Archiwa kategorii: Science-fiction

Milczenie cnotą głupców? [„Mute” aka „Bez słowa”, 2018]

     Duncan Jones aż piętnaście lat czekał, by jego wyśniony projekt, „Mute”, został wreszcie zrealizowany przez którąś z hollywoodzkich wytwórni. Miało to być jego najambitniejsze dzieło, pewnym wydawał się fakt, że krytycy, pod wpływem filmu, oniemieją z zachwytu. Od początku stycznia reżyser intensywnie promował swoją czwartą fabułę w mediach społecznościowych. Po premierze przyszło wielkie rozczarowanie: „Mute” – czy też „Bez słowa” – to nie tylko jedno z bardziej clickbaitowych przedsięwzięć Netfliksa, ale też mocny kandydat do tytułu najgorszego filmu 2018 roku.

Mute2

     Zapowiadano, że będzie „Mute” duchowym sequelem nagradzanego dramatu sci-fi „Moon”, także w reżyserii Jonesa. I faktycznie, Sam Rockwell powtarza swoją rolę zagubionego astronauty na całe dwadzieścia sekund. Występ cameo w jego wydaniu jest bardzo niepotrzebny, zupełnie jak budowanie między „Bez słowa” a „Księżycem” tematycznego uniwersum. Reżyserując „Moon”, dążył Jones do skrupulatnie wyznaczonego celu i, zdaniem wielu (choć nie moim), zapracował sobie na aplauz. „Mute” to natomiast eklektyczny miszmasz wszystkiego i niczego – posklejany, jakby na oślep, z chybionych pomysłów, gnający w gruncie rzeczy donikąd. Widzowie z ekscytacją wyczekiwali nowego filmu Jonesa, a on zafundował im bezdennie puste doświadczenie: ponad dwugodzinną podróż po cyberpunkowym świecie przyszłości, zbudowanym ze scenograficznych odpadów po „Łowcy androidów”.

Czytaj dalej Milczenie cnotą głupców? [„Mute” aka „Bez słowa”, 2018]

Reklamy

PhoeniX-Files. [„Phoenix Forgotten”, 2017]

     13 marca 1997 roku mieszkańcy Phoenix w Arizonie byli świadkami niewytłumaczalnego zjawiska: niebo zasłonięte zostało przez olbrzymich rozmiarów obiekt latający, równie ciemny jak noc, tlący się błyskiem kilku symetrycznie wobec siebie położonych, nieruchomych świateł. Sceptycy wykluczyli, jakoby nad arizońskimi terenami przelatywał pojazd istot nie z tego świata: źródłem iluminacji mogły być w końcu wojskowe rakiety sygnalizacyjne, a gwiazdy mogły przykryć kłęby chmur. Nastoletni Josh Bishop (Luke Spencer Roberts) jest jedną z tysięcy osób, które gardzą racjonalnymi wyjaśnieniami lokalnych władz. Uzbrojony w kamerę i zdeterminowany, by poznać prawdę na temat sensacyjnego wydarzenia, chłopak postanawia nakręcić amatorski film dokumentalny. Wraz z dwójką towarzyszy wyrusza w głąb pustyni; wierzy, że na górzystych, skalistych powierzchniach uda mu się uchwycić tajemnicze światła, a może nawet dowiedzieć się, czym są.

phoenixforgotten2

     Josh i członkowie jego ekipy nie wracają, oczywiście, z wyprawy na pustkowia, a nagrania przedstawiające ostatnie chwile ich życia po latach odkryte zostają gdzieś w zakurzonym magazynie. Reżyser Justin Barber otwarcie przyznaje, że „Phoenix Forgotten” to horror zrealizowany w tradycji klasycznego „Blair Witch Project”. Gdy wiedźma z Blair straszyła widzów kinowych blisko dwie dekady temu, Barber był jeszcze chłystkiem. Dziś jest doświadczonym twórcą efektów specjalnych, grafikiem, operatorem zdjęć oraz mistrzem oświetlenia. Powstały w konwencji znalezionych taśm „Phoenix Forgotten” stanowi właściwy debiut reżyserski artysty z Arizony i od razu ściąga na niego uwagę. Film Barbera nie rewitalizuje w pełni podgatunku found footage – zdaniem mas chylącego się już ku upadkowi, choć i bez tego atutu zasługuje na pochwałę. Wszystko za sprawą spielbergowskiego podejścia Barbera do obowiązków reżysera.

Czytaj dalej PhoeniX-Files. [„Phoenix Forgotten”, 2017]

Umarł Ridley Scott, niech żyje Ridley Scott [„Obcy: Przymierze”, 2017]

     Statek-arka „Przymierze” zmierza w kierunku Origae-6, pozasłonecznej planety o niemal ziemskiej sile ciężkości i atmosferze. Na pokładzie osadniczego pojazdu, poza załogą, znajduje się blisko dwa tysiące zahibernowanych kolonistów oraz kilkaset embrionów. W wyniku komplikacji ekspedycja trafia na nieznaną gwiezdną przystań, która, choć przypomina ziemię obiecaną, kryje potworną tajemnicę. Na pozornie wyludnionej planecie wykształtowała się obca forma życia, jakiej członkowie wyprawy nie widzieli nawet w najgorszych koszmarach. Spotkanie nieznanych sobie nawzajem ras może przeistoczyć się w nierówną walkę.

