Wszystkie wpisy, których autorem jest Albert Nowicki

Fan horroru, recenzent. Nie mam na imię Śmierć.

Haunt-tech, vol. 2. [„Unfriended: Dark Web”, 2018]

     W pierwszym „Unfriended” reżyser gruzińskiego pochodzenia, Levan Gabriadze, zmierzył się z toksycznością mediów społecznościowych. Swoją historię przedstawił za pomocą laptopów, a jej bohaterów poznaliśmy dzięki Skype’owi. Był to film interesujący koncepcyjnie i imponująco skomponowany, ale pozostawał jedynie ciekawostką technologiczną. High-conceptową opowiastkę udało się przekuć na sukces komercyjny i w rezultacie powstał sequel: „Unfriended: Dark Web”. W kontynuacji uwagę poświęcono fenomenom kultury internetowej − zarówno tym niegroźnym, jak i ciut bardziej problematycznym (przez scenariusz przewijają się odwołania do bitcoinów czy zjawiska swattingu). Intryga jest tu zawiła i zwyczajnie ciekawsza niż w prequelu, choć całość bezwstydnie rip-offuje „The Den” Zachary’ego Donohue.

Unfriended2-2

     Matias (Colin Woodell) odpala nowy komputer. Czyści go i dostosowuje do swoich potrzeb. Usuwając ślady po poprzednim użytkowniku, trafia na podejrzane konto facebookowe. Były właściciel laptopa nawiązywał kontakty z wieloma pięknymi dziewczętami i miał więcej niż kilku szemranych klientów, którzy płacili mu grube pieniądze za bliżej nieokreślone usługi. Okazuje się, że komputer połączony jest z deep webem. Matias trafia na folder z niepokojącymi treściami wideo…

Czytaj dalej Haunt-tech, vol. 2. [„Unfriended: Dark Web”, 2018]

Reklamy

„Biegnij, demonie, biegnij”. [„Zabij i żyj”, 2018]

     W otoczeniu majestatycznych, północnokanadyjskich gór stoi drewniany dom. Niegdyś należał do rodziców Jackie (Hannah Emily Anderson); teraz dziewczyna przyjeżdża tam ze swoją małżonką, Jules (Brittany Allen). Obie kobiety tworzą zgrany duet i chcą spędzić na łonie natury udany weekend. Idylla nie trwa długo: gdy parę odwiedza sąsiadka, na jaw wychodzi, że Jackie nie jest tym, za kogo się podaje. Nosi inne imię, kiedyś była uczestniczką tragicznych wydarzeń, w wyniku których zmarła jej przyjaciółka. Co więcej, okazuje się zdolnym łowcą, a obsługa broni palnej to dla niej sposób na relaks. Jules nie wie, co o tym sądzić, a zachowanie Jackie staje się coraz bardziej niepokojące. Ma ona naturę czarnej wdowy; z uroczej ślicznoty ewoluuje w jadowitego drapieżcę. Już wkrótce rozpocznie się polowanie na żonę.

WhatKeeps2

     Renesans horroru trwa w najlepsze. Przyczyniło się do tego wielu twórców niezależnych, którzy swoje filmy kręcą według bardzo interesujących, nieszablonowych definicji (za przykład może posłużyć „Ciche miejsce” Johna Krasinskiego − niemal w całości pozbawione dialogów). Na placu współczesnego kina grozy kilka pomników postawił też Colin Minihan („Extraterrestrial”, „Krew na piasku”). Żaden z nich nie urasta do rangi monumentu, ale są to produkcje zgrabne, tworzone z polotem i wyczuciem stylu. Przy nowym horrorze Minihana, „Zabij i żyj”, poprzednie sprawiają wrażenie artystycznej rozgrzewki. Oto pojawił się w filmografii reżysera projekt kapitalnie zainscenizowany, tak też zagrany, a przy okazji obdarzony podtekstem socjologicznym.

Czytaj dalej „Biegnij, demonie, biegnij”. [„Zabij i żyj”, 2018]

Dead in the water. [„The Meg”, 2018]

     Gdzieś opodal Rowu Mariańskiego spustoszenie sieje potężny, prehistoryczny megalodon. Choć słuch miał po nim zaginąć niemal milion lat temu, grupa nieszczęśników przekona się o jego morderczej sile. Mierzący ponad osiemnaście metrów rekin − największy drapieżnik oceanu − nie spocznie dopóki nie zaspokoi swego wybujałego głodu. Wojnę potworowi wypowiada komandor Jonas Taylor (Jason Statham) − obcesowy twardziel, który od swojej brody odpaliłby zapałkę, a i przerośniętej, spodoustej rybie przywali, jak zajdzie taka potrzeba.

