Archiwa tagu: miejska legenda

Stylowy powrót do przeszłości. [„The Mortuary Collection”, 2019]

Nadziwić się nie mogę nad „The Mortuary Collection” niejakiego Ryana Spindella. W teorii prosta antologia grozy o mało zachęcającym plakacie i miałkim sloganie reklamowym („Every corpse has a story”) okazuje się czymś więcej i sprawia ogrom frajdy. Spindell wykorzystuje w filmie swój ciepło przyjęty short („The Babysitter Murders” sprzed pięciu lat) i osnuwa wokół niego garść opowiastek z dreszczykiem – niby w duchu gateway horroru, ale jednak z odpowiednią dawką makabry.

Jest tu więc, poza humorem i dziecięcymi bohaterami, miejsce dla cielesnego rozpadu oraz gejzerów krwi, a także szczypta seksu. Ostatni segment zaaranżowano na modłę slasherów z lat osiemdziesiątych – „The Mortuary Collection” w ogóle pomyślany został jako utopiony w stylistyce retro. Pomaga filmowi jego kontrast względem innych współczesnych antologii: całość wyreżyserował jeden i ten sam twórca (a nie dwudziestu siedmiu, jak w „ABCs of Death”), dzięki czemu udało się wypracować jednolity ton. Nie ma tu złych „nowelek”; całość budzi wspominki po straszakach Amicusa, a Clancy Brown, jako teatralny grabarz Montgomery Dark, tworzy kreację à la Vincent Price w swoich złotych latach.

Czytaj dalej Stylowy powrót do przeszłości. [„The Mortuary Collection”, 2019]

Impreza, w której warto uczestniczyć. [„Halloween Party”, 2019]

Po mrocznym, postapokaliptycznym horrorze „There Are Monsters” z 2013 roku Kanadyjczyk Jay Dahl postanowił odrobinę wyluzować. Usiadł do komputera i zaczął pisać scenariusz jednego z najzabawniejszych straszaków ostatnich miesięcy – takiego, jaki sam chętnie obejrzałby z kumplami przy piwie w piątkowy wieczór. Jego „Halloween Party” toczy się na kampusie uniwersyteckim tuż przed tytułowym świętem duchów. Tego roku na studenckie tańce wbiją też nieproszeni goście z obcego wymiaru. Okazuje się, że miasteczko akademickie zbudowano na zgliszczach starego szpitala, w którym leczono grupę zdeformowanych genetycznie dzieci. Dla potwornie okaleczonych pacjentów każdy dzień był w istocie świętem halloween – bo straszyły one swoim wyglądem.

Kiedy nowy, zupełnie szczęśliwy dom zostaje postawiony na grobowcu lub cmentarzysku, jego lokatorzy sami proszą się o kłopoty – nauczyło nas tego wiele horrorów, z „Poltergeistem” na czele. Cały film jest wielką, postmodernistyczną sztuczką, a Dahl mnoży intertekstualne cytaty i nawiązania. Nastoletni bohaterowie giną bowiem na skutek kuriozalnej klątwy, po odebraniu internetowego mema z niechcianą niespodzianką: wirusem. Zirracjonalizowana do potęgi technologia zbiera tu krwawe żniwo zupełnie jak w „Kręgu” Hideo Nakaty, ale film nie jest równie archaiczny: gdy w bibliotece uczelnianej pani w okularach wręcza studenciakom rzutnik projekcyjny, ci przecierają oczy ze zdumienia. „Co to jest?! Przed erą Netfliksa ludzie żyli jak zwierzęta…”

Czytaj dalej Impreza, w której warto uczestniczyć. [„Halloween Party”, 2019]

Serce się kraje. [„Moja krwawa walentynka”, 1981]