Covenant2

     „Obcy: Przymierze” – premiera bezprecedensowa, quasi-sequel, który u niejednego kinomana zatrzymał oddech. Rezurekcja najsłynniejszego kosmity dziesiątej muzy zajęła Ridleyowi Scottowi dłuższą chwilę. W czasach, gdy mocarne serie filmowe co rusz są rebootowane, powrót Obcego na kinowe ekrany wydaje się jednak logicznym posunięciem. Dzięki scenariuszowi współautorstwa Johna Logana Obcy nie tylko został przywrócony do życia, ale i odzyskał świetną formę. Ekranowe harce neo- i protomorfów nie stanowią może głównego punktu odniesienia dla fabuły „Przymierza”, z pewnością sprawią natomiast, że w oku ciut starszych widzów zakręci się nostalgiczna łza.

Czytaj dalej Umarł Ridley Scott, niech żyje Ridley Scott [„Obcy: Przymierze”, 2017]

Nastoletnia apokalipsa. [„Viral”, 2016]

     „Viral” w reżyserii Henry’ego Joosta i Ariela Schulmana nie jest filmem wybitnie oryginalnym, o czym świadczy już jego atrakcyjny, lecz mocno inspirowany sztuką H.R. Gigera plakat. Pomimo oczywistych podobieństw, jakie w strukturze scenariusza łączą horror choćby z serialową porażką FX, „The Strain”, nie można mówić o nim jako o „powtórce z rozrywki”. „Viral” tylko powierzchownie sprawia wrażenie wtórnego straszaka.

viral1

     Im więcej czasu spędzimy z Emmą (Sofia Black-D’Elia) i Stacey (Analeigh Tipton), tym bardziej utwierdzimy się w przekonaniu, że ma film z ich udziałem zadatki na kino nienaśladowcze. I choć „Viral” świeżą wizją apokalipsy jest tylko częściowo (twórcy zobligowani są do korzystania z pewnych utartych klisz), kameralność przedstawionej historii wyróżnia się i przykuwa uwagę, a przede wszystkim pozwala złapać oddech przed premierą kolejnej pandemicznej sztampy. „Viral” to film, w którym nie uciekamy przed śmiertelnym wirusem na koniec świata, a kryjemy się przed nim w domowym zaciszu, film, w którym hordy złaknionych krwi bestii nie czyhają na nas w każdym ciemnym zaułku, film, w którym utożsamiamy się z bohaterami – zachowującymi i porozumiewającymi się w sposób naturalny, nieheroiczny. Brakuje projektowi odrobiny więcej dynamizmu, choć należy pamiętać, że nie kręcono go jako standardowy „apocalypse movie”. Koniec końców, także dzięki kilku przyprawiającym o autentyczne ciarki momentom, okazuje się „Viral” horrorem znacznie lepszym i znacznie mniej taśmowym niż poprzednie dzieło duetu Joost-Schulman, „Paranormal Activity 4”.

Czytaj dalej Nastoletnia apokalipsa. [„Viral”, 2016]

Social terror. [„Antisocial”, 2013]

     W „Pulsie”, napisanym przez Wesa Cravena, internauci zaczęli masowo popełniać samobójstwa ku pokrzepieniu nowomilenijnych fobii technologicznych. W zombie horrorze „28 dni później” wybudzony ze śpiączki bohater odkrył, że Ziemia stoi w obliczu apokaliptycznej pandemii, zamieniającej chorych w agresywne monstra. „Antisocial” w reżyserii Cody’ego Calahana stanowi niezborne połączenie obu wymienionych pozycji. To film nakręcony niemal bez żadnej inwencji twórczej, na domiar złego często dający wyraz amatorstwu i niedojrzałości swych wykonawców.

antisoc1

     Grupa studentów celebruje ostatni dzień roku, wyprawiając huczne przyjęcie. Dla niepokornej, chodzącej własnymi ścieżkami Sam (Michelle Mylett w nad wyraz letargicznej kreacji) okazuje się ono doskonałą okazją do zatopienia smutków w alkoholu: kilka godzin temu dziewczyna została porzucona przez ukochanego. Nieoczekiwanie w mieszkaniu imprezowiczów zjawia się nieproszony gość. Mężczyzna przejawia symptomy wścieklizny i zostaje zabity w akcie samoobrony. Media donoszą o podobnych atakach; ich zasięg w zawrotnym tempie obiega cały świat. Żniwa szaleństwa są krwawe i niezliczone. Czy nadciąga koniec świata?

Czytaj dalej Social terror. [„Antisocial”, 2013]

„Shortwave”: strach niesiony falami radiowymi

     Niezależny artysta Ryan Gregory Phillips, twórca komediodramatu „Southern Comfort” (2014) oraz nagradzanego krótkiego metrażu „Meridian” (2011), wydaje nowy film. Zwiastun fantastycznonaukowego thrillera „Shortwave” trafił do sieci i wzbudził spore zainteresowanie wśród kinomanów lubujących się w zaangażowanym, mrocznym kinie.

     Zapowiadany jest drugi pełny metraż Phillipsa jako zmodernizowany, pełen napięcia dreszczowiec psychologiczny. Bohaterowie filmu – Isabel i Josh – tracą jedyne dziecko i popadają w depresję. By ratować chwiejące się małżeństwo, wyruszają do odizolowanego domu w lesie. Jednocześnie robią, co w ich mocy, by odnaleźć zaginionego syna. Udaje im się odebrać tyleż tajemnicze, co niepokojące fale radiowe, które mogą być sygnałem wysłanym z przestrzeni kosmicznej lub nawet z innego wymiaru. Fale oddziałują na Isabel. Kobieta zaczyna doświadczać straszliwych wizji, powracają do niej odległe wspomnienia.

Czytaj dalej „Shortwave”: strach niesiony falami radiowymi