Archiwa tagu: kicz

Z wódką we krwi. [„Zdychaj, tatulku!”, 2018]

     Petersburg. Matwiej (Aleksandr Kuźniecow) puka do drzwi szanowanego detektywa. Za plecami chowa młotek, ale nie jest pewnym siebie zbirem – potwornie zżera go stres, ma wątpliwości natury moralnej. Ukochana zleciła mu zabójstwo własnego ojca, który miał molestować ją za młodu. Andriej (Witalij Chajew) wpuszcza chłopaka córki do środka, a jego żona oferuje młodemu kawę. Intencje Matwieja szybko wychodzą na jaw. Okazuje się, że policjant jest przygotowany na wizytę oprycha dużo bardziej, niż ten mógłby zakładać.

ZTatulku3

     W „Zdychaj, tatulku!” – pełnometrażowym debiucie Kiriłła Sokołowa – mieszają się ze sobą kiczowaty slapstick oraz krwawa stylistyka splattera. Z minuty na minutę do ekstremum nakręca się spirala przemocy, czego przypieczętowaniem może być scena, w której bohaterowi wypadają z jamy brzusznej jelita. Może, ale nie musi – „Zdychaj, tatulku!” to ciąg drastycznie brutalnych scen, powiązanych ze sobą cienką nicią fabuły. Każdy znajdzie tu coś obrzydliwego. Sokołow wprowadza do scenariusza galerię postaci drugoplanowych, a większość z nich to niezgrabne karykatury, których jedynym celem istnienia jest efektowny skon. Gdy któryś z uczestników akcji ginie, reżyser nie pozostawia reszcie ani chwili na zbędne sentymenty – masakra toczy się dalej.

Czytaj dalej Z wódką we krwi. [„Zdychaj, tatulku!”, 2018]

Freaks and tricks. [„Candy Corn”, 2019]

     Na kilka dni przed świętem halloween do miasteczka Grove Hill przybywa cyrk objazdowy pod zwierzchnictwem Lestera – ekstrawaganckiego showmana i fascynata voodoo, nazywanego „Doktorem Śmierć”. Mężczyzna dyryguje zespołem zdeklarowanych dziwolągów i dostrzega artystyczny potencjał w jednym z mieszkańców, Jacobie. Zatrudnia chłopaka w swym pokazie, nadając cel jego smutnemu życiu. Upośledzony umysłowo Jacob mierzy się z pogardą sąsiadów: jest freakiem, który stale ściąga na siebie kłopoty. Poniżony przez grupę oprychów, wdaje się w śmiertelną bójkę, która nie do końca idzie po jego myśli. Lester nie traci pracownika na długo: zaklęcie przywraca podopiecznego do życia, a właściwie czyni z niego nieumarłą kreaturę.

CandyCorn2

     Trudno o film wzbudzający bardziej mieszane uczucia niż „Candy Corn”. Horror Josha Hasty’ego wywołuje falę przyjemnie nostalgicznych doznań przeplatających się wzajemnie z nudą; w jednej chwili imponuje szlifem technicznym, a po chwili sprawia wrażenie nader amatorskiego. Dla przykładu: upodobał sobie reżyser efekt zwolnionego tempa, który powtarzany jest tak często, że zaczyna ciążyć nad filmem widmo tandety. Bez umiaru i wyobraźni komponowano też ścieżkę dźwiękową. Materiału powstało na co najmniej dwa projekty, a Hasty nawet nie myśli o tym, że opatrzenie każdej sceny motywem muzycznym zwyczajnie zirytuje widza. Jednocześnie imponują w „Candy Corn” praca operatora, przestrzeń planu i rozlew krwi.

