Archiwa kategorii: Science-fiction

(Re)birth is always painful. [„Reanimator”, 1985]

     Nie od dziś wiadomo, że lata osiemdziesiąte były złotą erą krwawego horroru. Splattery i pozycje zabarwione gore’m tworzyli twórcy młodzi – bo zwyczajnie im się to opłacało – jak i weterani. Brian De Palma szlachtował kobiety w kultowym już dziś „Świadku mimo woli” oraz „W przebraniu mordercy”, a J. Lee Thompson, reżyser „Dział Navarony”, nakręcił jeden z najbardziej stylowych slasherów wszech czasów („Happy Birthday to Me”). W 1985 roku amerykańskie kina zalane zostały przez ekranową grozę, a najgorętsze dyskusje wywołał „Reanimator” Stuarta Gordona. Przykryty grubą warstwą czerwonej farby shocker został zaskakująco pozytywnie oceniony przez krytykę: nawet „obrońcy moralności”, którzy nie tak dawno temu gardzili „Piątkami, trzynastego” czy „Silent Night, Deadly Night”, musieli przyznać, że film jest po prostu dobry. Jeden z najwulgarniejszych i najobficiej przelewających krew horrorów stał się emblematycznym tytułem lat 80. – dziś to klasyk amerykańskiej grozy.

ReAnimator5

     Film stanowi ekranizację opowiadania „Reanimator Herbert West”, za którym stoi H. P. Lovecraft – wątki książkowe traktuje jednak w sposób luźny i niezobowiązujący. Historia, napisana przez wieszcza w latach 1921–1922, parodiowała „Frankensteina” Mary Shelley i w wersji Gordona również dominuje akcent humorystyczny. W filmie podjęty zostaje temat granicy między życiem a śmiercią, choć większość widzów uzna całość za szyderę z body horrorów i mad scientist movies, powstałą na modłę Warholowskiego „Ciała dla Frankensteina”. Bogiem-stwórcą jest w „Reanimatorze” West (Jeffrey Combs), student medycyny, który przybywa do Nowej Anglii ze Szwajcarii, zresztą w atmosferze skandalu. Zaczyna naukę na Uniwersytecie Miskatonic. Choć bystry i ambitny, nie szanuje środowiska akademickiego, głęboko wierzy w swoją wyższość i nieomylność. W towarzystwie współlokatora zaczyna prowadzić eksperymenty na zwłokach. Początkowo udane doświadczenia szybko wymykają się spod kontroli, a przywrócone do życia trupy nabierają cech typowych dla zombie.

Czytaj dalej (Re)birth is always painful. [„Reanimator”, 1985]

O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

     Scenograf „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Charakteryzator, który lata później obsypany został nagrodami za „The Walking Dead”. Do tego Brian Thompson w jednej z najbardziej osobliwych ról swojej kariery. Między innymi ci twórcy zasilili ekipę „Mrocznych życzeń” – horroru kręconego u schyłku lat osiemdziesiątych, którego fabuła pokrywa się trochę z historią przedstawioną w „Linii życia” Schumachera. Grupa studentów zaszywa się w domku pośrodku niczego ze swoim ekscentrycznym profesorem. Mają prowadzić badania nad sensem snu, ale wpadają w sam środek paranormalnej intrygi. „Nightwish”, choć teoretycznie powstawał w dobrych rękach, nie do końca udał się jednak swoim realizatorom. Cały film to jedno wielkie dziwne doświadczenie, o niespójnej fabule, której wystarczy na piętnaście, może dwadzieścia minut czasu ekranowego.

Nightwish3

     Oczekując od „Nightwish” logicznej historii i w ogóle sensownej struktury narracyjnej, można się przeliczyć. Autorski projekt Bruce’a R. Cooka najłatwiej chyba podsumować jako pomieszanie z poplątaniem. W scenariuszu kanibale ustępują miejsca duchom, zmutowane creepy spiskują z kosmitami, a gdzieś w tle powraca motyw koszmarnych wizji opartych na tym, co najbardziej przeraża bohaterów. Ważną rolę odgrywają też w filmie teorie spiskowe, a w jednej ze scen przemądrzały student rzuca do swoich koleżanek: „słuchaj, nie gramy przecież w «Inwazji porywaczy ciał»”. Nie da się ukryć.

