Archiwa kategorii: Supernatural horror

Goodbye people, goodbye smog, hello murder. [„Berserker”, 1987]

     Slashery, w których grupę studentów college’u terroryzuje średniowieczny wiking, policzyć można na palcach jednej ręki. A nawet na palcu. Numer jeden tej listy to „Berserker” – koniec. Powstały w 1987 roku horror stalk n’ slash przez ponad trzy dekady pozostawał zupełnie zapomniany, ale rok temu wydany został na odpicowanym Blu-rayu przez Vinegar Syndrome. To niszowy dystrybutor specjalizujący się w odkopywaniu unikatowych filmów klasy „B” i trzeba przyznać, że z „Berserkerem” ekipa z VS przeszła samą siebie. Na nośniku BD ten stary i bardzo niskobudżetowy straszak wygląda fantastycznie, dzięki czemu poznanie legendy tytułowego wojownika jest czystą frajdą.

Berserker06

     Pierwszą scenę filmu osadzono… w X wieku. U wybrzeży przyszłych Stanów Zjednoczonych zatrzymuje się wikiński okręt, na pokładzie którego przebywa przysadzisty bojownik o niezrównoważonym spojrzeniu i gołym torsie. Zawodzi do księżyca jak dzikie zwierzę, co jest o tyle zrozumiałe, że twarz zakrywa mu niedźwiedzia maska. Następuje klasycznie ejtisowa czołówka, podczas której maksymalne close-upy przeplatają się z planszami wymieniającymi nazwiska aktorów. I tu rodzi się pytanie, kto właściwie będzie slaszował dzieciaki w niniejszym slasherze: czasem wydaje nam się, że widzimy na zbliżeniach dzikusa, który przywdział łeb niedźwiedzia, a kiedy indziej w kadrze faktycznie gości drapieżny ssak o tytanowych kłach. „Zagadkę” może już trochę rozstrzygnąłem w pierwszym akapicie, ale umówmy się – tytuł filmu nie jest przypadkowy i zobowiązał twórców do pewnych rozwiązań narracyjnych.

Czytaj dalej Goodbye people, goodbye smog, hello murder. [„Berserker”, 1987]

Ziew. [„Dreamkatcher”, 2020]

     „Dreamkatcher” to jeden z setek zorientowanych na jump scare’y horrorów, jakie będziecie mogli obejrzeć w tym roku – kropla w morzu paranormalnych łez. Film ewidentnie kosztował niewiele, pełen jest niezbyt natchnionego aktorstwa, a twórcy zamiast ryzykować, grają półśrodkami. Nadużywają ujęć z drona, bo tak będzie taniej. Stosują niewybredne, ograne cięcia, choć montaż to przecież kluczowy dla kina grozy środek dramaturgiczny. Najwięcej zawdzięczają realizatorzy ciekawemu miejscu akcji, w którym rzecz się dzieje; cóż jednak z tego skoro przestrzeń ekranu staje się polem nudnych zdarzeń, reżyserowanych wedle podręcznika horrorowej sztampy?

Dreamkatcher2

     Bohaterowie „Dreamkatchera” to absolutne klisze: mamy tu chłopca słyszącego głos zmarłej matki, upiorną staruszkę uprawiającą indiańskie gusła (nieprzekonująca Lin Shaye) i panią psycholog (Radha Mitchell), która nie wierzy w nadnaturalne zjawiska nawet, gdy dokonują się wprost przed jej nosem. Wszyscy podejmują niemające sensu decyzje, na czym cierpi ciąg przyczynowo-skutkowy (Luke zabiera Gail na wypad za miasto, ale szybko wraca tam, skąd przyjechał, bo… niezwłocznie musi napisać piosenkę klientowi). Praktycznie nic nie trzyma się w filmie kupy, co odzwierciedlają sceny snu we śnie i przede wszystkim fatalny epilog z udziałem postaci, których dotąd nie widzieliśmy na oczy. Nawet postać „nawiedzonego” dzieciaka zupełnie mija się z pokładanymi weń oczekiwaniami: na przykład próbując skrzywdzić Gail, swoją przybraną, nową mamę, zostawia on otwartą szafkę, by nabiła sobie guza. Zaiste, straszne…

