Wszystkie wpisy, których autorem jest Albert Nowicki

Fan horroru, recenzent. Nie mam na imię Śmierć.

Para mieszczuchów kontra obłąkany wieśniak Dennis Quaid. [„The Intruder”, 2019]

     Dennis Quaid powoli staje się drugim Nicolasem Cagem. Dawno nie zagrał w naprawdę dobrej produkcji – jeśli już to w guilty pleasures – a jego kolejne role stają się coraz bardziej przerysowane. W „Intruderze” grany przez Quaida bohater sprawia wrażenie nieślubnego dziecka Jacka Torrance’a oraz Brenta Ryana z „Mamy i taty”. Poznajemy go, gdy próbuje sprzedać sąsiadującą z lasem posiadłość. Problem w tym, że Charlie nie ma zamiaru opuścić swego domu – nawet po przybyciu nowych lokatorów.

TheIntruder2

     „The Intruder” wyreżyserowany został przez Deona Taylora – twórcę wielu kiepsko przyjętych horrorów, a także parodii „Meet the Blacks”, która starała się obśmiać rasizm, ale ostatecznie sama wrzała od uprzedzeń i szkodliwych stereotypów. Nowy projekt Taylora ma nad poprzednimi tę przewagę, że na jego realizację wyłożono odrobinę więcej budżetu, przez co całość – nawet jeśli odbiega od filmowej klasy „A” – z powodzeniem mogła wybić się z rynku direct-to-VOD. Film wygląda nieźle, bo producentom udało się znaleźć imponującą, śródleśną lokalizację, z ponad stuletnią willą na czele. Ogląda się go – podobnie – nie najgorzej, głównie dzięki przegiętej roli Quaida i wybuchom jego obłędu. Jeśli rekomendacja rzędu: „oglądalny” dużo dla Was znaczy, dajcie „Intruderowi” szansę. Wiedzcie tylko, że to historia oparta na sprawdzonych schematach i podczas seansu może towarzyszyć Wam poczucie déjà vu.

Czytaj dalej Para mieszczuchów kontra obłąkany wieśniak Dennis Quaid. [„The Intruder”, 2019]

Reklamy

Do trzech razy sztuka. [„Annabelle wraca do domu”, 2019]

     Dopiero co gościliśmy w kinach Chucky’ego, a na horyzoncie już pojawił się kolejny horror o morderczej lalce: mowa oczywiście o „Annabelle wraca do domu”. Zabawki opętane przez diabelskie moce są w tym roku bardzo trendy, czemu dowodzi też inna nadchodząca premiera, „Brahms: The Boy 2” (na ten sequel będziemy musieli zaczekać do grudnia). Powtarzalność wcale nie musi być dla kina grozy ułomnością. Wystarczy wspomnieć pozycje, które okazały się sukcesem, choć zbudowano je na kanwie najprostszych motywów: „Pyewacket”, „Terrifier”, nawet „Nieznajomych: Ofiarowanie”. Seria „The Conjuring” też żongluje sprawdzonymi schematami i zaskarbiła sobie tytuł jednej z najbardziej dochodowych w swym gatunku. Pięć lat temu widzieliśmy pierwszą „Annabelle”, a przed dwoma laty – jej bardziej udaną kontynuację. Stara maksyma mówi: do trzech razy sztuka. Niestety, tym razem czarodzieje z Warner Bros. raczej nikogo nie nastraszą.