Czytaj dalej Freaks and tricks. [„Candy Corn”, 2019]

Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

     Infantylnie śmieszna i przeszywająco upiorna, superkrwawa i telewizyjnie zachowawcza. Taka właśnie jest antologia „Nightmare Cinema”, w której Mickey Rourke wciela się w postać podejrzanego Kinooperatora. Na jego sali pokazywane są filmy zadziwiająco osobiste i odzwierciedlone w rzeczywistości: przekonuje się o tym grupa nieszczęśników, na ekranie oglądających właściwie siebie samych. Brzmi to wszyscy bardzo surrealistycznie, choć całość jest mniej wydumana niż na przykład „The Theatre Bizarre” z 2011 roku.

NightmareCinema4

     „Nightmare Cinema” to efekt współpracy pięciu skrajnie różnych reżyserów, między innymi Ryūheia Kitamury i Joe Dantego. Historie średnio przystają do siebie nawzajem, a przeplatający kolejne segmenty wątek Kinooperatora jawi się jako pomysł nierozwinięty, umieszczony w filmie z konieczności (ktoś przecież musi wyświetlać bohaterom ich własne koszmary na dużym ekranie). W anglojęzycznych recenzjach filmu często przewija się zwrot „mixed bag” i myślę, że dużo mówi on tym, czy udało się twórcom skleić tych kilka opowiastek, nadając im zwarty kształt. Dwa segmenty są udane, reszta – nie do końca.

Czytaj dalej Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

„Our pizza is to die for”. [„Slice”, 2018]

     „Slice” to najnowszy film z katalogu A24. Niestety, nie dorównuje on poprzednim produkcjom wziętego studia; mizernie wypada nawet w zestawieniu z „Ostatnim Rekinadem”, z którym − wierzcie lub nie − wiele go łączy. Reżyser Austin Vesely wspina się w swym pełnometrażowym debiucie na wyżyny absurdu, serwując historię o bitwie wilkołaków, wiedźm, duchów i… dostawców pizzy. „Slice” nie wkupi się w upodobania widza z łatwością, bo zamiast pieścić kubki smakowe, woli je maltretować. Film przeładowany jest mnożącymi się wątkami i postaciami, a Vesely’emu brakuje ogłady, reżyserskiej intuicji, przez co całość wydaje się niespójna. Miało wyjść pyszne quattro stagioni, a powstał zakalec, który terminowi „cheese factor” nadaje nowego znaczenia.

Slice2.jpg

     O tyle to wszystko smutne, że Vesely wykazuje pewne pokłady charyzmy, a jego aktorom nie brak kompetencji − zwyczajnie przyszło im grać kiepsko zarysowane postaci. Na ekranie co rusz pojawiają się kolejni bohaterowie, wielu z nich szybko przepada jednak jak kamień w wodę i nie powraca w drugiej lub trzeciej scenie (za przykład może tu posłużyć Jackson w wykonaniu Joego Keery’ego). Film wydaje się pozbawiony ładu i składu, bywa też przestylizowany. Nadużywane przez reżysera efekty slo-mo sprawdzają się w jednej-jedynej sekwencji: gdy na ulicach miasta dochodzi do rozróby, a duchy atakują żywych mieszkańców. Jak na psychotronic movie „Slice” jest zbyt nieśmiały, za mało drapieżny: Vesely nie myśli bowiem nieszablonowo, on po prostu szasta konwencjami, gatunkami, chybionymi ideami. W efekcie uformowano niekształtne ciasto, którego nie warto nawet wrzucać do pieca: film odrzucony został przez większość kin amerykańskich. Marketingowe triki zwiastowały ciekawy projekt, „Slice” wywołuje natomiast gorzkie rozczarowanie.

