Pokochajmy Mandy Lane

     Omawiałem niedawno „Wiecznie żywego”, apokaliptyczną wariację na temat „Romea i Julii”, z rozkochanym do fioletowości bohaterem-zombie. Reżyserowany przez Jonathana Levine’a film, na który spadł deszcz intratnych recenzji, zarobił krocie. Mniej pomyślny los spotkał pierwsze dzieło autorstwa Levine’a. Prymarny film Amerykanina, horror „Wszyscy kochają Mandy Lane”, debiutował wprawdzie podczas festiwalu w Toronto i wzbudził sensację wśród widzów, mimo to nie spotkał się ze spektakularną promocją. Teraz „Mandy Lane”, odkopana ze studyjnych magazynów przez dystrybutorów, dokonuje spóźnionego natarcia na amerykańskie kina, by przypomnieć o swoim potencjale.

     Levine nie prawi tym razem o tkliwym zadurzeniu, a o niezdrowym pożądaniu. Akcja filmu osadzona jest w teksańskim liceum, gdzie grupa chłopców straciła głowę dla tytułowej bohaterki. Mandy, słodka i prostoduszna blondynka, albo nie ma pojęcia o własnym seksapilu, albo wykorzystuje go z premedytacją. Przenosimy się na odludne ranczo, gdzie organizowana jest szumna impreza. W zabawie Mandy towarzyszą nabuzowani testosteronem młodzieńcy oraz zazdrosne dziewczęta. Po północy żarliwa głusza spływa falą zagadkowych morderstw. Kto zabija i jaki jest jego cel? Motywów z pewnością nie brak żadnemu z gości.

     Twórcy obrazu znają konwencje horroru i trzymają się ich kurczowo. „All the Boys Love Mandy Lane” nie jest filmem oryginalnym, lecz na pewno śmiałym i ryzykownym. Poza sztampową fabułą Jonathan Levine zaoferował odbiorcom wabiący oczy malunek. W kategorii zdjęć „Mandy Lane” jest dziełem niemal wizjonerskim, ponieważ przy budżecie nieprzekraczającym sześciuset tysięcy dolarów reżyser namalował portret nie tylko udany, ale również imponujący. W jego projekcie kadr jest niedoświetlony i pożółkły, a kontur postaci ostry jak brzytwa. Niejednokrotnie „Mandy Lane” wygląda jak „Teksańska masakra piłą mechaniczną 1.5”. Levine powinien być postrzegany jako bohater – igrając z cravenowską formułą, nakręcił horror niewyglądający jak nowomilenijne popłuczyny po „Krzyku”. Jego debiut to wehikuł czasu, prowadzący nas prosto do lat 80. i 90. Powiecie: jeden z setek. Odpowiem: jeden z nielicznych udanych.

     „Wszyscy kochają…” to rarytas wśród filmów grozy, festiwalowy slasher z ambicjami, który uspokaja, wycisza i czaruje gustowną formą.

     Peru, Bahrajn, Angola, Malta. Między innymi taką filmową podróż zgotowano filmowi Levine’a w ciągu ostatnich siedmiu lat, przyczyniając się do jego obumarcia na rynkach światowych. Perwersja i wstyd. Marketing, szczególnie w horrorowym światku, potrafi dać filmowi wieczne życie lub zakopać go głęboko pod usypiskiem własnego dyletanctwa.

               Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

7

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s