Czytaj dalej Ziew. [„Dreamkatcher”, 2020]

O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

     Scenograf „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Charakteryzator, który lata później obsypany został nagrodami za „The Walking Dead”. Do tego Brian Thompson w jednej z najbardziej osobliwych ról swojej kariery. Między innymi ci twórcy zasilili ekipę „Mrocznych życzeń” – horroru kręconego u schyłku lat osiemdziesiątych, którego fabuła pokrywa się trochę z historią przedstawioną w „Linii życia” Schumachera. Grupa studentów zaszywa się w domku pośrodku niczego ze swoim ekscentrycznym profesorem. Mają prowadzić badania nad sensem snu, ale wpadają w sam środek paranormalnej intrygi. „Nightwish”, choć teoretycznie powstawał w dobrych rękach, nie do końca udał się jednak swoim realizatorom. Cały film to jedno wielkie dziwne doświadczenie, o niespójnej fabule, której wystarczy na piętnaście, może dwadzieścia minut czasu ekranowego.

Nightwish3

     Oczekując od „Nightwish” logicznej historii i w ogóle sensownej struktury narracyjnej, można się przeliczyć. Autorski projekt Bruce’a R. Cooka najłatwiej chyba podsumować jako pomieszanie z poplątaniem. W scenariuszu kanibale ustępują miejsca duchom, zmutowane creepy spiskują z kosmitami, a gdzieś w tle powraca motyw koszmarnych wizji opartych na tym, co najbardziej przeraża bohaterów. Ważną rolę odgrywają też w filmie teorie spiskowe, a w jednej ze scen przemądrzały student rzuca do swoich koleżanek: „słuchaj, nie gramy przecież w «Inwazji porywaczy ciał»”. Nie da się ukryć.

Czytaj dalej O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

Postrach na podwórzu. [„The Wretched”, 2019]

     Pierwsze minuty „The Wretched” mogłyby sugerować, że mamy do czynienia z kolejnym rutynowym horrorem, gdzie jump scare’y to jedyna metoda, za sprawą której twórcy chcą dotrzeć do widza – bo chcą po prostu wstrząsnąć nim w fotelu. Projekt braci Bretta i Drew Pierce’ów niewiele ma jednak wspólnego z „Obecnością” czy „Naznaczonymi”, bardziej próbuje uderzyć w strunę ponadpokoleniowej nostalgii. Z dużym akcentem na „próbuje”.

Wretched2

     W filmie, który opowiada o naturalnym dla większości z nas strachu przed wykluczeniem i byciem zapomnianym, nastolatek odkrywa, że ciało jego sąsiadki przywłaszczyła sobie antyczna wiedźma. Skryta w cudzej skórze, manipuluje bliskimi Bena dla własnych korzyści. Skojarzenia z „Postrachem nocy” i „Disturbią” nasuwają się same, choć końcowy efekt wysiłku Pierce’ów raczej nie zostanie wpisany w poczet horrorowych cult favorites. Za dużo tu dysonansu i chęci zadowolenia wszystkich widzów. Reżyserzy manewrują motywami znanymi z kina comig-of-age, paranormalnych straszaków i lekkostrawnych komedii grozy (główny bohater swoją wiedzę o czarownicach czerpie z Witchypedii). Żonglerka nie zawsze się sprawdza, czemu dowodzi finał: niby mroczny i zabarwiony nihilizmem, ale jednak anemiczny, pozbawiony elementu zaskoczenia. Całość nie wywiera silniejszego wrażenia, nie zostaje z nami na długo po seansie, bo brakuje „The Wretched” czegoś, co wyróżni film na tle innych tylko niezłych horrorów.