Czytaj dalej „Our pizza is to die for”. [„Slice”, 2018]

Powtórka z rozrywki. [„Victor Crowley”, 2017]

     Honey Island Swamp to luizjańskie bagniska, które osnute są przędzą legendy. Przed dziesięcioma laty na mokradłach rozegrał się krwawy dramat: maniakalny zabójca, Victor Crowley (Kane Hodder), wymordował ponad trzy tuziny beztroskich turystów – a to korzystając ze szlifierki taśmowej, a to dusząc kogoś… jelitami, wyrwanymi wprost z jamy brzusznej. Jego modus operandi okazało się jednak rąbanie nieszczęśników toporem. Z masakry dokonanej przez Crowleya uszedł tylko jeden mężczyzna: poczciwy ratownik medyczny Andrew (Parry Shen) – obecnie celebryta i gość programów śniadaniowych. Andrew dostaje propozycję nie do odrzucenia: za uczestnictwo w wywiadzie, kręconym na niesławnym bagnie, ma zostać nagrodzony milionem dolców. Menadżerka pokiereszowanego emocjonalnie „gwiazdora” wie, że nie można przepuścić takiej okazji i czarteruje prywatny lot do Luizjany. Na miejscu zjawia się też troje filmowców-amatorów, którzy, bezwiednie uprawiając czarną magię, uwalniają Crowleya z podmokłego grobu.

victorcrowley2

     Gdyby dekadę temu ktoś zasugerował, że niskobudżetowy slasher Adama Greena, „Topór”, doczeka się trzech kontynuacji, zrywałbym boki ze śmiechu. Z perspektywy lat ten niewybredny straszak wydaje się jeszcze mniej atrakcyjny niż jedenaście wiosen wstecz – choć w CV reżysera ma zajmować prominentną pozycję. The Hatchet Army – jak zwykło się nazywać miłośników serii – to najwyraźniej gruba ekipa: „Victor Crowley” powstał jako film dedykowany wszystkim tym, którzy w „Toporze” i jego sequelach widzą sacrum. Choć nie należę do tego prostodusznego grona, muszę przyznać, że „Crowleya” obejrzałem nie tylko bezboleśnie, ale też z pewną oględną przyjemnością. Nie jest to kino wysokich lotów. Nie brakuje jednak powodów, by odhaczyć projekt Greena na liście obejrzanych w tym roku horrorów.

Czytaj dalej Powtórka z rozrywki. [„Victor Crowley”, 2017]

Groovy? [„Bloody Muscle Body Builder in Hell”, 2012]

     „Hollywoodzkie dziwki uzbrojone w piły łańcuchowe”, „Barbarzyńska nimfomanka w piekle dinozaurów”, „Nazistowscy surferzy muszą umrzeć”… Twórcy kina klasy „Z” od zawsze wiedzieli, jak przykuć uwagę widza już samym tytułem. Kiedy parę lat temu dowiedziałem się o istnieniu komedio-horroru „The Incredibly Strange Creatures Who Stopped Living and Became Mixed-Up Zombies!!?” (nie, nie wymyśliłem tej pozycji na poczekaniu), nie sądziłem, że może istnieć bardziej groteskowy tytuł filmowy. I tkwiłem w tym naiwnym przekonaniu aż do momentu, gdy głośno zrobiło się o japońskim „klasyku”, „Bloody Muscle Body Builder in Hell”.

BMBBiH02.jpg

     Reżysera i odtwórcę roli tytułowej, Shinichiego Fukazawę, nie interesuje gołosłowie: bohaterem jego filmu jest pseudokulturysta, którego od podnoszenia grubej sztangi odrywa była dziewczyna – reporterka mająca zbadać sprawę rzekomo nawiedzonego domu. W towarzystwie medium duet wybiera się w miejsce, które stanowi niejako portal do piekła. Tam też zostają skąpani w hektolitrach posoki, a właściwie w półprodukcie przypominającym purée pomidorowe. „Bloody Muscle Body Builder in Hell” to najszlachetniejszy gorefest, regularnie i efektywnie przyprawiający o ostre mdłości. Jest też rasowym lo-fi movie, a więc produkcją nad wyraz amatorską, powstałą przy dużych ograniczeniach finansowych. Wiele filmów fanowskich prezentuje wyższą jakość techniczną niż dzieło Fukazawy. Jednak nie bez powodu.

Czytaj dalej Groovy? [„Bloody Muscle Body Builder in Hell”, 2012]