TheMeg2

     „The Meg” nie stanie się niechlubnym klasykiem kina − takim, za jaki uchodzi dziś „Piekielna głębia”. Jest to film równie absurdalny, ale nie tak charyzmatyczny; widza zajmuje raczej incydentalnie, pomimo swego popcornowego ukierunkowania. Wszyscy lubimy uciec czasem w świat nieprawdopodobnych istot, piastujących władzę w morskich otchłaniach, w których płetwę zanurzyłby jedynie szorstki twardziel, jak Statham. Niestety, „The Meg” ze skwapliwym eskapizmem ma niewiele wspólnego i zbyt często prowokuje u oglądającego atak ziewania. Film jest zbyt familijny, brakuje w nim rozlewu krwi, który starszą o osiem lat „Piranię 3D” uskrzydlił (w kilku scenach całkiem dosłownie). Być może Eli Roth, którego pierwotnie sadzano na reżyserskim krześle, wykrzesałby z tej opowieści więcej.

Czytaj dalej Dead in the water. [„The Meg”, 2018]

„I died for you. Why shouldn’t you return the favor?” [„Dead of Night” aka „Deathdream”, 1974]

     W bujanym fotelu siedzi dwudziestojednolatek. Jest apatyczny, zahipnotyzowany pustą przestrzenią, pozbawiony życia − zresztą w dosłownym tych słów znaczeniu. Andy (Richard Backus) właśnie wrócił z frontu i wydaje się doszczętnie wypalony. Jego rodziców poinformowano, że syn został rozstrzelany przez Wietnamczyków, jednak nazajutrz dochodzi do cudu, a chłopak staje w drzwiach, jak nowo narodzony. Choć witany jest jak bohater, Andy’ego nie przepełnia patriotyczna duma − młody żołnierz nie czuje w zasadzie nic, sprawia wrażenie skostniałego i oziębłego. Posługuje się tylko językiem milczenia. Odgłos starego krzesła, które kołysze się na skrzypiących biegunach, doprowadza do szału głowę rodziny; ognisko domowe powoli gaśnie, a tłamsi je emocjonalna martwica Andy’ego.

Deathdream2

     W „Dead of Night” − pierwszym cenionym filmie Boba Clarka − ukazany zostaje stadialny rozpad amerykańskiej rodziny. Brooksowie popadają w obłęd i uzależnienia (od alkoholu czy ślepej wiary), bo Andy powraca z Wietnamu nie jako wyidealizowany chojrak o wiecznie podniesionej głowie, a jako żywy trup, który budzi przerażenie samą aparycją. Chłopak zmaga się nie tylko ze zgasłym pulsem, ale przede wszystkim z pourazowym stresem, który pcha go prosto ku zatracie. Postradawszy poczucie tożsamości, Andy miota się nocą po mieście, wypatruje pożywki dla destrukcyjnych instynktów. Jak wielu wojskowych po bitewnej traumie, ukojenia szuka u boku strzykawki; jego nałogiem nie jest jednak heroina, a ludzka krew (à la „The Addiction” Abla Ferrary). Clark nigdy nie wyjaśnia, co uczyniło z żołnierza zombie − w końcu zakończenie wojny wietnamskiej przyniosło Amerykanom więcej pytań niż odpowiedzi. W słowa nie zostają ubrane wewnętrzne konflikty Brooksów − w tym Andy’ego, jako sfatygowanego weterana − ani społeczne niepokoje, które ogarnęły Stany na początku lat 70. „Dead of Night” to film antywojenny, ale niezwykle subtelny, chwilami nawet wyrafinowany.

Czytaj dalej „I died for you. Why shouldn’t you return the favor?” [„Dead of Night” aka „Deathdream”, 1974]

A man’s man’s world. A woman’s woman’s vengeance. [„Zemsta”, 2017]

     W 1966 roku James Brown wydał swój największy szlagier, „It’s a Man’s Man’s Man’s World”, który na przestrzeni lat zyskał status utworu ikonicznego. Jednak podczas 49. ceremonii wręczenia nagród Grammy cover piosenki wykonała Christina Aguilera – i na horyzoncie pojawiło się wiele głosów sugerujących, że jej interpretacja soulowego przeboju jest jeszcze lepsza niż oryginał. Utwór o tym, że męski świat obróciłby się w próżnię bez istnienia kobiet został zagarnięty przez żeńską wokalistkę i, dzięki niej, wszedł do kanonu muzyki współczesnej. A przecież Aguilera w świecie showbiznesu krytykowana jest nieustannie (i najczęściej niepotrzebnie) – zazwyczaj dlatego, że wymaga się od niej nieposzlakowanej perfekcji. Jej występ z 2007 roku ukrócił wszelkie lamenty malkontentów.