Czytaj dalej O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

Sypiając z wrogiem. [„Niewidzialny człowiek”, 2020]

     Tytuł recenzji nie jest przypadkowy. Bohaterką zarówno „Niewidzialnego człowieka”, jak i „Sypiając z wrogiem” jest udręczona kobieta, która po latach przemocy domowej postanawia uciec przed mężem-sadystą. Oba filmy rozpoczynają się ujęciami na wystawną willę, położoną u brzegu oceanu. Pozornej idylli możemy tylko postaciom pozazdrościć, ale okazuje się, że elegancka posiadłość i przystojny małżonek to nie wszystko. Cecilia, bohaterka „The Invisible Man”, zamknięta została w szklanej pułapce – dla Adriana jest przedmiotem, kimś, kogo można posiąść bez reszty. Uwięziona w domu pośrodku niczego, jest bita i zastraszana. Azyl znajduje u byłego męża swojej siostry. Gdy po kilku tygodniach od ucieczki dowiaduje się, że Adrian popełnił samobójstwo, doświadcza ulgi – i źle się z tym czuje. Niestety, mężczyzna nie znika z jej życia nawet po swojej śmierci. Jego niewytłumaczalna obecność doprowadza Cee do szału.

THE INVISIBLE MAN

     Długo czekaliśmy na jego odrodzenie i wreszcie „Niewidzialny człowiek” powrócił – bardziej aktualny niż kiedykolwiek. Leigh Whannell nie wzorował się zanadto na poprzednich odsłonach serii spod szyldu Universal Monsters, postawił na własną wizję. Jego film adaptuje prozę H. G. Wellsa w sposób bardzo luźny i wybiórczy, a do przedkodeksowego klasyku w reżyserii Whale’a odwołuje się za pomocą easter eggów (vide: scena w szpitalu, z zabandażowanym pacjentem). Tradycyjne metody straszenia, choć zagrzały swoje miejsce w filmie, usuwają się w cień na rzecz fascynującego studium paranoi. Cee przekonana jest bowiem, że jej oprawca powrócił – może zza grobu, a może wcale nie, bo nigdy nie umarł. W istnienie tytułowego niewidzialnego człowieka nie wierzy jednak nikt poza kobietą, a nawet my zaczynamy w pewnym momencie kalkulować, czy bohaterka nie postradała czasem zmysłów. Cee bez przerwy spogląda nerwowo przez ramię, czując, że nigdy nie jest sama. Nie ma się gdzie skryć, w walce z prześladowcą skazana jest na siebie. Nakręcił Whannell horror na równi nadnaturalny i osadzony w prozie życia codziennego. „Niewidzialny człowiek” to opowieść o tym, jak dajemy wciągnąć się w wir toksycznej miłości i jak ciężko wydostać się z takiego związku.

Czytaj dalej Sypiając z wrogiem. [„Niewidzialny człowiek”, 2020]

Z dziwnymi eonami. [„Color Out of Space”, 2019]

     „Co to takiego, tylko Bóg jeden wie” – pisał H. P. Lovecraft w swym opowiadaniu „Kolor z przestworzy”, odnosząc się do tytułowego bytu. Uczucie podobnej łamigłówki towarzyszyło mi po obejrzeniu adaptacji autorstwa Richarda Stanleya. Tylko on sam orientuje się, o co w „Color Out of Space” chodziło – taką żywię przynajmniej nadzieję. Stanley nawiązał współpracę z producentami ubiegłorocznej „Mandy”, by wspólnymi siłami zmierzyć się z kultową prozą mistrza weird fiction. Znów postawiono na tripowy fason, dbając, by jaskrawe kolory wypalały widzowi oczy. Fabułę zepchnięto w kąt. Oglądając „Color Out of Space”, bierzemy udział w doświadczeniu halucynogennym i aktorzy musieli wychodzić z tego samego założenia. Grający pierwsze skrzypce Nicolas Cage nigdy dotąd nie szarżował na planie zdjęciowym tak, jak zdarzyło mu się tutaj, a przecież od dawna już wyznaje zasadę, że metoda na sukces tkwi w artystycznej wylewności i dzikim amoku.