     Jest rok 1981. Po utopionym we krwi halloween i morderczo pechowym piątku, trzynastego przyszła pora na horror z udziałem miłosnych liścików i bombonierek. Tak jakby. W „Mojej krwawej walentynce” na czerwonych karteczkach zapisywane są nie wyznania miłosne, a groźby śmierci, natomiast w romantycznych pudełkach, zamiast czekoladek, można znaleźć wyrwane z piersi serca. Film powstał na fali popularności kina stalk n’ slash, w złotej erze horroru spod znaku maski i piły łańcuchowej. Dzięki świetnej jakości wykonawczej oraz nietypowej scenerii (akcję osadzono na kanadyjskiej prowincji) „Moja krwawa walentynka” z łatwością podbiła serca maniaków gore’u. Dziś film uchodzi za kultowy, choć dwanaście lat temu nie był nawet dostępny w wersji reżyserskiej, która tchnęła weń nowe życie.

MyBloodyValentine3

     Górnicze miasteczko Valentine Bluffs szykuje się do pierwszej od dwóch dekad potańcówki z okazji święta zakochanych. Huczne obchody walentynek były przez lata zakazane, bo przesądni mieszkańcy obawiali się powrotu Harry’ego Wardena. Pracownik kopalniany, który wskutek nieuwagi zwierzchników został uwięziony pod ziemią wraz z kilkoma innymi mężczyznami, a przetrwał w akcie kanibalizmu, od lat nie był widziany przez żywą duszę. Jednak jego imię co roku spędza sen z powiek każdej kochającej się parze, a starszyzna wierzy wręcz, że Warden spaceruje ciemnymi uliczkami z nieodłącznym kilofem w dłoni – to klasyczna legenda miejska. Dla grupy zaprzyjaźnionych dwudziestolatków troska starszych znaczy tyle, co nic. Młodzi chcą się wyszumieć i organizują na terenie kopalni zamknięte przyjęcie. Dla tych, którzy przeżyją imprezę, 14 lutego już na zawsze pozostanie najbardziej pamiętną datą w kalendarzu.

Czytaj dalej Serce się kraje. [„Moja krwawa walentynka”, 1981]

Have yourself a bloody little Christmas. [„Czarne święta”, 1974]

     Wśród bożonarodzeniowych horrorów nie znajdziemy wielu perełek. Po latach wciąż trzyma w napięciu segment „…And All Through the House” w „Opowieściach z krypty” Freddiego Francisa; dobrze ogląda się też „Krampusa. Ducha Świąt”. Na każdy solidny film przypada jednak dziesięć „Jacków Frostów”. Nim wigilijne kino grozy stało się synonimem groteski i kiczu, powstała produkcja, która do dziś spędza widzom świąteczny sen z powiek, a niektórych przeraża bez reszty. „Czarne święta”, bo o nich mowa, to świetnie zrealizowany, ponadczasowy horror, który czterdzieści pięć lat po swojej premierze nie zestarzał się prawie w ogóle.

BlackChristmas1974-2

     Siłą „Czarnych świąt” są tradycyjne wartości reżysera Boba Clarka. Ceni on sobie suspens w starym wydaniu, a krzykliwego szastania efektami gore unika jak ognia. Poznajemy grupę zżytych ze sobą studentek, które mieszkają razem w żeńskim akademiku. Już w pierwszej scenie wprowadzeni zostajemy w sam środek upiornej intrygi: ktoś obserwuje dziewczęta zza okna, dyszy głęboko i obsesyjnie, wreszcie zakrada się do jednej z sypialni. Uczennice z siostrzanego stowarzyszenia otrzymują obsceniczne telefony od nieznanego mężczyzny. Nie wiedzą, że na ich strychu ukrywa się maniakalny morderca.