AnnabelleComesHome1

     Prolog „Annabelle wraca do domu” budzi apetyt na pełnokrwisty, dosadny horror. Po ekranie spływają wielkie, karminowe litery, składające się na tytuł filmu i chwilę później mkniemy już samochodem przez ciemną, spowitą w mgle drogę. Za kierownicą siedzi Ed Warren, tuż obok – jego żona Lorraine (niezmiennie: duet Patrick Wilson-Vera Farmiga). Para nieustraszonych demonologów wraca do domu z nowym nabytkiem: tytułową lalką. Gdy okazuje się, że przeklęta kukła potrafi kontrolować otaczającą ją przestrzeń, Ed niemal ginie w wypadku. Warrenowie zamykają Annabelle w szklanej gablocie, święcą jej sarkofag przy pomocy egzorcysty, a swojej córce zakazują schodzenia do piwnicy. Judy (Mckenna Grace) pilnie przestrzega rodzicielskich nakazów, ale jej opiekunki mają inne plany. Pod nieobecność Warrenów chcą obejrzeć pokój potworności, gdzie ukryte są nawiedzone przedmioty z całej Ameryki. Jak wiadomo, ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

Czytaj dalej Do trzech razy sztuka. [„Annabelle wraca do domu”, 2019]

Let the festivities begin. [„Midsommar. W biały dzień”, 2019]

     Ari Aster szybko powrócił na ekrany ze swoim nowym filmem: jego pełnometrażową pierwocinę, „Dziedzictwo. Hereditary”, wprowadzono do kin niewiele ponad rok temu. W swoim debiucie przedstawił reżyser historię rodzinnej tragedii, której bogowie przypisali bardzo złowrogi cel – i „Midsommar” poniekąd rozpoczyna się nawiązaniem do tego filmu. Główna bohaterka, Dani Ardor (Florence Pugh), traci rodziców i siostrę, cierpiącą na zaburzenia afektywne-dwubiegunowe. Sama też zaczyna borykać się z problemami natury emocjonalnej, jest przekonana, że została na świecie sama. Ważną rolę w jej życiu pełni już tylko Christian (Jack Reynor) – oschły i zdystansowany chłopak, którego stać wyłącznie na puste obietnice. Para wyrusza do Szwecji, by tam odwiedzić osadę, z której pochodzi ich wspólny kolega. Położona z dala od cywilizacji wioska zamieszkana jest przez tajemniczy kult.

MidsommarWBialyDzien3.jpg

     Czarna rozpacz łykającej leki psychotropowe Dani przypomina rozterki, z jakimi w „Hereditary” mierzyła się Toni Collette. Oba filmy garściami czerpią ze stylistyki folk horroru – ten nowszy, oczywiście, bardziej, bo jeszcze przed premierą obwołano go jako połączenie „Wicker Mana” oraz „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. „Dziedzictwo” mieszało grozę z dramatem rodzinnym, a w „Midsommar” przeplatają się horror i dramat post-breakupowy. Wątek folklorystyczny zarysowany został zgodnie z klasycznymi wzorcami: członkowie wioski Hälsingland żyją w harmonii z naturą, ale ich ziemskie szczęście okupione jest brutalnymi rytuałami, które amerykańscy turyści poznają dopiero po przybyciu na miejsce. Jako horror wpisuje się „Midsommar” w nurt filmów o strasznej Europie, gdzie cudzoziemcy wiecznie ściągają na siebie kłopoty: dwa lata temu prąd ten dopłynął do Skandynawii i w efekcie powstał „Rytuał” Davida Brucknera – którego tytuł mówi sam za siebie. Ważniejszy pozostaje jednak wątek toksycznego związku między Dani a Christianem. Dziewczyna z trudem zwraca na siebie uwagę ukochanego, który lepiej odnajduje się wśród kumpli ze studiów. „Midsommar” to film o jednostronnej potrzebie empatii i próbie przebicia wewnętrznej tarczy, jaką osłaniają się niektórzy mężczyźni. Nieszczęsna Dani przekonuje się, że związek z Christianem jest równie martwy, jak jej rodzice.

