Archiwa kategorii: Science-fiction

No braaain, just pain. [„Dead Trigger − Oddział śmierci”, 2017]

     Świat pogrążył się w chaosie po tym, jak tajemniczy wirus przemienił ludzkość w wygłodniałe zombie. Specjalna jednostka wojskowa ma opuścić tak zwaną bezpieczną strefę i odnaleźć antidotum, które pomoże opanować pandemię. Żołnierzami dowodzi były policjant Kyle Walker (Dolph Lundgren), doskonale władający zarówno przyciężkimi karabinami, jak i śmiertelnie ostrą maczetą. Czy zdoła on ocalić Ziemię przed zagładą?

Untitled 3

     Rozumiem, dlaczego wystąpił w „Dead Trigger − Oddziale śmierci” Isaiah Washington. Niegdysiejszy gwiazdor hitowego serialu − zasłużenie oddalony przez showrunnera z planu − dziś jest aktorem trzecioligowym. Ale Dolph Lundgren posiada przecież więcej honoru, a na pewno ma lepszego nosa do teoretycznie trashowych filmów, które wcale nie okazują się kulawe (przykład: „Don’t Kill It”). Nie wiem, co pchnęło go w objęcia Scotta Windhausera; może perspektywa zafarbowanej głowy i nostalgicznego powrotu do przeszłości.

Czytaj dalej No braaain, just pain. [„Dead Trigger − Oddział śmierci”, 2017]

Reklamy

McDowell i Paré kontra Predator-baletnica. [„Hydrosfera”, 1997]

     Po katastrofie nuklearnej świat pogrążył się w głębokim kryzysie. Kapitan Sean Murdoch − były marynarz, chętnie sięgający po butelkę alkoholu − zostaje zatrudniony przez tajemnicze przedsiębiorstwo o nazwie Proxate. Ma przetransportować tajemniczy ładunek do portu w Nigerii. Nie wie jeszcze, że towar, który znajduje się na pokładzie jego statku, może zagrozić losom ludzkości.

Hydrosfera2

     Akcja „Hydrosfery” toczy się na statku płynącym wodami Atlantyku, choć równie dobrze mogłaby zostać osadzona w opuszczonym magazynie przemysłowym. Niemal żadna ze scen nie została nakręcona w otwartej przestrzeni, zdecydowana większość toczy się we wnętrzach wyglądających jak zgliszcza zdewastowanego planu zdjęciowego − aktorzy walają się po scenograficznych odpadach. Równie „imponujące” są ujęcia na okręt Murdocha, sunący po wodnej tafli. To ewidentny element makiety. „Hydrosfera” to bubel ze złotej epoki VHS-ów − film taśmowy, fabularnie nad wyraz skondensowany, zagrany dobrze, ale zupełnie pozbawiony błysku. I tylko duetu McDowell-Paré szkoda.

Czytaj dalej McDowell i Paré kontra Predator-baletnica. [„Hydrosfera”, 1997]

Dead in the water. [„The Meg”, 2018]

     Gdzieś opodal Rowu Mariańskiego spustoszenie sieje potężny, prehistoryczny megalodon. Choć słuch miał po nim zaginąć niemal milion lat temu, grupa nieszczęśników przekona się o jego morderczej sile. Mierzący ponad osiemnaście metrów rekin − największy drapieżnik oceanu − nie spocznie dopóki nie zaspokoi swego wybujałego głodu. Wojnę potworowi wypowiada komandor Jonas Taylor (Jason Statham) − obcesowy twardziel, który od swojej brody odpaliłby zapałkę, a i przerośniętej, spodoustej rybie przywali, jak zajdzie taka potrzeba.