Revenge4

     W „Zemście”, debiutanckim filmie Coralie Fargeat, pojawia się postać Jen (Matilda Lutz) – dziewczyny, od której też oczekuje się bardzo dużo. Trzej bohaterowie męscy będą usiłowali uprzedmiotowić atrakcyjną towarzyszkę, a gdy ta zaprotestuje – wymierzą jej siarczysty, patriarchalny policzek. Upokorzą ją i zgwałcą – czując, że są do niej uprawnieni – a potem pozostawia na pewną śmierć pośrodku niczego; wszystko, aby uniknąć konfrontacji z niewygodną prawdą i własną potwornością. Stan (Vincent Colombe) uznaje Jen za ćwierćmózga; to dla niego kawałek mięsa, osoba, która nie ma do powiedzenia nic mądrego. Jakież będzie jego zdziwienie, gdy krucha i żałosna niewiasta powstanie na równe nogi, a potem zaplanuje wymyślny odwet.

Czytaj dalej A man’s man’s world. A woman’s woman’s vengeance. [„Zemsta”, 2017]

Blood is in my eyes and nothing is rhyming. [„Mandy”, 2018]

     Podobnie jak w „The Wicker Man”, Nicolasowi Cage’owi znów przyszło zmagać się z morderczym kultem. Jego bohater dostaje w kość, ale tym razem nie pozostaje nikomu dłużny. Red Miller to bowiem mężczyzna o dzikich popędach i pierwotnym instynkcie, który za zabójstwo ukochanej odegra się nawet osławionym brutalom. Po drodze sporo wycierpi, ale osiągnie swój cel i rozpęta piekło na ziemi. Dźwignią, która wprawi w ruch jatkę, całą machinę szaleństwa, będzie energia id Reda − jego impulsywność, chęć natychmiastowego zaspokojenia animalnych potrzeb… „Mandy” przystrojona została po królewsku − czemu zawdzięczamy poetycką formę jej realizacji − ale przede wszystkim jest to film o przekraczaniu granic zwierzęcości, które tkwią w każdym z nas. Ten prymitywny pierwiastek odkrywa w sobie protagonista grany przez Cage’a − aktora głęboko wierzącego, że to w amoku tkwi metoda na sukces. Panos Cosmatos znów stworzył kawał obłędnego kina niezależnego i uwierzcie − chcecie się z nim zmierzyć.

Mandy2

     Warto zaznaczyć, że „Mandy” nie sprosta wszystkim gustom: przede wszystkim ma łechtać upodobania miłośników groteski. Film miesza ze sobą art house i grindhouse, jednak nawet średnio przytomny widz zauważy, jak bliskie są Cosmatosowi midnight movies. To właśnie pociąg do brutalności, typowej kinu exploitation, odcisnął na „Mandy” wyraźniejsze piętno. Tytułowa bohaterka ginie spalona żywcem, a Red musi się temu przyglądać. Przeprowadzona zostaje specyficzna forma gwałtu. Mężczyzna, jak w horrorach rape and revenge, odnajduje w sobie siłę i wyrusza na polowanie. Kulminacją jego bezkompromisowych łowów będzie walka na piły mechaniczne, a później − mord przy użyciu gołych rąk. „Mandy” to projekt przejaskrawiony, napędzany zarówno patosem, jak i chorym dowcipem. Zajmujący jest absurd, którym Cosmatos operuje z dużą wprawą. Nie tylko utrata wybranki prowokuje w Redzie agresję: błędnie pozostawiony przy życiu brodacz dokonuje też pomsty za ulubioną koszulkę, która w toku gwałtu została porwana. By zwiększyć swoje szanse na efektywną rzeź, samodzielnie odlewa wielki, metalowy topór. „Mandy” to gorączkowy sen każdego fana „seansów o północy”, a zarazem solidne kino autorskie.

Czytaj dalej Blood is in my eyes and nothing is rhyming. [„Mandy”, 2018]