Czytaj dalej Have yourself a bloody little Christmas. [„Czarne święta”, 1974]

You don’t read the book, the book reads you. [„Upiorne opowieści po zmroku”, 2019]

     Znaczna część „Upiornych opowieści po zmroku” – nowego horroru wyprodukowanego przez Guillermo del Toro – toczy się w okresie halloweenowym. Z jednej strony żałuję, że film nie nawiedzi kin, gdy na zewnątrz hula dżdżysty, jesienny wiatr, z drugiej zaś rozumiem tę decyzję, bo w sierpniu przed dużym ekranem często zasiadają widzowie młodsi. „Upiorne opowieści…” to adaptacja serii książek, które w latach osiemdziesiątych zapewniły nieprzespane noce niejednemu kilku-, kilkunastolatkowi. W Stanach premiera ekranizacji jest wydarzeniem bez precedensu: powieści Alvina Schwartza stanowią tam dziedzictwo kulturowe i stawiane są na równi z bestsellerami R. L. Stine’a. Film może więc okazać się wielkim sukcesem kasowym. Nie wiem, czy polskim widzom udzieli się ta gorączka – gdybym miał zakładać, powiedziałbym, że nie. „Opowieści” mogą spodobać się dzieciakom jako dobry przykład „gateway horroru” – czyli grozy kontrolowanej, z kategorią „PG-13”. Do nich produkcja jest kierowana przede wszystkim. Starszym odbiorcom zagra zaś w sercu nostalgia za dawną epoką i klasykami spod szyldu Amblina.

ScaryStories4

     Rok 1968, Mill Valley w stanie Pensylwania. Grupa nastolatków, z aspirującą pisarką Stellą (Zoe Colletti) na czele, spędza wspólnie noc halloween. Przyjaciele trafiają do domu Bellowsów, który stoi pusty od dziesięcioleci i uchodzi za nawiedzony. Zapędzeni do piwnicy przez szkolnego prześladowcę, odkrywają księgę pełną opowieści z dreszczykiem – według wierzeń każde słowo spisano ludzką krwią. Stella chowa wolumin do torby i przemyca go do domu. Jeszcze nie wie, że grabież rozzłości martwą właścicielkę książki, która zrobi wszystko, by nie tylko dzieciaki nastraszyć, ale też dać im nauczkę.

Czytaj dalej You don’t read the book, the book reads you. [„Upiorne opowieści po zmroku”, 2019]

Mary idzie na żery. [„Ulice strachu: Krwawa Mary”, 2005]

     Zarówno pierwsze, jak i drugie „Ulice strachu” były meta-horrorami, które najlepiej odczytuje się w ironicznym kluczu. Nie tylko pobrzmiewało w nich echo Cravenowskiego „Krzyku” – w swej intertekstualności były to pozycje równie udane. Drugi z tych filmów pojawił się na ekranach jesienią 2000 roku, debiutując z pozycji pierwszej w amerykańskim box-office’ie. Potem wydarzyła się rzecz niezrozumiała: Sony zawiesiło prace nad kolejnym sequelem na kilka dobrych lat. Trzecie „Ulice strachu” – opatrzone podtytułem „Krwawa Mary” – wprowadzono do dystrybucji ukradkiem, tylko na rynek DVD, jakby był to powód do wstydu. Film znacznie różni się od swoich poprzedników: elementy kina stalk n’slash zamieciono w nim pod dywan, a wyeksponowano wątek nadnaturalny. Próba wskrzeszenia trochę już zapomnianej serii okazała się nieudana. „Krwawa Mary” to bowiem niezdarnie poskładany do kupy potworek, nijak nietrafiony piorunem błyskotliwości.

UrbLegBloodyMary1

     Akcja rozpoczyna się pod koniec lat sześćdziesiątych. Tytułowa Mary to licealistka, która świętuje noc balu maturalnego w towarzystwie przyjaciół. W wyniku nieporozumienia dochodzi do tragicznego wypadku, w którym dziewczyna umiera – a tak przynajmniej wydaje się jej ukochanemu. Nastolatek – szkolny gwiazdor futbolu – umieszcza „zwłoki” Mary w metalowej skrzyni, z której nie ma ucieczki… Historia tej nocy staje się miejską legendą, ale grupa przyjaciółek jest pewna, że ma też swoje drugie dno. Bohaterki postanawiają przywołać ducha Mary przy pomocy specjalnego zaklęcia. Nie wiedzą, że obudzą mściwą zmorę.

Czytaj dalej Mary idzie na żery. [„Ulice strachu: Krwawa Mary”, 2005]