Czytaj dalej Let the festivities begin. [„Midsommar. W biały dzień”, 2019]

Bohater subwersywny. [„Brightburn: Syn ciemności”, 2019]

     Motyw upiornych dzieci o zabójczych skłonnościach, choć stary jak świat, we współczesnych horrorach przewija się bez liku. Sam w sobie jest utartym schematem, ale reżyserzy chętnie do niego wracają: wystarczy wspomnieć tegoroczne słabizny, „Smętarz dla zwierzaków” i „The Hole in the Ground”. Niektórzy twórcy radzą sobie z tematem słabiej, inni – jak David Yarovesky – dużo lepiej. „Brightburn: Syn ciemności” to efekt współpracy Yarovesky’ego z rodziną Gunnów: scenarzystami Markiem i Brianem oraz producentem Jamesem (tak, tym od „Strażników Galaktyki”). Projekt jest o tyle ciekawy, że stanowi subwersywny portret filmowego superbohatera: zdehumanizowanego, swoją postawą wykazującego cały arsenał cech negatywnych. Tytułowy syn ciemności pozbawiony został hamulców moralnych, a słabszych od siebie woli rozsmarowywać o podłogę – niekoniecznie ratować. „Brightburn” przypomina skrzyżowanie „Człowieka ze stali” z „Prodigy. Opętanym”: nie uwierzę, że nigdy nie chcieliście obejrzeć takiego filmu.

Brightburn2

     „Brightburn” to w pierwszej kolejności horror – mrocznie sfotografowany, bijący po oczach trochę surrealnym, karminowym oświetleniem planu – a dopiero potem kino superbohaterskie. Inaczej niż na przykład w trylogii „Blade”, wątek dziwacznych mutacji i nadludzkich mocy zostaje tu zepchnięty na dalszy plan. I jako kino grozy okazuje się projekt Yarovesky’ego sukcesem. Plami go tylko jedna poważna ujma: nadmierne poleganie na obcesowych jump scare’ach, których nie brakuje przecież w setkach innych straszaków. Można jednak przymknąć oko na to potknięcie, zwłaszcza że oferuje nam reżyser inne atrakcje. Jedna z nich to ostre, obrazowane w bardzo szczegółowy sposób efekty gore. Główny „bohater”, Brandon (Jackson A. Dunn), nie liczy się z wolą osób dorosłych. Obdarzony kosmicznymi supermocami trzynastolatek nie ma zamiaru tolerować zwykłych ludzi: Ziemianie to dla niego marny pył. Ci, którzy podpadają Brandonowi, zostają uśmierceni – zresztą w straszliwych okolicznościach. Film jest brutalny i dość grubo ciosany, ale dzięki temu szokuje: trudno bowiem nie wzdrygnąć w fotelu, gdy jedna z postaci musi dociskać do czaszki własną szczękę, bo ta od niej odpada. „Brightburn: Syn ciemności” na pewno nie jest jednym z przedstawicieli tak zwanych „four-quadrant movies” ¹.

Czytaj dalej Bohater subwersywny. [„Brightburn: Syn ciemności”, 2019]

Stranger than fiction. [„Ja teraz kłamię”, 2019]

     To nie pierwszy raz, kiedy Opus Film wprowadza na polski rynek produkcję stojącą w zupełnej kontrze do tego, czym wielu z nas zaczęło się już odbijać: a więc prymitywizmów Patryka Vegi oraz goniących za zachodnimi trendami komedii, które wcale nie są śmieszne. Po sukcesach „Idy”, „Zimnej wojny” czy nawet „Wspomnienia lata” studio wróciło do współpracy z Pawłem Borowskim: dokładnie dziesięć lat temu powstał dramat „Zero”, za który otrzymał reżyser nominacje do Orła i Złotych Lwów. „Ja teraz kłamię” przede wszystkim zwraca uwagę dzięki wizualnemu przepychowi: nasze rodzime podwórko dawno już nie mogło pochwalić się filmem tak atrakcyjnym dla oka. Sukces leży po stronie scenografek, kostiumograf Anny Imieli-Szcześniak oraz producenta Łukasza Dzięcioła. Dorobek ostatniego z wymienionych zasila kilka międzynarodowych koprodukcji, w tym „Inland Empire” – ostatni, jak dotąd, pełny metraż Davida Lyncha. Dużo mówi to o naturze „Ja teraz kłamię” – thrillera, który urasta do rangi surrealnego kolażu. Czy można więc mówić o najlepszej polskiej produkcji 2019 roku? Niestety, nie.