TheMeg2

     „The Meg” nie stanie się niechlubnym klasykiem kina − takim, za jaki uchodzi dziś „Piekielna głębia”. Jest to film równie absurdalny, ale nie tak charyzmatyczny; widza zajmuje raczej incydentalnie, pomimo swego popcornowego ukierunkowania. Wszyscy lubimy uciec czasem w świat nieprawdopodobnych istot, piastujących władzę w morskich otchłaniach, w których płetwę zanurzyłby jedynie szorstki twardziel, jak Statham. Niestety, „The Meg” ze skwapliwym eskapizmem ma niewiele wspólnego i zbyt często prowokuje u oglądającego atak ziewania. Film jest zbyt familijny, brakuje w nim rozlewu krwi, który starszą o osiem lat „Piranię 3D” uskrzydlił (w kilku scenach całkiem dosłownie). Być może Eli Roth, którego pierwotnie sadzano na reżyserskim krześle, wykrzesałby z tej opowieści więcej.

Czytaj dalej Dead in the water. [„The Meg”, 2018]

Zakazany owoc. [„Fatum Elizabeth”, 2018]

     Piękna, choć naiwna Elizabeth (Abbey Lee, „Neon Demon”) zamieszkuje w posiadłości świeżo poślubionego męża-noblisty (Ciarán Hinds). Nie jest to zwyczajny dom, a ociekający bogactwem i nowoczesnością pałac. Henry obsypuje dużo młodszą małżonkę biżuterią, drogimi kreacjami i wszystkim, czego mogłaby zapragnąć. Prosi ją tylko o jedno: by nie schodziła do piwnicy, gdzie znajduje się jego biuro − niedostępne dla nikogo poza nim samym. Miesiąc miodowy przerywa nagły wyjazd mężczyzny w podróż służbową. Znudzona i osamotniona Elizabeth łamie przyrzeczenie i postanawia odkryć, co znajduje się za tajemniczymi drzwiami.

ElizabethHarvest2

     Reżyserem „Fatum Elizabeth” jest Sebastian Gutierrez, autor scenariuszy do „Gothiki” i hollywoodzkiego remake’u „Oka”. Jego najnowszy projekt garściami czerpie z mrocznej baśni Charlesa Perraulta, „Sinobrodego”. „Opowieść o Sinobrodym zawsze mnie fascynowała i zarazem, w równym stopniu, przerażała” − powiedział Gutierrez przed premierą filmu na tegorocznym festiwalu SXSW. Historię uwspółcześniono, choćby barokowe zamczysko podmieniając na willę zbudowaną w stylu high-tech. „Fatum Elizabeth”, faktycznie, mogłoby przerażać, bo traktuje o zawiedzionym zaufaniu i niebezpieczeństwach wynikających z ciekawości (to przecież pierwszy stopień do piekła). Film okazuje się jednak zbyt sterylny i powolny w swym tempie. W scenariuszu dużo uwagi poświęcono pytaniu „kim jesteśmy?” oraz powierzchownym rozmowom o pochodzeniu życia. Tematy to co najmniej trudne. Kolejne dylematy znajdują wprawdzie swoje odpowiedzi − inaczej zabrakłoby morału − ale droga do ich rozwikłania nie jest zbyt ciekawa, bo często zbiera się bohaterom na pseudofilozoficzne bajdurzenie.

Czytaj dalej Zakazany owoc. [„Fatum Elizabeth”, 2018]

Bajki robotów. [„Pacific Rim: Rebelia”, 2018]

     Olbrzymie potwory „Kaiju” sprawiły, że świat dotknięty został piętnem chaosu. Do życia w takich realiach doskonale przystosował się Jake Pentecost (John Boyega) − pilot Jaegerów, syn wybitnego żołnierza. Jake to kryminalista, który otrzymuje od rządu propozycję: jeśli obiecuje kontynuować dzieło swojego ojca i dołączy do Eskadry Obronnej Pan-Pacific, nie trafi do pudła. Czy krnąbrny bohater − w którego żyłach płynie ferwor walki − stoczy pojedynek z gigantycznymi monstrami?