Czytaj dalej Postrach na podwórzu. [„The Wretched”, 2019]

Pomieszanie z poplątaniem. [„Wyspa Fantazji”, 2020]

     Tegoroczne horrory ze stycznia i lutego naprawdę dorastają do swojej niechlubnej reputacji. „The Grudge”, „The Turning”, „Underwater” − każdy z tych tytułów był wielkim rozczarowaniem. Ale jednocześnie każdy stanowił, faktycznie, pewną formę kina grozy, czego nie można powiedzieć o „Wyspie Fantazji” Jeffa Wadlowa. Film ten uśmiercony został przez chybiony marketing, niefortunnie przydzieloną kategorię wiekową i stertę naprawdę źle przemyślanych plot twistów.

FantasyIsland3

     Najłatwiej podsumować „Wyspę Fantazji” jako pomieszanie z poplątaniem. Tonalnie film sprawia wrażenie nieopanowanego, dawkującego na wyrywki kuriozalny horror, komedię, akcję z udziałem zombie, torture-pornowe zabawy w piwnicy, hallmarkową dramę. Chwilami wydaje się, że scenariusz to efekt burzy mózgów dziesięciu fabularzystów − za dużo tu pomysłów, które nie zostają potem rozwinięte w satysfakcjonujący sposób. Wątki paranormalne, zamiast straszyć, żenują, a podróże w czasie nie mają żadnego sensu − zwłaszcza w epilogu, który łączy kinową „Wyspę…” z oryginalnym serialem telewizyjnym. W niczym nie pomaga restrykcja PG-13, a oczywista dla takiej historii brutalność wydaje się chwilami niepotrzebnie tłamszona; nijak nie wykorzystuje też Wadlow talentów swojej obsady. Kim Coates znów drapie po uszach twardym akcentem (tym razem rosyjskim), a Ryan Hansen po raz enty wciska nam, że jest 20-letnim frat boyem. Ładne zdjęcia i malownicze tereny Fidżi na niewiele się zdają. „Wyspa Fantazji” to dużo słabsza produkcja Blumhouse’a niż chociażby „Prawda czy wyzwanie”. Co ciekawe, w obu filmach wystąpiła Lucy Hale; w obu bohaterowie wybierają się na wakacje z piekła rodem, które będą miały dla nich okropne konsekwencje.

Czytaj dalej Pomieszanie z poplątaniem. [„Wyspa Fantazji”, 2020]

Neogotycki snuj. [„The Turning”, 2020]

     Floria Sigismondi wyreżyserowała w przeszłości kilka znakomitych wideoklipów i zawsze miała oko do ciekawych zabiegów scenograficzno-operatorskich. To ona stoi za najlepszymi teledyskami Marilyna Mansona, Christiny Aguilery, Sigur Rós. Jej ostatni film, „The Turning”, ponownie, przedstawiony zostaje w perfekcyjnej szacie wizualnej, ale to doświadczenie puste jak wydmuszka.

TurningThe2

     Za produkcję tego neogotyckiego horroru odpowiada Roy Lee – ten sam, który w ostatnich latach dał nam między innymi „Rings” czy „Brahms: The Boy II” i od dłuższego czasu zdaje się odcinać kupony od swoich dawnych sukcesów. Już samo nazwisko Lee w napisach początkowych podpowiada, z jakim filmem będziemy mieć do czynienia. „The Turning” to ten typ kina grozy, w którym creepy kids are being creepy – nic więcej, nic ponad to. Sigismondi próbuje dyskursować na temat zdrowia psychicznego, ale rozprawy są zbyt zawoalowane, byśmy w ogóle mogli w nich uczestniczyć. Cały film taki jest: udaje coś, czym nie jest, sprawia wrażenie napuszonego, razi chłodną reżyserią. Bywa tak formalistyczny, że ciężko przez niego przebrnąć.

Czytaj dalej Neogotycki snuj. [„The Turning”, 2020]