horroru wystarczy przywołać tu przeboje: „Freddy kontra Jason” czy „Annabelle”, które – choć kulawe artystycznie – zawładnęły sercami widzów. Częściej mówi się o nieumiejętnej reklamie kina gatunkowego; takiej, która psychologicznym „Egzorcyzmom Dorothy Mills” przypisze wątek satanistyczny, a „Księgę Cieni: Blair Witch 2” opatrzy sloganem: „wiedźma powraca”. Turecki horror „Baskin”, reżyserowany przez Cana Evrenola, jest przykładem filmu zabitego przez dyletancki marketing.

baskin4

     Nie tak dawno temu w sieci zagościł oficjalny zwiastun projektu, prawie tak obficie jak piekielnymi majakami przepełniony wszelakimi odmianami słowa „Hell”, wyjętymi z ust krytykom. Zainteresowani podłapali „sugestię”: Turcy nakręcili film na miarę „Hellraisera”! Było się czym ekscytować: naszpikowany bólem i ekstremem, świetnie skrojony czasowo trailer zapowiadał produkcję niepokojącą, a przy tym w pełni dopracowaną, dopiętą na ostatni guzik. Potencjalnemu odbiorcy mydlono jednak tylko oczy.

Czytaj dalej Phantasmagoria gone wrong. [„Baskin”, 2015]

Z szaleństwem mu do twarzy. [„The Man in the Orange Jacket”, 2014]

     Kierownik korporacji handlowej zwalnia grubo ponad stu pracowników przemysłowych. Nie wykazuje skruchy, nie targają nim z tego powodu wyrzuty sumienia. Wie jednak, że w oczach dziesiątek robotników uchodzi za potwora. Zestresowany, planuje wyrwać się na odpoczynek do Włoch w towarzystwie znacznie młodszej małżonki. Wieczorem, gdy już kończy przygrywać na fortepianie i popijać kosztowne wino, kładzie się do łóżka. Z sennego nastroju wytrąca go krzyk żony. W ciemnym kącie siedzi i przygląda się milionerom mężczyzna w pomarańczowej kamizelce odblaskowej. Tak zaczyna się „The Man in the Orange Jacket” (łot. „M.O.Ž.”) – jeden z najbardziej zaskakujących filmów niezależnych ostatnich lat.

ManOrange2

     Reżyser Aik Karapetian umiejętnie przeplata w swym dziele kolejne podgatunki horroru, choć samym tylko kinem grozy „M.O.Ž.” nazwać nie można. Po czerpiącym z dynamiki home invasion movie prologu – nota bene zakończonym krwawą rzezią – przeobraża się w film w studium ludzkiego charakteru, subtelnie pobrzmiewające „Wstrętem”. Chłop w robotniczej kamizelce staje się dandysem w szykownym garniaku. Właściwie i staje się, i nie. Morderca zamieszkuje w willi ofiary – w głębokim domyśle byłego pracodawcy. Chce zostać tym, kogo zabił; kieruje nim apetyt burżuazyjnych uniesień. Burżujem nijak jednak nie jest: brak mu elegancji, markowe ubrania nie są pod niego skrojone, w ulubionej restauracji martwego pana domu zamawia pospolitą zupę. Uwięziony na płótnie Ludwik XVI spogląda na antybohatera z usatysfakcjonowanym politowaniem, jakby tocząca się w głupcu wojna klas i obyczajów dostarczała mu dystyngowanej rozrywki. Mężczyzna z pana i władcy obraca się w więźnia portretu, który sam zmalował – zmalował krwawym pędzlem.