JaTerazKlamie4

     Za szklaną kurtyną siedzą cztery osoby: celebryci i przepytująca ich prezenterka. Rozmowom przysłuchują się zgromadzeni za przesłoną widzowie. Rozpoczął się „Konfesjonał Gwiazd” – telewizyjny reality show, który śledzi cała Polska. Młodziutka piosenkarka Yvonne (Paulina Walendziak) udaje, że jest sierotą, ciut starsza aktorka Celia (Maja Ostaszewska) porusza się na wózku inwalidzkim, choć ma sprawne nogi. Jej mąż Mat (Rafał Maćkowiak) zgrywa zatroskanego partnera, lecz pozostaje zapijaczonym egoistą. Nagrodą w programie są wielkie pieniądze, więc każdy z uczestników chce wkraść się w łaski publiczności; mimo to wszyscy noszą maski i kłamią w żywe oczy, wstydząc się swego prawdziwego, obłudnego „ja”. Finałowy odcinek „Konfesjonału…” obnaży wszelkie oszustwa.

Czytaj dalej Stranger than fiction. [„Ja teraz kłamię”, 2019]

Twój na zawsze – Chucky. [„Laleczka”, 2019]

     Kiedy w drugiej połowie lat dwutysięcznych jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać remaki klasycznych horrorów, pojawiła się też tendencja do mieszania tych nowych wersji z błotem. Wreszcie ukuty został skrót myślowy: współczesna adaptacja starszego materiału w żadnym wypadku nie może się udać. Kiepskim rebootem okazał się choćby „Koszmar z ulicy Wiązów” – tu pełna zgoda – ale krzywdzące byłoby szarganie dobrego imienia Roba Zombiego, którego „Halloween ’07” miał w sobie godną podziwu drapieżność. W 2019 roku oburzanie się na Hollywood za to, że dopuszcza do wskrzeszania idoli z dawnych lat, jest już na wskroś przebrzmiałe, a odświeżanie lubianych marek nie powinno budzić tylu kontrowersji, ile wciąż budzi. Na celownik weźmy „Laleczkę” w reżyserii Larsa Klevberga, stanowiącą reboot kultowego „Child’s Play” (1988). Film tworzy nową opowieść na podwalinach znanego materiału, robiąc to w pełni oryginalnie, z wyczuciem potrzeb współczesnego widza.

ChildsPlay2

     W wersji z roku 2019 – podobnie jak w tej starszej – poznajemy samotną matkę i jej nieszczęsnego syna. Karen Barclay (Aubrey Plaza) pracuje w sklepie z zabawkami i zamieszkuje w jednej z biedniejszych dzielnic miasta. Z trudem wiąże koniec z końcem, ale swojemu dziecku dałaby nawet przysłowiową gwiazdkę z nieba. Zamiast tego przywłaszcza sobie uszkodzony model gadającej lalki, która wyposażona jest w szereg przydatnych i imponujących funkcji. Trzynastoletni Andy (Gabriel Bateman) odnajduje w mechanicznej zabawce prawdziwego przyjaciela: jest społecznie wycofany, a nowy kumpel zdaje się doskonale rozumieć jego problemy. Gdy jednak w makabrycznych okolicznościach zaczynają ginąć osoby z otoczenia Barclayów, Andy staje się podejrzliwy. Co, jeśli zrobotyzowana lalka zapałała żądzą krwi?

Czytaj dalej Twój na zawsze – Chucky. [„Laleczka”, 2019]