PRUprising3

     Warto napisać wprost: „Pacific Rim: Rebelia” to film znacznie słabszy niż jego prequel z 2013 roku. Guillermo del Toro nigdy nie pojawił się na planie zdjęciowym projektu, który finalnie przejął reżyser-debiutant, Steven S. DeKnight. Zamiast tego, rozpoczął prace nad „Kształtem wody”, co − jak wiemy − wyszło mu na zdrowie. „Rebelia” nie jest tak stylowa, jak pierwszy „PR” − brakuje jej choćby lovecraftowskiej ikonografii. Niestety, nie tylko. Zadziwiająco rzadko dochodzi w filmie do konfrontacji „Kaiju” vs. bohaterscy Ziemianie, a widowiskowość nielicznych scen akcji i tak kuleje (ciężko wyrwać widza z ospałego letargu, kiedy postaci o takich imionach, jak Amara Namani nijak nie wpisują się w wizerunek ekranowego bad assa). Na wielu poziomach jawi się „Rebelia” jako wydmuszka.

Czytaj dalej Bajki robotów. [„Pacific Rim: Rebelia”, 2018]

Halo, tu Ziemia. [„Devil’s Gate”, 2017]

     Zapyziałe miasteczko w Dakocie Północnej odwiedza Daria Francis (Amanda Schull), agentka specjalna FBI, która ma wyjaśnić sprawę nagłego zniknięcia pewnej matki i jej syna. Zastępca szeryfa, Colt (Shawn Ashmore) – przydzielony wyższej rangą koleżance po fachu bardziej jako rzep niźli gliniarz – nie wydaje się pochłonięty incydentem. Wiezie agentkę na farmę zamieszkaną przez męża zaginionej. Postawny Jackson (Milo Ventimiglia) jest stereotypowym redneckiem: według funkcjonariuszki Biura Śledczego, prawdopodobieństwo, że zabił swoją kobietę, jest wysokie. W piwnicy brutalnego farmera, faktycznie, skrywane są straszliwe tajemnice. Daria nie wie jednak, jak dalece myli się w swoich przypuszczeniach.

DevilsGate2

     „Devil’s Gate” jest autorskim projektem Claya Stauba, II reżysera, który pomagał w realizacji głośnych remake’ów: „Świtu żywych trupów” (2004) i „Coś” (2011). Jako reżyser pierwszego planu wykonuje Staub swoją robociznę na pół gwizdka. Niewiele komponentów filmu zwraca na siebie widzowską uwagę; najbardziej w uszy rzucają się jednak odpustowe dialogi. Z jakiegoś powodu historia, zasilana paliwem patosu, odnosi się w końcu do tragedii, którą usłane było życie rdzennych Amerykanów dekady temu. Kręte nawiązania do sytuacji prawnej plemienia czirokeskiego nijak nie trzymają się kupy – bo film zbudowany został na antytezach i sprzeczności. Staub wyciąga – niczym z magicznego kapelusza – psychopatów, demony, wreszcie kosmitów i… Indian. Zamiast fabuły, formuje się bezkształtna, amorficzna bajda. Sztuczki reżysera bynajmniej nie zasługują na aplauz, a podniosłe frazy z trudem przechodzą przez gardło zmieszanym aktorom. „To nie oni są tu Indianami”, wyklepuje Schull, w odniesieniu do obcych, którzy nawiedzili Ziemię – „to my”. Potem dodaje: „Mój dziadek powtarzał, że w jednej szesnastej jest Czirokezem. Tak bardzo się tym chełpił.” W innej scenie, według uznania, przytoczony zostaje fragment Biblii. W końcu kosmita też człowiek; jego ziemskie cierpienia śmiało można przyrównać do męki jezusowej. Błyskotliwe symbole i metafory malują się wyłącznie w głowie Stauba – my obserwujemy, jak na pełnych obrotach pracuje silnik napędzający spiralę kiczu.

Czytaj dalej Halo, tu Ziemia. [„Devil’s Gate”, 2017]