Czytaj dalej Z szaleństwem mu do twarzy. [„The Man in the Orange Jacket”, 2014]

Zakochani w mroku. [„Nina Forever”, 2015]

     Pogoda za oknem sprzyja, by zanurzyć się w otchłani zimnego, melancholijnego kina. Idealnym kompanem dżdżystego, zimowego wieczoru może okazać się mizantropijny horror oscylujący na pograniczu innych gatunków filmowych – wywoła w nas przecież emocje tak skrajne i tak palące, że na nic nie zdadzą nam się ciepły koc i herbata. Jeśli „Zagadkę nieśmiertelności” przewałkowaliście już dziesiątki razy, a z offowym filmem grozy jesteście za pan brat, zachwycić może Was „Nina Forever” – pełnometrażowy debiut braci Bena i Chrisa Blaine’ów.

nina-forever-1

     Gdy piękna artystka Nina (Fiona O’Shaughnessy) ginie w wypadku samochodowym, jej chłopak Rob (Cian Barry) pogrąża się w rozpaczy. Załamany, postawia popełnić samobójstwo; jego desperacki plan spala jednak na panewce. Wieść o suicydalnym ekscesie dociera do współpracowników Roba, w tym do zdziwaczałej Holly (Abigail Hardingham), zadurzonej w nieszczęśniku po uszy. Holly widzi w Robie beznadziejnego, oddanego romantyka, który opłakawszy ukochaną, ofiarowałby jej własne życie – to dla niej mężczyzna idealny. Zaczyna go nachalnie kokietować, a gdy ten chwyta haczyk, zaciąga go do łóżka. Spod pościeli wyłania się nagle krwawe truchło nieumarłej Niny. Była sympatia nie jest zadowolona z faktu, że Rob przygruchał sobie nową partnerkę i nie zamierza tego taić – nie kryje się z tym za każdym razem, gdy żywi kochankowie goszczą w sypialni.

Czytaj dalej Zakochani w mroku. [„Nina Forever”, 2015]

Wrzenie wewnętrzne. [„Cabin Fever”, 2016]

          Ujęcie z lotu ptaka: srebrny samochód płynie otoczoną lasami drogą, niesiony falami zimnej, pompatycznej muzyki. Obecni w nim pasażerowie w najśmielszych snach nie przypuszczaliby, z jakim horrendum przyjdzie im się zmierzyć. Nie da się ukryć: „Cabin Fever” Travisa Zariwny’ego rozpoczyna się jak „Lśnienie”. Kubrickowską ręką wykonany jednak nie jest; przeciwnie – niekiedy razi niedbalstwem i brakiem reżyserskiego wyczucia. Choć odświeżonej wersji „Śmiertelnej gorączki” Eliego Rotha daleko do dobrego kina, nie należy z góry spisywać jej na straty. Standardowo remake horroru skazano na najgorsze cięgi tylko dlatego, że jest remakiem horroru. Czy krytyk filmowy nie powinien przejawiać większej otwartości umysłu?

CabinFever1

     Piątka studentów przybywa do wynajętego leśnego domku. Chcą palić zioło i gzić się po kątach, nie chcą zaprzątać sobie głów codziennymi sprawunkami. Nie odstrasza ich od realizacji tego planu nic: ani gryzące dzieci upiornych, wsiowych sklepikarzy, ani brak zasięgu sieci telefonicznej, ani nawet wściekły, mięsożerny wirus, skrywany za pozorną idyllą śródleśnej głuszy… Fabularnie remake „Cabin Fever” nader przypomina oryginał Rotha: w scenariuszu filmu nie dokonano niemal żadnych zmian. Jest więc pod względem innowacji i kreatywności film Zariwny’ego cienki jak barszczyk – w znacznej mierze. Udało się jednak twórcom wkraść w łaski widza za pośrednictwem gromkiego soundtracku oraz przyciągających zdjęć. „Śmiertelna gorączka” Rotha sprawiała wrażenie na wpół amatorskiego projektu DIY. Remake wykonano konstruktywniej: muzyka jest ostra, industrialna, a kadry zaskakująco panoramiczne. W niezależnym horrorze znalazło się miejsce na pewną dozę awangardy, umiejętnie potęgowaną zwłaszcza przez zmyślną ścieżkę dźwiękową. Podkład muzyczny jest najsilniejszym elementem „Cabin Fever”. Skrzypcom i anielskim ansamblom towarzyszy permanentny, psychodeliczny stukot i łomot. Eksperymentalna, krnąbrna muzyka Kevina Riepla („Contracted”) tylko epizodycznie sprawia wrażenie niedopasowanej do akcji.

Czytaj dalej Wrzenie wewnętrzne. [„Cabin Fever”, 2016]