Color3

     Gardnerowie mieszkają w nowoangielskim lesie, z dala od cywilizacji. Nathan (Cage), głowa rodziny, to były mieszczuch, który poczuł zew natury i postanowił opuścić metropolię. Wiedzie życie farmera, choć nie wie nic o uprawie plonów i hodowli zwierząt – to jeden z często powtarzających się w filmie gagów. Tylko on wydaje się zadowolony z uroków wiejskiego życia: chorująca na nowotwór żona ma daleko do szpitala, a syn wiecznie przebywa w stodole, wypełniając obowiązki ojca. Kiedy przed domem Gardnerów rozbija się meteoryt, rodzina zaczyna tracić rozum. Przychodzi jej to zaskakująco łatwo – jak gdyby obłąkanie i tak zbliżało się nieuchronnie.

Czytaj dalej Z dziwnymi eonami. [„Color Out of Space”, 2019]

Mutacja. [„Rabid”, 2019]

     „Dlaczego uporczywie próbujemy odświeżać stare trendy?” – pyta nas z ekranu Günter, arogancki i nadęty guru branży modowej. To jeden z drugoplanowych bohaterów nowego „Rabid” – wiecie, długo wyczekiwanego remake’u Cronenbergowskiej „Wściekłości”… Reżyserowany przez siostry Jen i Sylvię Soska film pełen jest humorystycznych, samoświadomych aluzji, choć nie nazwiemy go pastiszem oryginału. To opowieść o fenomenie modyfikacji cielesnej, może nie tak ekstremalna, jak „American Mary” (2012), ale wciąż dosadna. Kanadyjskie bliźniaczki odbierają swej bohaterce ludzką powłokę, ale dają jej głos, którym nie operowała Marilyn Chambers w oryginale Cronenberga.

Rabid4

     W odpowiedzi na pytanie, którym rozpocząłem recenzję: remaki powstają, bo zmieniają się czasy. Bo zmieniają się oczekiwania widzów, potrzeby fanów horroru, bo dawne filmy się starzeją i dezaktualizują. Sprytnie odniosła się do tej kwestii Jen Soska: „zabawa leży w dodaniu czegoś świeżego od siebie, przy jednoczesnym oparciu się na walorach oryginału”. Od razu napiszę: nowa wersja „Wściekłości” nie okazuje się lepsza i bardziej wstrząsająca od tej pierwszej. Podjęto jednak próbę przeprojektowania pierwowzoru, a główną heroinę napojono jeszcze większą niż u Cronenberga siłą.

Czytaj dalej Mutacja. [„Rabid”, 2019]

„I take love seriously, you know?” [„Wściekłość”, 1977]

     David Cronenberg nie zawsze uchodził za wieszcza kina kanadyjskiego. W połowie lat siedemdziesiątych był eksperymentatorem i twórcą undergroundowych kuriozów. Miał na koncie trzy filmy fabularne, które zwróciły na siebie uwagę samego Martina Scorsese, ale zupełnie nie zainteresowały widzów. Reżyser zyskał rozgłos dopiero w roku 1977, kiedy ekrany światowych kin zapałały jego „Wściekłością”. Pomimo mieszanych recenzji film zyskał status kultowego, a z biegiem lat został nawet poddany analizom akademickim. Cielesny horror i sceny tryskające płynami ustrojowymi wchodzą tu w klincz z alegoryczną formułą.

Rabid1977-1

     Na planie „Wściekłości” spotkali się prowokatorzy: Cronenberg oraz aktorka Marilyn Chambers, znana przede wszystkim jako gwiazda porno. Świeżo po występie w „Behind the Green Door” (najbardziej artystycznym filmie XXX wszech czasów) Chambers zapragnęła dowieść, że stać ją na więcej. Że ma nie tylko piękne ciało, ale też duszę artystki. Choć „prawdziwego” aktorstwa ledwo posmakowała, jej rola we „Wściekłości” do dziś pozostaje pamiętna.

Czytaj dalej „I take love seriously, you know?” [„Wściekłość”, 1977]